„Historia nowego nazwiska”. Elena Ferrante.

Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2015). Ebook.

Przełożyła Lucyna  Rodziewicz-Doktór.
Tytuł oryginalny Storia del nuovo cognome.

Wsiąkłam. Wsiąkłam w neapolitański cykl autorstwa skrywającej się pod pseudonimem Elena Ferrante autorki? autora? (Im dłużej czytam tym wcale nie jestem taka przekonana, że pisze to kobieta).
O pierwszej części zatytułowanej „Genialna przyjaciółka” pisałam w tym wpisie.

Druga część jest jeszcze lepsza od pierwszej. Aczkolwiek o wiele, wiele bardziej smutna niż część pierwsza. I tak naprawdę przez całą lekturę przejmowało mnie uczucie smutku jej towarzyszące. Smutku spowodowanego niejasnym przekonaniem, że mimo, że to beletrystyka, to fikcyjne te historie w ogóle nie są. 
I tak, w tej drugiej części faktycznie o wiele bardziej zaakcentowana jest ogromna przemoc wobec kobiet pochodzących ze środowiska, w którym wychowała się narratorka opowieści. Przemoc wobec kobiet, która nie jest zaskoczeniem nawet dla parolatki a co dopiero dla dorastającej kobiety a wobec której kobietom tak trudno jest się w tych książkach przeciwstawić jako, że większość z nich uważa to za przykrą ale jednak normę ich relacji z ich mężami czy partnerami.

Po raz kolejny w książce zaakcentowana jest też jedna jedyna droga jaka prowadzi do tego aby z tego zaklętego kręgu przemocy się wyrwać i umożliwić sobie ucieczkę z niego. To mianowicie waga i siła wykształcenia.
Zaskakujące jest, że to, że główna bohaterka, Elena, może się kształcić wynika właściwie jedynie z tego, że ongiś do tego niejako przymusiła jej rodziców nauczycielka, która w dziewczynie widziała ogromny potencjał. Przeczucia nauczycielki nie myliły, Elena w tej części kończy liceum, a także dostaje się na studia i kończy je z sukcesem. Odnosi też inny sukces związany z literaturą.
Dlaczego takiej determinacji w popchnięciu do dalszej edukacji nauczycielka z podstawówki nie wykazała w stosunku do przyjaciółki Eleny, Linu, którą Elena zwie Lilą? Nie wiadomo i nie zostaje to właściwie wyjaśnione.

Książka zaczyna się w chwili gdy Lila jest mężatką a Elena dalej się uczy w liceum. Ich światy, które miały największą zbieżność w czasach szkoły podstawowej zaczynają się już kompletnie rozmijać. Każda z nich skupia się na czym innym i każda na swój sposób prowadzi własną walkę o przetrwanie w niełatwej rzeczywistości.
O losach Lili dowiadujemy się ze słów Eleny, która to z kolei o wielu sprawach dowiaduje się dopiero po wielu latach.
W tej części jak pisałam, jest o wiele bardziej zaakcentowana niemoc kobiet, które stykają się z przemocą ze strony mężczyzn.
Mamy też świadectwo walki o to aby temu marazmowi i złu się nie poddać i aby zawalczyć o swoje szczęście.
Nie każda droga, którą wybiorą bohaterki okazuje się jednak tą, która prowadzi do szczęścia czy nawet pozwala uniknąć nieszczęścia, niestety.

Z jednej strony opisana jest niełatwa droga edukacji Eleny, która niby to radzi sobie z nauką a jednocześnie wciąż ma uczucie jakby jej ten przywilej wykształcenia z jakichś przyczyn się nie należał. Z drugiej strony poznajemy przejmujące i bardzo smutne losy Lili, która była jak barwny nieprzewidywalny wolny duch w realiach, które bardzo usilnie starały się ją pokonać i stłamsić.
Pierwsza część cyklu rozpoczyna się od zniknięcia Lilu. W drugiej części dowiadujemy się co mogło ją utwierdzić w przekonaniu, że ucieczka jest dobrym pomysłem. W kolejnej części zatytułowanej „Historia ucieczki” przekonam się zapewne jak do tej ucieczki ostatecznie doszło.  I czy był jakiś konkretny punkt zapalny decydujący o niej w tym a nie innym momencie czy też nagromadzone przez lata poczucie niesprawiedliwości i przekonanie o tym, że los powinien być dla niej łaskawszy, pchnął Lilę do takiej a nie innej decyzji.

