„Upalne lato Kaliny”. Katarzyna Zyskowska-Ignaciak.

Wydana w Wydawnictwie MG. Warszawa (2013). Ebook.

Poszłam za ciosem i po „Upalnym lecie Marianny” stanowiącym preludium czy też może po prostu otwierającą „upalną” trylogię Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak, sięgnęłam po kolejną część. Owszem, po części dlatego właśnie, że miałam ją nabytą w tej samej targowej promocji na czytniku ale po części dlatego, że byłam ciekawa zarówno dalszych losów bohaterów poznanych w części pierwszej jak i tego jak „rozwinie się” autorka. I powiem tak, o ile pierwszą część oceniam jako dobrą, to ta jest o wiele, wiele lepsza. Co za wspaniała wiadomość dla czytelnika, który oczekuje faktycznie postępu. Od obu książek nie mogłam się oderwać ale ta naprawdę mnie przy sobie trzymała, odrywałam się gdy już naprawdę musiałam. To dla mnie zawsze bardzo dobry znak.

W tej części poznajemy Kalinę. Kalina jest córką Marianny, której losy śledziłam w części pierwszej cyklu. Tamtej Marianny już nie ma. Poznajemy ją praktycznie jedynie ze wspomnień (śladowych) córki, która praktycznie nie znała własnej matki, a wychowana była przez znaną czytelnikowi Gabrielę, dawną opiekunkę Marianny. 
Kalina nie znała własnej matki i niestety, ten brak wyraźnie ciąży na całym życiu dziewczyny, począwszy od dzieciństwa, poprzez młodość. Aż do dnia, w którym poznajemy Kalinę. Mężatkę z rocznym dzieckiem, która wraz z mężem jedzie na urlop do Zakopanego. Córeczkę Gabi pozostawia jak to ma miejsce właściwie ciągle, pod opieką Gabrieli, a sama ma towarzyszyć Jerzemu, mężowi, który usiłuje dokończyć swoją pracę naukową.

Do Zakopanego jadą nie sami bo z przyjaciółmi a grono powiększa się dodatkowo o osobę Maćka, kolegi Basi i Staszka, z którymi Kalina i Jerzy jadą w góry.

Kalinę poznajemy jako osobę chłodną emocjonalnie, bardzo wyciszoną, zawsze z boku towarzystwa. To kobieta, która nosi w sobie niezaleczone rany z przeszłości i jakąś krzywdę. O tym wszystkim stopniowo dowiadujemy się wraz z upływem czasu i lektury.

Po części największe sekrety, dotychczas skrywane przez Gabrielę, zostaną ujawnione Kalinie w liście od jej opiekunki, która to uznała, że dość już skrywania tajemnic, sekretów. Gabriela bowiem widzi, jak takie postępowanie ciąży Kalinie, jak niewiedza, nieświadomość pewnych spraw z przeszłości, spraw dotyczących zarówno jej matki jak i po części samej Kaliny, wpędzają ją w jakiś dół, który wciąga młodą kobietę coraz to głębiej i głębiej. Jak pisze w swym liście noszącym znamiona spowiedzi, Gabriela do Kaliny, „Niekochane dzieci nie potrafią kochać”.

To dobrze skonstruowana opowieść o kimś, kto w przeszłości nie doznał zbyt wiele miłości, kto tej miłości potrzebował. I o kimś, kogo rany wydają się wciąż i wciąż krwawić pomimo pozorów zaleczenia.  

W kolejne upalne lato, o którym opowiada nam autorka znów jej bohaterkę spotka coś, co stanowić będzie przełom w jej życiu. Coś, co zadecyduje o dalszym jej życiu. 

No a zakończenie ! Nie chcę zdradzać zakończenia, więc nic więcej nie napiszę poza tym, że wczoraj zwracałam się z prośbą o pewne wyjaśnienia do kogoś, kto czytał kolejną już „upalną” część, jaka się ukazała, czyli „Upalne lato Gabrieli”. 
Nie ukrywam, że liczę, że trzecia część tej trylogii (chyba, że o czymś nie wiem i że autorka napisze jeszcze kolejne jej części) szybko ukaże się jako ebook bo już nie mogę się doczekać aż znów spotkam się z bohaterkami.

