…po „Między słowami” zapewne sądzą, że umiejscowienie akcji filmu w Japonii z góry zapewni oglądalność. Cóż. Chyba nie. Ponieważ , o czym pisałam niedawno w innym miejscu, nie mam zwyczaju krytykować czegokolwiek, dopóki nie przeczytam/ obejrzę całości, to i to dokończyłam, chociaż zachwycona nie jestem. A mowa o „Mapie dźwięków Tokio” w reżyserii i ze scenariuszem Hiszpanki, Isabel Coixet.
Nie moje klimaty, mimo, że pomysł na film był, to Japonka, o której opowiada film, zupełnie nietypowa a przynajmniej nie taka, do której przyzwyczaiło nas kino (raczej już „Ostateczne wyjście” Natsuo Kirino pokazuje podobny klimat, ale to książka).
Ryu to młoda kobieta, która pracuje nocami na tokijskim targu rybnym a w pozostałym czasie podejmuje się innej pracy. Jej życie poznajemy z opowieści jej znajomego, co brzmi o tyle fałszywie, że Ryu jest osobą, która zupełnie nie chce się nikomu z niczego zwierzać i praktycznie nie opowiada nic o sobie, więc nie bardzo wiemy, skąd niby faktycznie miałby on o niej aż tak dokładne informacje.
Niemniej jednak sama postać Ryu jest dość intrygująca.
Poznajemy ją w momencie, gdy otrzymuje kolejne zlecenie w swojej drugiej pracy. Zlecenie, które zachwieje jej dotychczasową niezawodnością i które sprawi, że utraci ona swój profesjonalizm.
Nic mnie jednak w tym filmie nie zaintrygowało, nic nie spowodowało refleksji, żadnych, poza narzekaniem na drugiego bohatera, granego przez Hiszpana, który według mnie oczywiście, grał nie bardzo przekonująco i jakoś drętwo. Nie, nie podobał mi się ten film, w którym nawet sceny erotyczne zdają się być naprawdę drętwe i na siłę.
Moja ocena to 2 / 6.
Narzekam tak, bo sama się dałam „złapać” na lep filmu z Japonią , Tokio, w tle, co mnie skusiło a teraz wiem, że należy przed zakupem jednak zrobić porządne rozeznanie w necie czy warto.
