Życzę Wszystkim odwiedzającym mój blog. Miał być dłuższy specjalny wpis, ale jest krótko bo jesteśmy z Janeczkiem w szpitalu i leczymy infekcję Janeczka. Tak więc na Nowy 2013 Rok sobie i Wam życzę Zdrowia. Z resztą sobie poradzimy.
walka z wirusiskami…
…trwa u nas. Na początku katar (lekki) złapał Janeczek. Potem ja od Niego. U mnie jak zwykle siekło struny głosowe, często tak mam. W Wigilię przestałam mówić. Tani, która do mnie zadzwoniła, dobrze o tym wie, bo słyszała jak mówiłam a raczej, jak usiłowałam. W pierwszy dzień Świąt zaczęłam odzyskiwać głos ale jeszcze ciągle z otoczeniem porozumiewałam się głównie szeptem. Wczoraj miałam już głos Himilsbacha. U nas w rodzinie walka z wirusiskami trwa, niestety, bo zaraz po Wigilii rozłożyło Teściową , a dziś w nocy niestety i Janeczka ponownie:( Czekamy na panią doktor, niech osłucha Biedaka bo kaszle, niestety;(
Tak więc, niestety, mimo, że tak sobie tego życzyłam, nasze Święta do najzdrowszych nie należały. Praktycznie była tylko Wigilia w większym gronie bo w drugi dzień jedynie Mamie mojej udało się do nas dotrzeć (która z kolei chorowała przed Świętami czas jakiś).
W dodatku P. przebąkiwa, że i On jakby nie do końca czuł się super, ale miejmy nadzieję, że nic się nie wykluje.
Uprasza się zatem o życzenia zdrowia, bo obecnie to jedyne, czego nam naprawdę jest potrzebne!
Mikołaj w tym roku nie zawiódł, porozpieszczał wszystkich. Ja dostałam piękny biżuteryjny prezent od Męża, również z okazji Narodzin Syna, takie połączenie dwa w jednym, i nowy telefon. Po latach Noki’owania zdradzam tę firmę, na korzyść oczywiście jej największego obecnie konkurenta. Cóż, bywa…
Dostaliśmy masę książek, ja trochę i kryminałów i „Mamę Muminków”, i dalszy ciąg opowieści Doroty Sumińskiej na czytnik. Janeczek dostał w sumie cztery książeczki, takie stricte dla bardzo malutkich dzieci, w tym trzy takie z serii „oczami maluszka” czyli obrazki czarno białe, bo rzekomo tak widzą najlepiej dzieci na początku czyli kontrastowo, ale czy ja wiem, czy Mu się podobają? Woli zdecydowanie książeczkę od Babci H., z kolorowymi obrazkami po jednym na stronie.
Całą furę zabawek natomiast otrzymał od kuzynki P., ze Stanów, która przysłała Mu naprawdę masę rozmaitości, w tym nawet takie fajne klocki-puzzle, z których ułożyć można dinozaura. Jednym słowem, Chłopak rozpieszczony na całego.
A teraz te dni, które zawsze zdają się być zawieszone „pomiędzy” i oczekiwanie na przyjście Nowego Roku, mam nadzieję, że już w zdrowiu.
W tym roku śmieję się, że jeśli mnie nie obudzą wybuchy petard , których szczerze nie cierpię, ale zapewne niestety, obudzą, to pewnie po raz pierwszy od baaaardzo dawnego dzieciństwa, buchnę się do łóżka przed północą:)
„Ciemno, prawie noc”. Joanna Bator.
Rewelacja. Jak nie czytam za wiele prozy współczesnej tak cieszę się, że raz na kiedy na coś się skusiłam no i oczywiście, że to takie dobre się okazało. Trzeba będzie sięgnąć po dwie wcześniejsze książki tej pani. Bo taki „Japoński wachlarz” to już zupełnie inny typ literatury i nawet nie ma sensu porównywać.
„Ciemno, prawie noc” to książka ciężka. Z takim właśnie ciemnym, prawie nocnym klimatem. Na pewno nie czytadło, które można odłożyć w każdej chwili i nie myśleć o treści.
To też książka, po którą pewnie rok temu bym nie sięgnęła a jeśli już, to w pewnej chwili nie udało by mi się jej skończyć, tak więc dobrze, że „jej czas” przypadł akurat na teraz.
To książka wielopłaszczyznowa, z oryginalnymi bohaterami, z których każdy ma swoją opowieść do przekazania. Z historiami z przeszłości i teraźniejszości. Z których na dobrą miarę, nie wiadomo, która bardziej mroczna. Jest dużo (jeśli mogę mieć zarzut w stronę tej książki to jak dla mnie nieco zbyt spiętrzone nieprawdopodobieństwo nieszczęść, ale być może się mylę) zła, które dzieje się wokół i które, jak to zło, najbardziej dotyka najsłabszych.
Są tajemnicze i niosące spustoszenie raz na zawsze kotojady i są niosące pomoc kociary.
Są znikające dzieci i ludzie, którym ich los nie jest obojętny.
Wreszcie, jest refleksja, że czasem mimo tego, że to rani, dobrze jest raz na zawsze wrócić do wspomnień i rozprawić się z nimi, aby dać sobie samym szansę na nareszcie po latach głębszy oddech i nowy rozdział życia.