Moja ocena to 5.5 / 6. 

 

krąży sobie taki mem…

…po necie, że niby jak już Mama nie wie gdzie jest dany przedmiot, to już nikt nie wie i znaczy, że amba, było przepadło , pogódź się człowieku, że nie znajdziesz 🙂

Już miałam głosić, że to wierutna bzdura, kiedy przypomniałam sobie ostatnią możliwą kryjówkę puzzla z naszej dwudziestosiedmioczęściowej układanki.
Plecaczek Janeczka. W który ostatnio pakował swoje skarby.
Zdałam kolejny test na bycie Mamą?:)  

Wszystkim odwiedzającym mnie Mamom …

…życzę w naszym dniu Wszystkiego Najlepszego 🙂 Wiele Zdrowia dla Was i Waszych Bliskich, Radości, Szczęścia i wiele, wiele Miłości i pociechy z Waszych pociech.

Mam nadzieję, że dacie się dzisiaj rozpieścić maksymalnie jak tylko się da. 🙂 

A propos rozpieszczania, to zawsze przypomina mi się odcinek ze wspaniałego serialu „Wojna domowa” gdy to Paweł z ojcem postanowili urządzić mamusi jej święto (wedle ściśle rozpisanego wcześniej planu, czuję w tym rękę pana Kazimierza).
Tak czy inaczej, niech Wasz dzień minie spokojniej niż pani Zofii z serialu.

Mamom, które tak jak ja mają trochę krzywe macierzyństwo wysyłam ciepłe myśli i zapewnienia, że mam Was wszystkie jak i Wasze Dzieci w sercu. 

I pomyśleć, że był taki czas, a był, kiedy już nie wierzyłam, że ten dzień będzie dotyczył również mnie…

książki dla dzieci…

bo dawno nie było a chcę o dwóch napisać. 
Pierwsza to nabyta w ni mniej ni więcej a IKEI, „Jeżyk wyrusza w świat”. Na książeczce widnieją  nazwiska :Ulf Stark, Ann-Cathrine Sigrid Stahlberg. IKEA połączyła sprzedaż fajnej książeczki dla dzieci ze sprzedażą maskotek z tejże opowiastki. My mamy dwie Sowy i lisicę z liskiem 🙂
Sama książeczka jest bardzo ładnie ilustrowana i ma fajną treść. Mały Jeżyk wyrusza jesienią w poszukiwaniu miejsca, w którym przezimuje. Spotykają go różne przygody i poznaje nowych przyjaciół, w tym bardzo sympatyczną Mysz, która uratuje mu życie. Jest też trochę nauki, bo dziecko może zobaczyć jak wyglądają ślady różnych zwierząt i odchody zająca, a co ? ! 🙂
Edukacja przyrodnicza ale w taki bardzo fajny sposób, jak to w Szwecji pewnie jest czyli bez namolnej dydaktyki a przy tym przyjemna pointa, fajnie jest komuś pomagać i mieć kogoś, kto w razie czego pomoże nam 🙂

Janeczek bardzo ją lubi a i my również. Ja oceniam ją na 6 / 6.