Tak czy inaczej, bardzo mi się podobają te książki chociaż jest to literatura nie lekka, łatwa i przyjemna i które to książki powodują wiele myśli, refleksji i zastanawiania się nad losem kobiet we współczesnym świecie.

Moja ocena to 5.5 / 6. 

 

„Zanim przekwitną wiśnie”. Aly Cha.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2013). Ebook.

Przełożyła Ewelina Twardoch. 
Tytuł oryginału Schnee im April.

Całkiem dobra książka opowiadająca o losie kilku kobiet z jednej rodziny, Tanaka, które to losy poznajemy na przestrzeni kilkudziesięciu lat a w tle mamy Japonię i zmiany jakie ją dotknęły (aczkolwiek od razu uprzedzam, jest to zaznaczone raczej marginalnie i śmiało akcja tej książki mogłaby się dziać w innym miejscu).
Akcja książki zaczyna się w styczniu 1969 roku, kiedy to jedna kobiet, Miho, przyprowadza swoją sześcioletnią córeczkę Yuki do domu swojej matki, Asako. Miho opuściła rodzinny dom dwadzieścia lat temu i nie chciała mieć z nim nic wspólnego, teraz jednak wraca i zostawia córeczkę matce, a sama znika w śnieżycy.

I od tej pory czytamy o losach zarówno samej Asako, jak i jej matki. Kobiety z rodziny Tanaka wybitnie nie miały w swoim życiu szczęścia, los nie oszczędzał im złych doświadczeń a mimo to jak mogą, starają się nie poddawać i stawać na nowo na nogi po kolejnym ciosie. 
Postaci pewnie dość „typowe” się wydają, nawet można by zarzucić, że nieco zbyt idealne te walczące z losem i jego przeciwieństwami kobiety ale ogólnie opowieść czyta się z zainteresowaniem i bardzo dobrze. No, przynajmniej ja się wciągnęłam.

Moja ocena to 5 / 6. 

 

„Kamyki Astona”. Lotta Geffenblad.

Wydana w Wydawnictwie EneDueRabe. Gdańsk (2015).

Przełożyła Hanna Dymel-Trzebiatowska. 
Tytuł oryginału Astons stenar.

Ilustracje (bardzo fajne) autorki.

Bardzo fajna książeczka dla dzieci.
Każdy, kto ma dwu, trzylatka w domu wie jedno, a mianowicie, jednym z najulubieńszych hobby młodego człowieka jest „zbieractwo” 🙂 Kolekcjonerstwo na swój sposób. 
Nie inaczej jest i z małym Astonem, który pewnego dnia lituje się nad znalezionym podczas spaceru kamykiem. Kamyk jest zimny i samotny i na pewno będzie mu lepiej w domu Astona i jego rodziców. Kamyk ląduje więc w łóżeczku dla lalek, okryty kołderką. I nie jest jedynym kamykiem. Z kolejnych spacerów czy powrotów do domu Aston znosi do domu coraz więcej kamiennych przyjaciół, czasem większych czasem mniejszych. Rodzice Astona zaczynają więc rozmyślać jak w dyplomatyczny i nie krzywdzący nikogo sposób wyprowadzić kamyki z mieszkania i zyskać z powrotem więcej miejsca. Wpadają na zdawałoby się, genialny pomysł 🙂
Fajna, ciepła opowieść dostosowana tematem i sposobem zachowania małego dziecka, jego sposobem myślenia i podejściem do trapiących go spraw. Poza tym fajna, bo Aston to empatyczny młody człowiek a dodatkowo ilustracje, które pokazują, jak fajna jest Szwecja. Podczas gdy mama Astona gra na gitarze (wygląda na to, że jest muzykiem) czy czyta gazetkę leżąc na kanapie z głową opartą o kolana taty Astona, ten (czyli tata Astona) z zapałem dzierga kolejną czapkę na drutach. Może nie powinnam tego pisać bo nadchodzą takie czasy kiedy ktoś może wpaść na szalony pomysł i orzec „Kamienie Astona” kopalnią myśli złej i genderoniebezpiecznej 🙂 

