…nie zawiodła i książka okazała się również ciekawa i trzymająca w napięciu do ostatniej niemal strony. Dosłownie. Ta książka skojarzyła mi się z pisarstwem Jodi Picoult, zapewne przez pewien styl i problematykę poruszaną w książce. No i niekoniecznie rozwiązaniami, jakich jako czytelnicy moglibyśmy się spodziewać.
Akcja zaczyna się w szpitalu, w którym przebywają dwie ofiary pożaru szkoły, matka i córka. Akcję książki poznajemy z perspektywy opowieści matki, jak widać po poprzedniej książce, w której opowiadała jedna z sióstr, taką konwencję Lupton lubi. Czy każdemu to pasuje? Pewnie nie. Mnie nie drażni a nawet w jakiś sposób się podoba.
Czy szkoła została podpalona? Czy ktoś, jakiś szaleniec zapewne, obrał sobie za cel nastolatkę, która akurat w niej przebywała? A może jest jeszcze inaczej? Prawdy oczywiście dojdziemy wraz z opowiadającą i poznającą tę prawdę matką.
Mnie się ta proza podoba. Intryga kryminalna to jedno a drugie to akurat ciekawe u niej tło psychologiczne, problematyka, którą porusza autorka. Tym razem do końca prawda okazuje się zupełnie, zupełnie inna niż czytając wyobrażamy ją sobie.
Moja ocena to 5 / 6.
Za oknem śnieg i mróz, zima na całego.
Wygląda na to, że Święta, jak rzadko ostatnio w Warszawie, mają szansę być białe. Chodniki oczywiście różnie odśnieżone…Widać to po kołach wózka.
Zawiesiliśmy za oknem balkonowym karmnik, nasypaliśmy ziarna dla ptaków małych (liczymy na sikorki, które wyskubały dokumentnie resztki balloon wine i pelargonii) ale jak na razie nie widziałam ani jednego dzielnego puchatego zwiadowcy. Czyżby coś im nie pasowało? Oj, szkoda by było, bo obiecałam Janeczkowi, że będziemy mieli jeden z najlepszych spektakli na świecie czyli obserwację sikorek.
Życzę Wam spokojnego, dobrego tygodnia.