Druga książka, wydana w Wydawnictwie Media Rodzina,  to pierwsza z cyklu „Sam i Julia”. Poznajemy w tej części oboje bohaterów, dwie myszy, dzieci myszy, dodajmy, Julię i Sama.
Ci młodzi przyjaciele różnią się od siebie i tym samym uzupełniają. Są najlepszymi przyjaciółmi, którzy wszystkim ze sobą się dzielą 😉 Jest bodajże siedemnaście rozdziałów-opowiastek.
Co „robi” tę książkę to fakt, że jej autorka, czyli Karina Schaapman sama stworzyła bohaterów czyli myszy Julię i Sama i ich rodziny i przyjaciół i znajomych. Ale również wykonała dla nich własnoręcznie i z rozmaitych materiałów dom. Nie tam domek, to dom, domiszcze 😉 Ma masę pokoi, skrytek, pomieszczeń. Zdjęcia domu są w książce. Wszystkie pomieszczenia mają zarówno meble, jak i wszystkie znane nam z domów, z otoczenia przedmioty. Książki, dywany, meble, zabawki dziecięce. Wyposażenie kuchni (łącznie z miniaturowymi gumowymi żółtymi rękawiczkami chroniącymi ręce przed szkodliwym wpływem detergentów:). W łazience jest pralka, znana nam pasta do zębów, w mydlarni kostki znanych nam mydeł, które myszy mogą nabywać. 
W tej książce poznamy kilka pomieszczeń, w których mieszkają czy poruszają się myszy zamieszkujące dom, jak również ciastkarnię, sklep wędliniarsko rybny, mydlarnię.

Janeczek bardzo polubił tę książeczkę ale nie mniej polubiliśmy ją i my, rodzice. Ja osobiście mogłabym godzinami przeglądać zdjęcia, które zostały wykonane specjalnie do opowieści przedstawionych w tej książeczce.
Miniaturowe książki, o znanych nam tytułach, okładki płyt, rośliny, kosmetyki, akcesoria kuchenne czy łazienkowe. Oglądam, oglądam i podziwiam pomysł i pracę autorki, która wykonała naprawdę żmudną robotę, która jednak daje niesamowity efekt.  
Moja ocena to ponownie 6 / 6. 

„Upalne lato Marianny”. Katarzyna Zyskowska-Ignaciak.

Wydana w Wydawnictwie MG. Warszawa (2012). Ebook.

Skorzystałam po raz nie wiedzieć który z promocji (tym razem na jednej z ulubionych księgarni ebookowej z okazji warszawskich Targów Książki) i nabyłam dwa ebooki autorki, której do tej pory nie znałam. Książek znaczy się 😉 
Zaczęłam od „Upalnego lata Marianny” bo pomimo, że to chyba nie jest jakiś konkretny cykl to te upalne lata (pojawiło się już trzecie do kolekcji, na dniach dosłownie) dobrze jest czytać przynajmniej chronologicznie.

Jest lato roku 1939. Upalne lato, dodajmy.
Marianna ma osiemnaście lat. Skończyła pewien etap nauki i udało się jej zdać na studia prawnicze w Warszawie. Siedzi więc u siebie na mazowieckiej wsi, w dworku ojca, i snuje plany i marzenia, które wiążą się z zupełną zmianą dotychczasowego jej życia u boku ojca, brata i pomocy domowej, która jest chyba jednak więcej niż tylko pomocą domową. Matka Marianny bowiem zmarła tuż po porodzie brata dziewczyny.
My już wiemy, że Marianna na te studia się nie wybierze, a raczej , że nie uda się jej ich rozpocząć, ona jeszcze nie, więc pozwólmy jej cieszyć się tą radością z możliwości wyrwania się z ziemskiego majątku pod Wyszkowem.
To lato jest dla Marianny przełomowe. Nie tylko dlatego, że w jakiś sposób czuje, że ostatecznie żegna się z jakimś etapem niedorosłości ale również ze względu na intensywność uczuć jakie będą przez nastolatkę przeżywane tego konkretnego lata. A dziać będzie się dużo.

Marianna dowie się rzeczy, o istnieniu których do tej pory nie miała pojęcia. Utwierdzi w podejrzeniach co do spraw, które podejrzewała, że mają miejsce.
To lato będzie pełne namiętności i zbyt gorących uczuć. Uczuć, które nie są dobre bo zbyt szybko spalają. I każą wierzyć, że za ich odczuwanie można zostać ukaranym w sposób okrutny od losu.