Opowieść nie jest długa ale i nie za krótka, jak dla mnie w sam raz na jedno przeczytanie, omówienie spraw i ilustracji. 
Moja ocena 5. 5 / 6. 

„Genialna przyjaciółka”. Elena Ferrante.

Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2014). Ebook.

Tłumaczyła Alina Pawłowska-Zampino.

Tytuł oryginału L’amica geniale.

Sięgnęłam po tę książkę niejako przypadkiem, ot, ponownie wykorzystałam promocję ebookową a chęć sięgnięcia po współczesną prozę włoską utwierdziła mnie w tym. Dopiero kiedy w konkursie fejsbukowym wygrałam trzecią część neapolitańskiego cyklu, jaki rozpoczyna „Genialna przyjaciółka” stwierdziłam, że czas zapoznać się z owym cyklem, tym bardziej, że jeśli okaże się, że pierwsza część mi się podoba, to chcę kupić część drugą aby czytać we właściwej kolejności.
Wisienką na torcie okazał się fakt, który poznałam dopiero sięgając po „Genialną przyjaciółkę” a mianowicie to, że Elena Ferrante to literacki pseudonim. I tak naprawdę nie wiadomo kto skrywa się pod tym nazwiskiem. 
Na początku stwierdziłam, że chyba nie chcę się dowiedzieć, że nie jest to informacja, która spędzą mi sen z powiek ale nie ukrywam, że trochę się sama zaczęłam zastanawiać. Nawet nad tym czy jest to aby na pewno kobieta. I pomimo, że wiele kobiet właśnie twierdzi, że według nich cykl neapolitański popełniła kobieta ja muszę powiedzieć, że (przynajmniej po pierwszej części) nie upierałabym się wcale przy tym aż tak bardzo. Miałam więc kilka własnych pomysłów i typów , kto mógłby to być.
Jedno wiem, ktoś, kto to napisał, faktycznie spędził dzieciństwo i młodość w Neapolu końca lat sześćdziesiątych jako, że realia życia tam w tym czasie oddane są bardzo wiarygodnie. 

Jak mi się czytało? Dobrze, chociaż nie ukrywam, że mam nadzieję, że w następnych częściach będzie jeszcze lepiej a podobno (ktoś mi tak napisał) autorka „rozkręca się” z książki na książkę. 

Ja podczas lektury zastanawiałam się nawet czy ktoś, kto to napisał nie jest związany z branżą filmową bowiem (przynajmniej na początku książki) odnosiłam wrażenie, że to trochę scanariuszowe didaskalia, że wystarczy postawić statystów, zaprosić aktorów , włączyć kamerę i zacząć nagrywać.

„Genialna przyjaciółka” to opowieść o dwóch dorastających w uboższej dzielnicy Neapolu końca lat sześćdziesiątych przyjaciółkach, Elenie i Lili. 
Obie dziewczynki początkowo uczą się we wspólnej szkole, potem ich drogi rozdzielają się kiedy dalsze wykształcenie staje się udziałem jedynie jednej z nich, narratorki Eleny. Ich drogi jednak rozdzielają się jedynie w kwestii wykształcenia, bowiem wciąż towarzyszą sobie w czasie dojrzewania aż do dnia gdy Lila wychodzi za mąż. 

