„Zanim się pojawiłeś”. Jojo Moyes.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2013).
Przełożyła Dominika Cieśla-Szymańska.
Tytuł oryginału Me before you.

O pierwszej książce tej autorki, którą czytałam czyli o „Razem będzie lepiej” pisałam w tym wpisie. Tamta podobała mi się bardzo. Tę też czytało mi się dobrze, wciągnęła mnie ale szczerze mówiąc zachwytów aż takich jak nad poprzednią nie będzie. Czy to sprawy osobiste, które na pewno dziejąc się w tle rzutowały na tę lekturę czy też po prostu do mnie ona aż tak nie trafiła jak się spodziewałam czytając w internecie, że jest wstrząsająca, emocjonalna do granic itd itd…

Nie, ja nawet trochę się zamierzam do niej „przyczepić”. Bo po jej skończeniu poczułam się troszeczkę jakby ktoś zamierzał zagrać na moich emocjach nieco na siłę. W sumie zapewne tematyka poruszona w niej determinuje takie a nie inne emocje czytelnika (u mnie żadnych łez, których się spodziewałam czytając zapowiedzi ale raczej przygnębienie i wprowadzenie mnie w jeszcze gorszy niż i tak jestem ostatnimi dniami nastrój ) ale być może oczekiwałam nieco innego ujęcia tematu, nie wiem sama. 
Także pewne niemal niemożliwe do dziania się zbiegi okoliczności czy wydarzenia nieco zbyt mne drażniły podczas lektury. Bo bohater książki, Will, trzydziestopięciolatek, który po wypadku zostaje praktycznie unieruchomiony na wózku inwalidzkim, to mężczyzna, który przed wypadkiem prowadzi aktywne życie zawodowo osobiste, dodatkowo ma zasobne konto. Czyli cokolwiek by nie mówić o tym, że zdrowia się za pieniądze nie kupi, łatwiej jest bohaterowi ułatwić sobie komfort życia korzystając z tegoż zasobnego konta. 
Bohaterka, która poznaje Willa, dwudziestosześcioletnia Louisa, jest z niższej klasy i też według mnie oczywiście, jej postać opisana jest nieco zbyt stereotypowo. Will ma dosyć życia na wózku, na którym do końca życia skazany jest na bycie zależnym od opieki innych osób. Louisa traci pracę i szybko musi znaleźć sobie nową. Nową pracą okazuje się bycie osobą do towarzystwa dla Willa właśnie. 
Nie wiem, być może się czepiam (macie prawo tak to odebrać, jak i ja mam prawo się „przyczepić”), podejrzewam, że narobiłam sobie na tę książkę nadziei a po prostu trzeba było potraktować ją jako beletrystykę o sprawach niełatwych.
Na pewno pozytywnym wydźwiękiem tej książki jest to, że to właśnie unieruchomiony na wózku inwalidzkim Will nauczy nieco nieprzystosowaną (też po traumatycznych przejściach, co zapewne wpłynęło na nią) do życia Lou tego aby życiem się cieszyć maksymalnie i aby mówiąc może kolokwialnie, wyciskać je jak cytrynę, ciesząc się każdym dniem teraźniejszym bo jutra może nie być. To Will odkrywa, że pod maską trzpiotki i wydawałoby się może niekoniecznie geniuszki, skrywa się otwarta na życie i wiedzę, inteligentna dziewczyna. 
To mi się w tej książce spodobało.
Nie chcę za wiele pisać bo można robiąc to otrzeć się o spoiler. Sądzę, że każdy sam powinien przekonać się jak mu się ta książka spodoba.
Na pewno natomiast nie jest to książka, jak „Razem będzie lepiej”, którą podarowałabym komuś na pociechę, ku pokrzepieniu, w dołku na poprawę nastroju. Mimo wszystko i mimo tego jak rozwinie się w końcu książki wątek Louisy, nie.

Moja ocena to 4.5 / 6.