Opowieść jest prowadzona w czasie teraźniejszym. Mnie to nie przeszkadza, ale wiem, że niektórych może to drażnić. 
Ja znalazłam w niej często chyba zbyt współczesny jak na tamte czasy język ale ogólnie czytało mi się „Upalne lato Marianny” bardzo dobrze. Opowieść mnie wciągnęła, pomimo,że bohaterowie nieco zbyt papierowi czy raczej „czarno-biali”. Ale akcja mnie ciekawiła, odczuwałam żar lejący się z nieba, który dodawał temperatury uczuciom i emocjom.

Dodatkowo na plus oceniam okładkę książki czyli piękną fotografię kobiety czy to stylizowanej na późne lata trzydzieste czy to może właśnie zapożyczona fotka z tamtych czasów.

Na czytniku czeka teraz „Upalne lato Kaliny” i chyba za nie się zabiorę.

Moja ocena to 4.5 / 6.
 

„Dom pod Lutnią”. Kazimierz Orłoś.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2012). Ebook.
Książka ta została mi sprezentowana, za co dziękuję w tym miejscu, bo podejrzewam, że ktoś, kto mi ją sprezentował, zwątpił już w to, że ją przeczytam. No więc przeczytałam i jestem zachwycona. Nie wiem czy już pisałam (pewnie tak) ale samorodnie i nagle podjęłam się własnego zadania czyli „czytać więcej polskich autorów”. Od kilku tygodni to zadanie wypełniam, co najważniejsze, z wielką przyjemnością.
„Dom pod Lutnią” wpasował się idealnie w lekturę po „1945. Wojna i pokój” Grzebałkowskiej. Po pierwsze, złagodził nieco to wrażenie, jakie książka Grzebałkowskiej pozostawiła we mnie jako w czytelniku. Po drugie, akcja książki dzieje się na Mazurach. Ziemi, która jeszcze do niedawna była Prusami Wschodnimi a po wojnie między innymi ta część ziem została włączona do terenów nowej Polski.  
Jest parę lat po wojnie, koniec lat czterdziestych. Tomek, dziesięciolatek, zostaje przywieziony przez mamę z Warszawy w gruzach do dziadka , Józefa Bronowicza. Bronowicz uciekł z Warszawy niemal zaraz po wojnie, uciekł od zniszczonego miasta, od dokwaterowanych lokatorów, od rodziny, z którą jakby już nic go nie łączyło, od obowiązków. Bywa i tak. Ponieważ w życie rodziny włącza się polityka i ojciec Tomka zostaje aresztowany i osadzony w więzieniu, matka decyduje, że jednak dziecku lepiej będzie w bezpieczniejszym miejscu. Bronowicz kontaktując się z rodziną listownie zapomniał najwyraźniej wspomnieć jak ciągle niebezpiecznie i burzliwie dzieje się na terenach, które obecnie wcielone w granice Polski, przyszło mu zamieszkiwać. Niemniej jednak decyzja zapada, Tomek znajduje bezpieczną przystań u dziadka.Początkowo niechętny tej decyzji szybko się aklimatyzuje w nowym miejscu. Jest jeszcze dzieckiem i trochę nie do końca orientuje się w nowej rzeczywistości, zarówno politycznej jak i rodzinnej ale najważniejsze, że znajduje swoje miejsce w nowym domu, wśród nowych mu ludzi.
Mimo polityki, która dzieje się wokół, dla Tomka zaczyna się po prostu nowy wspaniały czas. Jakby nieco przedłużonych wakacji pomimo faktu, że rozpoczyna naukę w szkole, idąc do trzeciej klasy. U dziadka jest mu dobrze, przytulnie, ma nowych kolegów. Z dziadkiem mieszka miła młoda kobieta i jej pięcioletnia córka, która dla Tomka stanie się kimś w rodzaju młodszej siostry. 
Dni mijają, dzieje się życie. Nie będzie w tej książce fajerwerków akcji, ale to nie szkodzi, ja bardzo lubię takie spokojnie dziejące się opowieści o ludziach i ich często niełatwym, skomplikowanym życiu. Tu dodatkowo przyjemnością jest czytanie książki bo autor pisze bardzo ładnym językiem, piękną polszczyzną, czyta się więc książkę z prawdziwą przyjemnością. Do tego dochodzą opisy przyrody, natury, która jest, trwa wokół naszych bohaterów. W tej krainie, gdzie jeszcze do niedawna rządził ktoś inny a teraz żyć przyszło i Polakom, i niemieckojęzycznym Mazurom i Ukraińcom, Tomek spędzi wspaniały, dobry rok. 
Bardzo mi się ta książka podobała. Zła jestem na siebie, że nie przeczytałam jej wcześniej a z drugiej strony uznałam, że najwyraźniej tak właśnie miało być. Może „Dom pod Lutnią” czekał właśnie na to aż przeczytam go teraz, po tamtej wojennej książce aby w swoisty sposób stać się jej uzupełnieniem?
Polecam bardzo, moja ocena to 5.5 / 6.