Co ciekawe, książka rozpoczyna się w chwili gdy do dorosłej już Eleny dzwoni syn Lili, Rino i zgłasza zniknięcie swojej matki.  Od tego niezwykle i bardzo starannie zaaranżowanego zniknięcia, które zdaje się mieć oczywiście jedynego reżysera, samą Lili, rozpoczyna się więc cykl neapolitański Eleny Ferrante. Tak więc w „Genialnej przyjaciółce” poznajemy same dziewczyny, ich rodziny i otoczenie i to jak dorastały w tamtych warunkach i w tamtych latach. Jak wspomniałam, realia Neapolu oddane wiarygodnie. 
Zwłaszcza izolacja społeczności dzielnicy, w której dorastały narratorka i jej przyjaciółka, a która to izolacja zostaje przerwana dopiero gdy dziewczyny są naprawdę starsze.

Ta neapolitańska dzielnica to takie małe miasto w mieście, w którym dzieje się całe życie, w którym popełniane są zbrodnie i w którym namiętność potrafi zamącić człowiekowi w głowie raz na zawsze. Nie jest to miejsce przedstawione jako enklawa bezpieczeństwa, do którego wraca się aby odpocząć gdy jest się już dorosłym ale też nie zrobiono z niego jakiegoś piekła na ziemi. Ot, autorce udało się odmalować obraz włoskiej społeczności, w której żyje się od wieków wedle ustalonych zasad. Kobiety zajmują się domem i wychowują dzieci a mężczyźni mają na ten dom zarobić. Rola kobiety jest mocno zmarginalizowana a feministyczne głosy nie mają tam raczej szans dotrzeć. Niemniej jednak pomimo tego nie jest tak, że żadna z kobiet przedstawionych w opowieści nie ma szans na wykształcenie, bez względu na to jakimi powodami kierowali się jej bliscy umożliwiając jej szansę zdobycia go. 
Czytając książkę miałam gdzieś pod powiekami obrazy ze starych filmów włoskich, które dopełniały według mnie obrazu.  

Już, już miałam sięgnąć po drugą część cyklu czyli „Historię nowego nazwiska” ale porwała mnie zupełnie inna książka tak więc na razie chwila przerwy od tego cyklu niemniej jednak chcę szybko powrócić do opowieści o Elenie i Lili. 

Moja ocena to 5 / 6.

„Gra cieni”. Charlotte Link.

Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2015). Ebook.

Przełożyła Daria Kuczyńska-Szymala.
Tytuł oryginalny Schattenspiel. 

Hm, hm, hm, szkoda, że ta książka nie spodobała mi się tak, jak oczekiwałam. Kupiłam ją niemal zaraz gdy ukazała się w formie ebooku. Potem jednak jakoś po nią nie sięgnęłam, potem miałam fazę „czytam polskie autorki i autorów” i książka się przeleżała. A teraz po nią sięgnęłam z nadzieją, że będę miała dobrą lekturę i cóż. Owszem, przeczytałam, ale szczerze, spodobała mi się tym razem średnio. A przecież większość czytających mój blog wie, że Charlotte Link to jedna z moich ulubionych autorek, więc tym większy żal, że tym razem na lekturze się zawiodłam. 
Zbyt papierowe postaci bohaterów mi się wydawały. Zbyt „podręcznikowo” reagowały. Zbyt duże nagromadzenie ludzi o nieco podobnych sytuacjach życiowych w jednym miejscu mi się wydało.  
Rozumiem, że Link chciała zastosować trochę schemat jak z książek Agathy Christie czyli „grupa kilku osób, z których w obliczu popełnionego morderstwa można powiedzieć jedno pewne, każda z nich miała motyw aby popełnić zbrodnię” niemniej jednak w tym przypadku jakoś nie wyszło.
W jednym miejscu, czyli szkole, spotyka się piątka osób, które zaprzyjaźniają się ze sobą i tworzą szkolną grupę przyjaciół. Których z czasem złączą pewne nierozerwalne na swój sposób więzy. Wydarzenia, które będą miały miejsce sprawią, że przyjaciele urwą kontakty. I spotkają się dopiero dłuższy czas potem. W mieszkaniu Davida, jednego z tej grupy. Który to David Bellino chce dowiedzieć się kto z nich, Mary, Steve, Natalie czy Gina, chce go zamordować. Co też nawiasem mówiąc się stanie i oto z tym samym problemem zmierzy się komisarz nowojorskiej policji.

