„Nigdy nie wracaj”. Lee Child.

Wydana w Wydawnictwie Albatros. A. Kuryłowicz. Warszawa (2014). Ebook.
Tytuł oryginału Never Go Back.
Przełożył Andrzej Szulc.

Nigdy nie wracaj. Do przeszłości. Do wczoraj. Do wspomnień. Nie oglądaj się.
To takie, można by powiedzieć, motto jednego z mich ulubionych literackich bohaterów czyli emerytowanego oficera żandarmerii wojskowej Jacka Reachera.
Niemniej jednak, co wiemy wszyscy, zasady są tym przyjemniejsze, o ile bardziej się je łamie. Nie inaczej jest w tym przypadku gdy Reacher obiecawszy coś pewnej pani, Susan Turner,  obecnie piastującej jego niegdysiejsze stanowisko dowódcy słynnej 110 jednostki, wróci się jednak mówiąc kolokwialnie, „na stare śmieci”.

Wróci i zdziwi bo owa pani, z którą przyjemnie gawędziło mu się przez telefon i z którą to zdecydowanie miał zamiar umówić się na kolację, nie przyjmuje go w swoim gabinecie. Ba, przyjmuje go ktoś zupełnie inny , z pewnością nie mający tak przyjemnego głosu, jak Susan, z pewnością nie wyglądający tak przyjemnie jak to sobie po rozmowach telefonicznych Reacher wyobraził i zdecydowanie mający mniej przyjazne wobec Jacka zamiary. 

Jak zwykle, ktoś , kto nadepnął Reacherowi na odcisk odczuje to. Że boleśnie, bardzo boleśnie, tego jego fanom pisać nie muszę. I jak zwykle zarówno rozwiąże ciekawą intrygę kryminalną jak i posprząta świat, tak ciut ciut, odrobinkę. A to wszystko zrobi będąc przywróconym na czas nieokreślony do służby czynnej w swojej macierzystej jednostce.

W tej części Jack nie tylko wróci do wojska jak i złamie swoją zasadę dotyczącą zarówno używania telefonów komórkowych jak i poruszania się samolotami ale będzie mieć też ciekawe rozmyślania na tematy ojcostwa. 

Zdecydowanie tym razem nie zawiodłam się, czytało mi się to świetnie i dobrze. 
Moja ocena to 5.5 / 6. 

 

„Jej wszystkie życia”. Kate Atkinson.

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2014). Ebook.
Przełożyła Aleksandra Wolnicka.
Tytuł oryginału Life after Life.

Podobno ta książka miała prężną promocję. Podobno są na jej temat same zachwyty. Podobno. Nie wiem, gdyż najwyraźniej niedoczas, który mnie dopadł pozwala na lekturę książek ale już nie netu w stopniu na tyle zaawansowanym aby to zauważyć. Dlaczego po nią sięgnęłam? Bo opinię pozytywną wydała osoba, ze zdaniem której się liczę i wiem, że jeśli dana książka wzbudziła entuzjazm, to lektura jest co najmniej warta poznania.

Dodatkowo w księgarni była korzystna promocja cenowa na książkę i…oto miałam ją w rękach. I jak zaczęłam czytać tak…przepadłam! Lektura pochłonęła mnie całkowicie. I , co powiedziałam po jej skończeniu do P., na razie co prawda jest końcówka marca ale muszę powiedzieć, że jak na razie jest to dla mnie książka roku.

To książka z gatunku tych, o których nie jest mi łatwo pisać. 
Po pierwsze nie chcę za wiele zdradzać, bo uważam, że to książka, która ma tak fajny pomysł, że dobrze jest nim się rozkoszować podczas lektury. Poza tym właśnie pomysł. Co wy na to aby móc przeżyć swoje życie kilka razy tak aby móc je przeżyć w najbardziej satysfakcjonujący nas sposób? Móc się cofnąć? Móc wpłynąć na dalsze losy swoje czy wręcz świata? Mieć coś w rodzaju przeczuć (deja vu, jak wszyscy ci mówią), które najczęściej przed czymś cię ostrzegają?

Jak mówi brat głównej bohaterki Ursuli, która właśnie ma takie przeczucia, wspomnienia ulotnego „dawnego”? pierwszego? drugiego? kolejnego życia?, cytuję: „A gdybyśmy tak mogli przeżywać nasze życie raz za razem, (…) żeby wreszcie  zrobić to jak należy? Czy to nie byłoby wspaniałe?”.