 

obkupiłam się jak…

…dzika norka w ebooki z okazji minionych już Targów Książki. Można więc powiedzieć, że wirtualnie imprezę obeszłam bo fizycznie na Targi się nie wybierałam. Niemniej jednak czytnik zapełnił się jeszcze bardziej dobrem wszelakim. Ostatnio ukuło mi się moje własne prywatne postanowienie, czyli „czytać więcej autorek i autorów polskich” i niniejszym mogę powiedzieć,że tak,że wypełniłam to postanowienie. 
Weekend mieliśmy bardzo intensywny. Ale pomimo wczorajszej i związanych z nią refleksji i wspomnień, Rocznicy mogę powiedzieć, że był to udany, dobry weekend. 
Dziękuję Ewiezdublina za to, że rozpieściła mnie budapesztańską pocztówką (na razie wiem o niej od Mamy bo do Mamy korespondencję przeniosłam) ale jeszcze większe podziękowania składam Ci Ewo za kartkę dla Janeczka 🙂 Janeczek albowiem ma już swoją własną kolekcję kartek i na pewno jak Mu powiem, że to jest wysłana z zagranicy specjalnie dla Niego to będzie przeszczęśliwy 🙂

Tradycji stać się musi zadość i oto życzę zarówno sobie jak i Wam dobrego, spokojnego tygodnia.
 

„1945. Wojna i pokój”. Magdalena Grzebałkowska.

Wydana w Wydawnictwie Agora. Warszawa (2015). Ebook.

To jest książka roku 2015 jak dla mnie (przynajmniej w obecnej chwili, oczywiście, że życzyłabym sobie jako czytelnikowi aby któraś jeszcze ją „pobiła” i zajęła jej miejsce) a nie wiem, nie wiem doprawdy czy nie okaże się książką dekady. Przypominam, że mówię tu o moich własnych odczuciach i poruszam się w obrębie lektur własnych. 

Jak już pisałam wcześniej, ta książka jest książką o słusznej objętości , co za tym idzie, poświęca się jej dużo czasu. I dobrze. Bo na pewno nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna, taka, nad którą się przebiega oczami i już. Nie. Tu się przystaje, zastanawia, myśli. Wspomina. Jeśli nie samemu (chociaż na pewno będą osoby wśród czytelników, które przypomną sobie konkretne wydarzenia z autopsji) to to, co zasłyszało się z opowieści kogoś bliskiego. 