Przyznam, że na samym początku szło mi najgorzej z czytaniem. Kiedy dotarłam do kolejnych złych wydarzeń mających wpływ na życie jednej z bohaterek już prawie odłożyłam książkę na nie doczytanie ale w końcu postanowiłam się przekonać, jak ta intryga zostanie wyjaśniona. Chociaż nie ukrywam, że kto zabił domyśliłam się praktycznie niemal zaraz po tym jak zbrodnia na kartach książki miała miejsce. 
Jak pisałam, postaci bohaterów niespecjalnie do mnie przemawiały, wydawały się zbyt papierowe, trochę nierealne. Obdarzone zbyt wielkim nieszczęściem i pechem lub groteskowo wręcz niemożliwymi zbiegami okoliczności doprowadzającymi do wielkich zmian w ich życiu.
Jedno, co mnie zaintrygowało, to ukazanie dość popularnego mechanizmu, który stosują często ludzie, którym przydarzyło się zło czy nieszczęście. Chociaż na wiele spraw nie mogą mieć wpływu, to racja, ale często jakaś decyzja jednak została podjęta przez nich samych, natomiast nie widząc tego bądź nie chcąc widzieć, szukają „winnego” własnego nieszczęścia czy pecha. 

Jak widzę darowując ocenę na Biblionetce, „Gra cieni” nie jest najnowszą książką w dorobku Charlotte Link a czytane przeze mnie nowsze jej książki podobały mi się o wiele bardziej stąd i moja nadzieja jako czytelnika, że nowa książka jej autorstwa, która się ukaże spodoba mi się o wiele bardziej niż ta.

Moja ocena to 4 / 6.

 

„Zmuś mnie”. Lee Child.

Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa  (2016). Ebook.

Przełożył Jan Kraśko. 
Tytuł oryginału Make Me. 

Jack Reacher, to serduszko na dłoni 🙂 Nie umie przejść obojętnie wobec kogoś, kto potrzebuje pomocy. Kiedy inni mijają kogoś w potrzebie , Jack zawsze przy kimś takim przystanie i wyciągnie pomocną dłoń. Starsze panie, dzieci, psy i koty 🙂 nikt nie musi czuć się źle gdy w pobliżu jest ON.

Tak, tak, znów przygody Jacka Reachera i szczęśliwie, tym razem ponownie na amerykańskiej ziemi. Ta przygoda na wyjeździe w poprzedniej części najwyraźniej pokazała, że Reacher najlepiej czuje się i rządzi na własnym podwórku.
Lee Child nie zaoferował nam w tej części nic czego byśmy nie znali z poprzednich opowieści o Jacku Reacherze, facecie, który sprząta świat z brudu i zła. I szczerze? Bardzo dobrze, że autor nie zaproponował niczego innego. Wiem, że dla niektórych może to być zarzut, w sumie autor po raz kolejny stosuje stary dobry zabieg. Reacher jest „gdzieś” w podróży, pomiędzy dwoma losowo wybranymi miastami. Coś jednak przykuwa jego uwagę a może to wrodzony radar ukierunkowany na przygody i rozwiązywanie zastałych problemów zawczasu go nakierowuje, dość, że wysiada w miejscowości, w której nigdy wcześniej nie był. Tym razem jest to miejscowość o frapującej do ostatniej karty książki Reachera nazwie Matczyny Spoczynek. Miejscowości, która znajduje się w środku niczego czyli otoczona przez setki kilometrów zbóż, typowo rolnicza miejscowość, w której wydaje się, że życie zamarło po części i nic się w niej nie dzieje. A jednak…
Reacher więc wysiada z pociągu, którym jechał w kierunku Chicago a tak się składa, że wysiada nocą. Spodziewa się, że na stacji będzie jedyną osobą ale tak się nie dzieje. W ten sposób Jack Reacher poznaje byłą agentkę FBI, Chang. Która to z kolei na stacji owej znalazła się za sprawą swego kolegi, również byłego agenta FBI. Który to najprawdopodobniej znalazł sie w Matczynym Spoczynku ale przestał się do niej odzywać. Sama sytuacja, która zaczyna się gmatwać, dziwny nastrój panujący w miasteczku i po prostu ludzkie złe przeczucia, to wszystko powoduje, że Chang zaczyna sądzić, że z jej wspólnikiem stało się coś bardzo złego.