Ursula rodzi się kilkadziesiąt razy aby móc przeżyć to wszystko. Aby mieć wrażenie, że „już tu była/ nigdy tu nie była” , aby mieć wrażenie, że jest w stanie wpłynąć na dalsze losy swoje i swoich bliskich. 

Jak wspomniałam, to książka ze świetnym pomysłem. Kolejne „życia” Ursuli są prowadzone konsekwentnie i mimo mnogości szczegółów wszystko jasno się klaruje. 
Bardzo, bardzo mi się ta książka podobała, jej świat wciągnął mnie niesamowicie i szczerze, to teraz chętnie sięgnęłabym po coś w podobnym stylu, z jakimś równie udanym pomysłem tak świetnie rozwiniętym.

Moja ocena to 6 / 6.

wczorajszy spacer…

…obfitował w rozmaite spostrzeżenia, odkrycia i przypomnienia o dawno nie widzianych „znajomych” ze spacerów. 
I w refleksję.

Grupa może dziewięcio, najwyżej dziesięciolatków. Jeden z nich idzie i peroruje z wielką werwą i ogromnym zaangażowaniem do reszty towarzystwa „Ona szuka pieniędzy? Ona ma Kindle’a, iPhone’a , tablet! Jej plecak jest wart milion z zawartością!” (naprawdę użył takiego słowa).

A w mojej głowie od razu myśl „jak wychować dziecko aby nie było wrogiem nowego i gadżetów ułatwiających życie (sama codziennie życzę wszystkiego najlepszego komuś, kto wymyślił czytnik ebooków) ale też wychować je tak aby nie było od tychże gadżetów uzależnione i aby nie traktowało ich w kategorii wyznacznika tego, kto jest fajny czy nie…”

Strasznie dużo tych raf na drodze rodzicielstwa…

„Grecja. Gorzkie pomarańcze”. Dionisios Sturis.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2013). Seria wydawnicza: Terra Incognita. Ebook.

Podsumowując, nie podejrzewałam, że „Grecja. Gorzkie pomarańcze” Sturisa wciągną mnie aż tak bardzo. 
Nie lubię bowiem czytać o tym, jak komuś jest źle. Najwyraźniej nie mam potrzeby Schadenfreude. 
Jednak ta książka wciągnęła mnie od początku. Tak, jak pisałam w poprzednim wpisie,  autor nie podaje na tacy swoich własnych tez czy nie narzuca się z przekonaniami. Jego reportaże z Grecji współczesnej szczególnie dotykające najnowszych wydarzeń (chociaż opisana jest i sytuacja jego rodziny na tle wojny domowej w Grecji) pokazują nam zwykłych ludzi żyjących w tym kraju i radzących sobie bądź nie z sytuacją, w której ten kraj się znalazł. 

Odnalazłam sporo podobieństw do Polski. Niepokojących podobieństw, które nie muszą ale mogą oznaczać to, jak może się zadziać i w naszym kraju. Może nie w tak skrajnym przypadku jak w Grecji ale kto wie kiedy i w jakim stopniu ten uśmiech malowany na twarzach i to życie, do którego się przywykło, mogą zostać zniszczone. 
Jakie to podobieństwa? A chociażby pewne przyzwyczajenia polityczne (chociażby fakt zasiadania w polityce praktycznie wciąż tych samych osób bądź osób „z klanów”), jak również zwyczaj wręczania łapówek, chociażby w szpitalach, do którego Grecy się przyznają i nawet nie widzą w tym nic dziwnego.

Ciekawe te opowieści o współczesnej Grecji, w której gorący dotyk rozpieszczającego słońca i smak dojrzewających w nim owoców zostaje od lat zmieniony w kwaśny a może raczej gorzki smak tytułowych pomarańczy. 

Być może komuś, kto poszukuje dogłębniejszej analizy ekonomicznej ta książka się nie spodoba na tyle na ile mnie się spodobała. Ja jednak jestem bardzo zadowolona, że ją nabyłam, a przyznaję się, że stało się tak jedynie ze względu na świetną cenową promocję niedawno w jednej z ulubionych księgarni ebookowych. Okazało się to dobrym wyborem.

Dla mnie ciekawostką jest to, że autor (mający mamę Polkę i ojca Greka) nie mieszka jednak w Grecji, stąd myślę, że jednak i on podczas swojej pracy nad reportażami z tego kraju, sam poznał go w większym niż być może na początku przypuszczał stopniu. 

Moja ocena to 5 / 5.