Grzebałkowska stworzyła swoistą (niesamowitą i wstrząsającą, poruszającą emocje) monografię roku 1945 w Polsce, podzieliwszy ją na rozdziały odpowiadające miesiącom, w których umiejscowiła konkretne wydarzenia. Rozdziały opowiadają więc na przykład o problemie wysiedleń zza wschodniej (obecnie) granicy i przeniesienie ludności ze wschodu na ziemie ongiś niemieckie a w nowej sytuacji „odzyskane” przez Polskę, ale i o zatopieniu Gustloffa. Jest przejmujący obraz ludności cywilnej polskiej, której przyszło nagle porzucić własne ziemie, dobra i ruszyć w nieznane, być może na poniewierkę, ale jest i obraz Niemców, którzy opuszczali tereny zamieszkałe aby powrócić do Niemiec, których najczęściej kompletnie nie znali.
Jest też przejmujący rozdział opowiadający o otwockim domu dla sierot żydowskich.
Ale to oczywiście nie wszystko.
Te rozdziały i treść potraktowaną z mistrzostwa godną ręką reportażystki, Magdalena Grzebałkowska okrasza nam na początku każdego rozdziału ogłoszeniami z gazet całej Polski, które to ogłoszenia odpowiadają danemu miesiącowi, o którym autorka pisze.
Nie wiem doprawdy co częściej mnie wzruszało i przyprawiało o łzy. Czy sama treść książki czy tych właśnie ogłoszeń. Najtrudniejsze, zwłaszcza, gdy jest się matką, są te dotyczące dzieci. W najrozmaitszym kontekście. Począwszy od ludzi, którzy chcą oddać swoje dziecko bo nie są w stanie go wyżywić i wychować, a skończywszy na prośbie matki, którą okradziono z plecaka, w którym znajdowały się fotografie dziecka, które zginęło w czasie wojny i te zdjęcia stanowiły jedyną po nim pamiątkę. Tak, te ogłoszenia dotyczące dzieci spowodowały u mnie dwa razy płacz i to naprawdę konkretne łzy. 

Z drugiej strony często te ogłoszenia stanowią źródło wiedzy o tamtych czasach i świadectwo, jak bardzo człowiek jako człowiek nawet w najgorszej sytuacji potrzebuje NORMALNOŚCI , a raczej może powrotu do niej. Ogłoszenia o wznawianiu działalności chórów, poszukiwaniu muzyków, o wznowieniu działalności teatrów, proponowanych na Święta książkach z dobrze znanych nam do dziś istniejących wydawnictw. To pokazuje, jak człowiek potrzebuje podnieść się ze zgliszcz, popiołów, jakkolwiek górnolotnie to by nie zabrzmiało , i iść dalej, naprzód…

Które reportaże, opowieści zrobiły na mnie największe wrażenie? Chyba to o żydowskim sierocińcu ale i o Wernerze, Niemcu, którego wojna zastała jako dziecko, które musiało zdecydowanie zbyt szybko dorosnąć. Jego historia jest naprawdę bardzo ciekawa. 
Moja rodzina nie podzieliła losu repatriantów ale wiem, że sporo z czytających osób ten problem dotyczy, a raczej przodków tychże osób. Myślę, że dla nich rozdział o repatriacjach stanowić będzie znakomite wspomnienie, przypomnienie opowieści rodzinnych a także po prostu ich uzupełnienie.
Również interesujące jest przedstawienie zasiedlania nowych miejsc przez Polaków i przypomnienie czytelnikowi przez autorkę faktu, że nie zawsze działo się tak, że miejsce zastawało się puste. We Wrocławiu Polacy mieszkali często wespół z Niemcami, zanim ci wyjechali bądź pozostali i na swój sposób zasymilowali się z polską ludnością.
Z kolei jeszcze wracając do opowieści o sierocińcu, to przerażająco smutna opowieść o kolejnych dzieciach, którym być dziećmi tak naprawdę nigdy nie pozwolono.  
Wstrząsnęła mną też opowieść o synu Łucji, której udało się ocaleć z katastrofy Gustloffa. Kto czytał, ten wie o co chodzi, kto nie czytał, doczyta i się dowie. 