Reacher jak to Reacher, nie pozostaje obojętny na ludzkie nieszczęście i co jest do przewidzenia, angażuje się w sprawę poszukiwań znajomego Chang.
A dalej jest jak to w przygodach Reachera bywa, czyli szukanie złych ludzi, znajdowanie ich i rozprawianie się z nimi.
Trochę nowości, które tym razem w bonusie od autora, a mianowicie Jack Reacher tym razem chociaż zwykle niechętny technice, będzie musiał się z nią przeprosić i nieco zapoznać, a to za sprawą tego, gdzie przyjdzie mu owych złych ludzi również poszukiwać. Wsiądzie też kilka razy na pokład samolotu a przecież każdy kto zna Reachera wie, że to najmniej lubiany przez niego środek transportu.
Ostatecznie jednak samo sprzątanie oczywiście odbędzie się jego własną, spracowaną ręką 😉 A nawet dwoma.

Bardzo mi się ta część opowieści o Jacku Reacherze podobała chociaż zakończenie a raczej samo rozwiązanie sprawy, z którą tym razem się zmierzył, z gatunku bardzo paskudnych.

Dostałam to, czego oczekiwałam po tej lekturze, czyli przygody jednego z ulubionych bohaterów, kawał rozrywki i sensacji. Mnie ( o czym w kontekście książek Lee Childa pisałam już wielokrotnie) to pasuje.

Moja ocena to 5.5 / 6.

 

 

drobne szczęścia i radości…

…czyli ale mi dobrze!

Wczoraj skończyłam czytać kolejny kryminał Agathy Christie, „Strzały w Stonygates”. Nie wiem czy nie czytałam czy czytałam ale nie dałam wcześniej noty na Biblionetce, dość, że z ekranizacji, którą na pewno oglądałam nie pamiętałam nic a nic. Nie jest to może naj naj moja książka Agathy Christie ale czytało mi się ją dobrze. 
Po południu kupiłam sobie lutowy numer „Twojego Stylu”. Od daaawna już nie czytam tego pisma, zresztą chyba nigdy regularnie nie zaglądałam ale mam swoją prywatną tradycję czyli co roku regularnie w lutym nabywam ze względu na Horoskop Chiński, który lubię sobie poczytać i już ! 🙂

A wieczorem zaczęłam najnowszą książkę Lee Childa na naszym rynku czyli „Zmuś mnie” 🙂 Najnowsze przygody ulubionego albo powiedzmy jednego z najulubieńszych bohaterów literackich, czyż może być coś lepszego książkowo? Tak więc mam nadzieję, że lektura okaże się udana i lepsza od poprzedniej jego książki, która mnie trochę niestety zawiodła. 

Mam nadzieję, że Wam jest równie dobrze, jak mi 🙂
 

„Kieszeń pełna żyta”. Agatha Christie.

Wydana w Wydawnictwie Dolnośląskim. Wrocław (2014).
Przełożył Jan Dehnel.  
Tytuł oryginału A Pocket Full of Rye.

Szkoda, że panna Marple, która pomoże policji rozwiązać zagadkę zbrodni, pojawia się w książce dość późno. Jak dla mnie właśnie za późno. Bo jak zwykle, spostrzeżenia panny Marple dotyczące świata, ludzi i mechanizmów ich zachowań, bezcenne i do zapamiętania. Niedawno ukazała się książka z cytatami Poirota z książek Christie. Ja osobiście życzyłabym sobie zbiorek cytatów zebranych wypowiedzianych przez tę wspaniałą starszą panią.