 

 

tydzień…

…nagle rozbuchanej wiosny skończył się nie dość, że szybko (znów nie wiem, kiedy minęło pięć dni) to jeszcze z przytupem dotyczącym załamania pogody (aczkolwiek nie jest wcale zimno, a przynajmniej nie tak, jakbym się martwiła, że może być). Dzisiejszy spacer był nie tak długi jak zwykle i to nawet nie dlatego, że padało bo udało nam się wpasować w przerwę pomiędzy ulewami i nawet dopisało słońce a z racji na uciążliwy silny wiatr. Nie miałam chyba jeszcze do tej pory sytuacji, że zaczęło wyrywać mi wózek z rąk, a zdarzyło się to przy jednym „dzieciowym” sklepie nieopodal nas. Fakt, że wieją tam wyjątkowo silne wiatry (zawsze tak jest) ale naprawdę…żeby wózek?

Czytam teraz „Gorzkie pomarańcze” Dionisiosa Sturisa. Nie jest to zbyt optymistyczna lektura, ale wciągnęła mnie mocno. Co prawda, wbrew temu, na co liczyłam, praktycznie nie ma odpowiedzi, dlaczego dokładnie w Grecji stało się tak jak się stało ale może o to chodziło autorowi aby przedstawić po prostu trochę wycinków o współczesnej Grecji, trochę odnieść się do jej historii , jak również historii własnej rodziny (autor ma ojca Greka) a ewentualne odpowiedzi, osądy pozostawić jedynie czytelnikowi. 

Życzę Wam miłego, spokojnego weekendu. 

 

 

 

„Klub filmowy Meryl Streep”. Mia March.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2014).
Przełożyła Bożenna Stokłosa.
Tytuł oryginału The Meryl Streep Movie Club.

To czytadło, zdecydowanie. Nie ma co tej książce przypisywać jakiegoś innego wysublimowanego gatunku. I ma swoje „czytadłowe” rafy. Trochę zbyt wiele słodu i naiwności, którą jednak dobrze mi się czytało. Tę książkę poleciła mojej uwadze Spacer Biedronki i muszę przyznać, że trafiła.
Zawsze można mnie skusić motywem literackim czy filmowym o sile i przyjaźni kobiet.
Tak jest i w tej książce, w której jest opisana grupa kobiet spokrewnionych i dotkniętych wspólną tragedią z przeszłości. Poznajemy więc owdowiałą Lolly, której przyszło zająć się osieroconymi siostrzenicami, June i Isabel, jak również własną córką Kat. Lolly prowadzi pensjonat nad morzem.

Niestety, kontakty wszystkich kobiet nie układają się wzorowo. Do chwili gdy Lolly wzywa do siebie wszystkie kobiety aby odbyć z nimi arcyważną rozmowę. Od tej chwili wszystko się zmienia, zarówno sytuacja życiowa samej Lolly jak i każdej z kobiet. Każda z nich do czegoś dąży i czegoś poszukuje. Wszystkim uda się w ten czy inny sposób odnaleźć to, czego szukają. 
Jest tu sporo romansu, za którym to gatunkiem nie przepadam, ale tu jest w miarę znośnie. Jest też pokazana więź kobiet, która z czasem się umocni i rozkwitnie. Trochę to według mnie naiwne, aby kobiety, w których nie było tyle lat potrzeby takiej więzi nagle zechciały ją rozwinąć ale być może się mylę, być może skrajne sytuacje faktycznie dałyby siłę do umocnienia takiej więzi.

Tak czy inaczej, ja nie oczekiwałam od tej książki nie wiedzieć czego. Dodatkowo podoba mi się pomysł filmów z rolami Meryl Streep, które są w tej książce opisane i które oglądają bohaterki aby potem o nich rozprawiać i odnosić te filmowe sytuacje do własnego życia. 

Spędziłam podczas lektury dobry czas i uważam, że o to chodzi podczas lektury.
Moja ocena to 4.5 / 6. 

„Wołanie kukułki”. Robert Galbraith.

Wydana w Wydawnictwie Dolnośląskim. Wrocław (2013). Ebook.
Przełożyła Anna Gralak.
Tytuł oryginału The Cuckoo’s Calling”.
 

Ten debiut na polu kryminału autorstwa J.K.Rowling wydany pod pseudonimem Robert Galbraith zapoczątkowuje cykl opowieści o prywatnym detektywie Cormoranie Stike’u. Czy jest to debiut udany? Dosyć, muszę przyznać. Nie rzucił mnie jednak na kolana, najbardziej po prostu i banalnie, dlatego, że nieco mnie znużył, wydał mi się zbyt długi. Zaczęło mi się czytać ten kryminał dobrze, jednak mniej więcej w połowie już odczuwałam, że naprawdę można było go skrócić. No i, co nie często mi się zdarza, domyśliłam się dość szybko kto jest mordercą. 