W rozdziale o Warszawie roku 1945 przeszkodziło mi tylko jedno i jest to jedyna rzecz, do której zamierzam się „przyczepić” podczas całej lektury. A mianowicie chodzi mi o stosowanie przez Grzebałkowską słowa „trup”. Ponieważ podczas lektury (uff, na szczęście) nie zauważyłam ze strony autorki żadnych potrzeb zbędnego epatowania okrucieństwem więc zakładam, że to taki trochę „wypadek przy pracy”. Mnie to słowo powtarzające się siłą rzeczy w tym konkretnym rozdziale bardzo wiele razy nieprzyjemnie zgrzytało, uważam, że można było zastąpić je innym, bez odbierania prawdy obrazowi strasznej sytuacji jaką zastali powracający do miasta jego mieszkańcy. 

Grzebałkowska w swojej książce przypomina to, o czym być może często się zapomina. Nigdy nie wiadomo do końca, kto z kim wygra, kto zajmie czyje wygrzane na krześle przy stole miejsce. 
Podczas lektury do głowy przychodzi czytelnikowi bardzo, bardzo dużo myśli, refleksji.

Magdalena Grzebałkowska dokonała sztuki fantastycznej. Udało się jej napisać książkę bez umieszczenia tam własnych ocen a więc zachowała fantastyczny reporterski obiektywizm. Nie oceniała i nie wystawiała laurek. Nie mieszała z błotem. Nad każdym ze swoich bohaterów umiała się zatrzymać i go wysłuchać, rzecz bardzo już zapomniana w dzisiejszych zabieganych czasach. Ze swej strony postawiła nie na własny komentarz a na konkretne, prawdziwe wydarzenia, które poznajemy jako czytelnicy i co za tym idzie, możemy sami starać się wyrobić sobie własne zdanie. Jednocześnie zaś nie odczuwa się przy tym braku osobistego komentarza jakiegokolwiek braku zaangażowania ze strony autorki. Bo zaangażowanie jest. Magdalena Grzebałkowska poświęciła tej książce wiele, wiele godzin swojego życia i to się odczuwa na każdej stronie. Staranna treść, drobiazgowo do tego dobrane ogłoszenia, fotografie ilustrujące to o czym autorka pisze, kalendarium i solidnie opracowana bibliografia, to wszystko składa się na sukces tej książki. Jestem przekonana, że autorka poświęcając się bardzo swojej pracy nad książką na pewno odczuła to na własnych emocjach, nerwach. 

Panie i panowie, o historii można napisać książkę niezwykłą. Pomimo trudności tematu ( i nie wiem czy będzie to określenie pasujące do wagi tematu) książkę zajmującą!

Moja ocena to zdecydowanie coś więcej niż to, co posiadała moja dotychczasowa , prywatna skala ocen. 
6.5 / 6.

TRZEBA! 

Cztery lata temu…

…jeszcze nie o tej porze dokładnie ale nastąpił się koniec naszego, mojego i P. , świata. Jak ja to nazywam, tego dnia skończyło się moje pierwsze życie. 
Tamtego strasznego dnia spytałam we wpisie „Jak teraz żyć?”. Odpowiedzi na to pytanie chyba wciąż nie do końca udało mi się poznać.

Wiem natomiast KTO dał mi siłę i spowodował, że dalej tu do Was piszę.
Mój Mąż. I pewien Ktoś, na Kogo wpatrywałam się dziś dobry kwadrans, jak śpi spokojnie oddychając i o czymś tam chyba śniąc sobie… 

Trudne są te dni majowe, pełne takich „naszych”, niezrozumiałych dla wielu rocznic…
Dni Matki takich dziwnych, niepełnych, potem Dni Dziecka, (tak, to już czerwce), które są też inne niż sporej części rodziców.
Takie nasze brzemię, które wlec będziemy do końca życia.
I jak zawsze tego dnia przypomnę sobie jednego z bardzo niewielu mądrych, sensownych księży, których miałam okazję poznać w życiu. Ksiądz, który spotkał nas w CZD tamtego dnia, po Jej Śmierci, był właśnie takim. Do końca życia wdzięczna Mu będę za tamtą rozmowę, którą z nami przeprowadził, wszystkie słowa wsparcia, które wtedy nam przekazał i chęć pomocy. 

Dziś obudził mnie deszcz…Świat też płacze.