Tym razem Christie umiejscawia akcję kryminału w drugim lubianym przez nią tle. Oto bowiem mamy posiadłość rodzinną gdzieś poza Londynem, w której to posiadłości mieszka spora część rodziny. Głową domu i na czele rodzinnej firmy stoi Rex Fortescue.I gdy staje się on ofiarą morderstwa, zostaje bowiem otruty, okazuje się, że praktycznie każdemu mieszkańcowi posiadłości śmierć pana domu ułatwia życie. Tam, gdzie w grę wchodzi niemała ilość pieniędzy a także obawa przed ich utratą, komuś prędzej czy później puszczają nerwy.
Jak to u Agathy Christie bywa, będzie więc trochę spraw z przeszłości, „grzechów”, które rzucają długie cienie jak padnie to w książce w którejś z wypowiedzi. Jest też syn marnotrawny, który niczym ten biblijny, pojawi się niemal znienacka w rodzinnej posiadłości. 

Pojawi się też więcej zbrodni i cała sprawa zacznie wydawać się zaplątana i nie do rozwiązania. 
Na to wszystko wkroczy spokojnie siwowłosa i błękitnooka Jane Marple, która jak to często miewa w zwyczaju, z pomocą pamięci przypomni sobie jedną z dziecięcych wyliczanek, która to wyliczanka, wierszyk, pomoże jej rozwiązać sprawę i wspomóc tym samym działania policji.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Morderstwo w Orient Expressie”. Agatha Christie.

Wydana w Wydawnictwie Dolnośląskim. Wrocław (2011). Ebook.

Tłumaczyła Anna Wiśniewska-Walczyk. 
Tytuł oryginału „Murder on the Orient Express”.

Jak widać, moje ratowanie się klasyką i starą, dobrą Agathą, trwa. Trwa i zdecydowanie podoba mi się owo trwanie. Tym razem sięgnęłam po jedną z najlepszych chyba książek Agathy Christie (chociaż ja naprawdę wielbię jej książki miłością totalnie nieobiektywną :)).
Tym razem nie Panna Marple a Herkules Poirot przejmuje śledztwo. A będzie to śledztwo niełatwe, o nie! Oto bowiem kilkunastu pasażerów i jeden z najsłynniejszych chyba pociągów na świecie. Pociąg, w którym, to zwróci uwagę niemal od początku, pasażerami są osoby najrozmaitszych profesji, wykszłatcenia, pochodzenia. Taki groch z kapustą. A może raczej właściwsze określenie byłoby „beczka prochu”. Beczka prochu, która szybko eksploduje. Oczywiście w przenośni chociaż efekt bombowy będzie. Oto bowiem zostanie popełnione morderstwo na jednym z pasażerów, a że w chwili gdy to odkryto pociąg utyka w zaspach śnieżnych na wszystkich pada blady strach. Jako, że nikt pociągu opuścić w takiej sytuacji nie mógł wychodzi na to, że morderca jest wśród nich. Jako, że pociągiem podróżuje przyjaciel Poirota, dyrektor Compagnie Internationale des Wagons Lits, pan Bouc, prosi on Herkulesa Poirota aby ten porzuciwszy przyjemności podróżnego powrócił do swej ukochanej roli detektywa i pomógł wykryć sprawcę. Co oczywiście nie budzi niczyich wątpliwości, że nastąpi.

Agacie Christie w tym kryminale udało się po raz kolejny to, co w jej kryminałach lubi się najbardziej. Czyli stworzyć niezwykłą atmosferę grozy podszytej ni to przerażeniem, że obok ktoś popełnił zbrodnię, ni to świadomością, że to „ktoś z nas” i dodatkowo jeszcze jest wciąż obok. Zamknięte przestrzenie, sekrety, które skrywają dosłownie wszyscy pasażerowie podróżujący pociągiem i dodatkowo świadomość izolacji, która potrwa nie wiadomo jak długo. A do tego bystry umysł wspaniałego Herkulesa Poirota.