Oto w Londynie w domu z ekskluzywnymi apartamentami dla bogaczy, dochodzi do tragedii. Znana modelka, Lula Landry, popełnia samobójstwo. Pozostawiając w żałobie i bólu partnera, z którym dopiero co zeszła się na nowo, jak i rodzinę, w której dorastała będąc dzieckiem adoptowanym.

W wersję o samobójstwie nie wierzy brat (również dziecko adoptowane) ofiary i udaje się do przyjaciela swojego zmarłego w dzieciństwie brata, o którym wie, że rozpoczął działalność jako prywatny detektyw. Potrzebuje pomocy bowiem nikt nie wierzy w jego wątpliwości co do śmierci siostry.

Sam Cormoran Strike jest postacią nietuzinkową. Dopiero co żołnierz, teraz życie zmusiło go jako weterana wojennego do zmiany życia zawodowego. Przeżywa rozstanie z wieloletnią partnerką i jednocześnie nieco przypadkiem, zdobywa skarb w postaci wspaniałej sekretarki, Robin.

I tak oto wraz z Cormoranem i jego asystentką przyjdzie czytelnikowi wędrować i poznawać współczesny Londyn. Londyn nie każdego, a raczej Londyn ludzi bogatych, rozpuszczonych, wymagających i mających często żadne morale. 

Pozna rodzinę Luli, jej oryginalnych przyjaciół. Dowie się kto ją naprawdę kochał a kto ją wykorzystywał. Wniknie w zepsuty świat celebrytów aby z ulgą uznać, że własne życie nie jest takie złe. Ale przede wszystkim, rozwiąże zagadkę zbrodni. Nie chcąc zdradzić za wiele, powiem, że motyw jak dla mnie bardzo „Agatho Christie’owski”:)

Jak pisałam powyżej, mimo, że czytało mi się ten kryminał dość nieźle, na kolana nie rzuciła, co nie znaczy, że nie sięgnę po kontynuację, która ma niebawem zdaje się ukazać, tym bardziej, że mam nadzieję, że następne sprawy rozwiązywane przez Strike’a i Robin będą jeszcze ciekawsze i nie będą mi się tak dłużyć.

Myślę, że jest szansa na coś jeszcze lepszego. 
Moja ocena to 4.5 / 6. 

Półtora roku…

…ponieważ mój Syn urodził się ostatniego dnia miesiąca już liczenie miesięcy nie wypada nigdy dosłownie równo a co dopiero kiedy tak Mu się ułożyło, że przed kończeniem kolejnej połówki przypada mu luty, który to jak wiemy, dziwnym miesiącem jest:)
I tak licząc dni w jakiś skomplikowany sposób, wyszło nam, że dziś Janeczek kończy półtora roku.

Najlepszego Synku!!! Zdrowia i Szczęścia, mnóstwo radości i niech uśmiech nie znika Ci z buzi! 

powiedzmy sobie tak…

…zima odchodzi. 
Nie no, serio, nie wierzę w to, że się wróci. Dzisiejsza pogoda, która okazała się totalną porażką prognozy pogody, którą zawsze przed snem sprawdzamy na necie, tego świadkiem. Pomimo silnego wiatru, który kojarzył mi się wyjątkowo z wiatrem od morza (niestety, nie przywodził ze sobą tego wspaniałego zapachu jodu Bałtyku a hmmm…naturalny nawóz, których hojnie obdarzył swoje pole pan rolnik) słońce zapewniło atrakcji moc i spacer okazał się więcej niż przyjemny.
Szkoda tylko, że przypomniałam sobie, co jest mniej miłego w spacerowaniu wiosennym a mianowicie alergia. Oczy swędzą, kicham, z tego co wiem, pylą już brzozy i bodajże leszczyny.
Ale, powróćmy do nastroju wiosny. Sroki sparowane, niektóre już zajmują się naprawą gniazd! Wrony erotycznie gawędziły jeszcze w lutym. Tak samo w lutym słyszeliśmy i gęsi i żurawie i chyba, chyba widzieliśmy dwa bociany w locie. Na wczorajszym rześkim (wieczory jednak są zimne) specerze słyszeliśmy już wyśpiewującego kosa.  
Jakby nie było, wiosna przecież kalendarzowa już za osiemnaście dni.