I w tym przypadku pamiętałam kto i co. Ale , jako, że czytałam dosyć dawno, a jak już pisałam, świadomość kto jest sprawcą nie psuje mi lektury książek Christie, chętnie przeczytałam ją ponownie (chociaż sprawa, wokół której toczy się śledztwo jest bardzo smutna i mroczna i nie powiem aby to nie przybijało mnie nieco). 

Tej książce nieustająco nieustająco daję 6 / 6.

dwudziesty czwarty raz…

…Gra WOŚP. Z roku na rok coraz bardziej opluwana i atakowana, co mnie osobiście przybija z roku na rok coraz bardziej chyba. 
A my z P. zawsze sercem z tym przedsięwzięciem byliśmy i będziemy. I najpierw byliśmy nie wiedząc, co przyniesie nam przyszłość a teraz będziemy bo wiemy jak bardzo to ważne. Bo tak, pięć prawie lat już temu odwiedzając Emilkę na OIOMIE CZD wpatrywaliśmy się w urządzenia, którymi była otoczona, a które to oblepione były czerwonymi serduszkami WOŚP. I tak, odczuwam świadomość, że oprócz ogromnej wtedy determinacji lekarzy, dwa tygodnie mojej Córki zawdzięczamy również temu sprzętowi. Tak, dwa tygodnie tego, gdy mogliśmy na Nią patrzeć i mieć Ją.
Na szczęście, generalnie ja otoczona jestem tymi, którzy WOŚP z serca gorącego wspierają. Piszę, na szczęście, bo osoby, które rzucają na tę akcję kalumnię nie dość, że przynoszą bardzo złe emocje do życia innych, a tego na pewno nikt nie potrzebuje a już na pewno nie ja, po moich przejściach życiowych, a po drugie, dodatkowo byłoby to dokładanie zła do moich doświadczeń, bo jakby oznaczało „życie Twojej Córki , te dwa darowane tygodnie, NIC nie były warte, ważniejsza przecież jest chora ideologia i zakłamanie”.

Tak, kierują mną emocje, bo jak piszę, tak, byłam na OIOMIE dziecięcym, tak, widziałam ILE sprzętu ufundowanego przez WOŚP się tam znajduje i jak wymiernie, RATUJE życie dzieciom. A podobno walczymy o każde życie, skoro o to nienarodzone, to o to narodzone ale potrzebujące pomocy i szansy na życie chyba też czy też może bawimy się w jakąś chorą grę pod tytułem „wybieramy ważniejsze życie”?

Pamiętam w jakiś sposób trzy finały WOŚP. Ten pierwszy, który pamiętam jak przez mgłę bo wtedy ze znajomymi jeszcze nie wiedzieliśmy co i jak, o co w tym wszystkim chodzi. 
Ten z roku 1999 bo odbywał się w niedzielę tuż po tym jak P. mi się oświadczył. Kamera TVP (jakaż wtedy władza trzymała TVP, że tak pozytywnie i fajnie promowano wspólne pomaganie o dobre serce?) „złapała” mnie i P. na Starówce i „polecieliśmy” jako pierwszy tego dnia news w wieczornych „Wiadomościach” , tych o największej oglądalności i powiedzieliśmy „Dlaczego pomagamy” (wtedy nie wiedzieliśmy, że w 2011 roku ta pomoc okaże się poniekąd pomocą dla nas samych a racze, dla naszej Emilki).

I ten z 2012 roku, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że jestem już w ciąży z Janeczkiem, a byłam. A my płaciliśmy ze świadomością jak to jest ważne. O tamtym finale napisałam tak , o w tym wpisie. 

Dziękuję wszystkim tym, którzy nie opluwają WOŚP i są zawsze z tą akcją. To również dzięki Wam w 2011 nasza córeczka Emilka żyła aż dwa tygodnie. Te dwa tygodnie, których nigdy nie zapomnimy i które są dla nas tak ważne.

A dla Jasia też się przysłużyliście 😉 To przecież dzięki WOŚP mamy przesiewowe badanie słuchu noworodków. 
Nie napiszę Siema! , napiszę po prostu ” Z serca Wam dziękuję”.