Alicja Tabor (nazwisko bohaterki stanowi anagram nazwiska autorki, ot taki smaczek) powraca z niechęcią do przeszłości. I tej fizycznej i tej ze wspomnień. Powraca do domu, w którym się wychowała i do miasta rodzinnego, ponieważ giną tam dzieci a ona jako reporterka chce zająć się tym tematem. Wraz z powrotem do poniemieckiego domiszcza wracają wcale nie zawsze przyjemne wspomnienia. I opowieść o jej dzieciństwie z siostrą Ewą. I z wiecznie nieobecnym ojcem szukającym skarbu Zamku Książ w tajemniczych korytarzach biegnących od zamku. Jak również z nieobecną (dlaczego? to wyjaśni się na końcu książki) matką.
Autorce udało się stworzyć nastrój książki mroczny i groźny. Chwytający czytelnika za gardło i wręcz zmuszający do tego aby szerzej otworzył oczy na dziejące się wokół zło.
Mnie ta książka porwała i nie chciała puścić, pomimo, co zaznaczam, dość smutnej tematyce, jaką porusza. Ale ważnej.
Czy Alicji uda się zmierzyć z powracającą do niej nagle przeszłością? Czy wspomnienia stanowić będą rodzaj wyzwolenia? Czy dowiemy się co stało się z zaginionymi w Wałbrzychu dziećmi? z poniemieckim skarbem z Zamku Książ? Tego dowiecie się po sięgnięciu po książkę.
Moja ocena to 5 / 6.
No i mam zamiar sięgnąć po „Piaskową Górę” i „Chmurlandię”. Obowiązkowo!
Życzenia Świąteczne czyli Opłatek u Chiary…
…najpiękniejsze Życzenia na Święta Bożego Narodzenia otrzymałam od osoby, która jest niewierząca.
Nigdy do tej pory nie zdarzyło to mi się i zapewne nie zdarzy, ale chcąc Wam złożyć Życzenia Świąteczne (tradycyjnie nieco wcześniej bo wiem, że niektórzy wyjeżdżają czy z różnych przyczyn będą mieć ograniczony dostęp do internetu) złamię tajemnicę korespondencji i zacytuję Wam fragment zeszłorocznych Życzeń, które otrzymałam od Jednej z Was. Nie wiem, czy chciałaby abym podała Jej nick, więc jeśli tak, niech „ujawni się” sama.
W zeszłym roku przed Świętami ze zrozumiałych względów nie byłam w nastroju kompletnie. Szczerze mówiąc , było mi dokładnie obojętne czy się odbędą czy też nie. Jak dla mnie mogło by ich nie być w ogóle w kalendarzu.
Pisałam o tym i wtedy otrzymałam piękne słowa, cytuję :”Myślę, że Bogowie przychodzą do nas wtedy, kiedy tego chcemy, kiedy potrzebujemy. Więc do Was na pewno przyjdzie Bóg jak przyjaciel. A jako mile widziany gość przyniesie wspaniałe kojące duszę dary i one będą Was tym bardziej cieszyć.”
Czy można usłyszeć coś bardziej pięknego i przejmującego? dotykającego serca? Tym bardziej, że tak, że stało się dokładnie tak, jak Mi to Napisałaś…Bóg do nas Przyszedł, usiadł przy naszym smutnym wigilijnym stole, i kiedy płynęły słowa kolędy „nie ma kolebeczki” a ja szepnęłam do P., że przecież u nas stoi pusta kołyska, w której nie dane było spać Naszej Córeczce, najwyraźniej wysłuchał.
Tego bym też przed tymi Świętami chciała Wam życzyć. Żeby bez względu na to, czy wierzycie, czy nie, Ktoś lub los po prostu, wysłuchał Waszych próśb, marzeń.
Życzę Wam Zdrowia, bo tego nigdy dosyć, sama to wiem. Miłości Najbliższych. Spokoju ducha, jeśli są zawirowania. Radości i Szczęścia, bo to się w życiu ogromnie przydaje.
Życzę, żeby układało się tak, jak powinno. Żeby nigdy złe niespodzianki nie zwalały się na głowę. Żeby koniec świata nie oznaczał niczego realnego w Waszym życiu a jedynie śmieszny mem na internetowych portalach społecznościowych.
Jeśli z kimś jesteście pokłóceni bądź Wasze drogi z jakichś przyczyn się rozeszły, życzę Wam aby ta osoba odezwała się do Was w te Święta. Albo życzę Wam odwagi abyście to Wy odezwali się do niej.
No i jak tak czytam Życzenia, które pisałam Wam rok temu, o, w tym wpisie, to widzę, że „pożyczyłam” głównie sobie.
Pamiętajcie, jak to się śmieją w internecie ale zaprawdę , sprawdza się to, „niektóre prezenty rozpakowuje się we wrześniu” (albo ostatniego dnia sierpnia:).
Zdrowych, Spokojnych Świąt dla Was, życzymy Wam ja, czyli Chiara, P. i Janeczek:)
dano mi znać, to i ja daję znać…
…że powstał taki oto projekt, w którym blogerzy nagrali audiobook , ze sprzedaży którego pieniądze zostaną przekazane na cel ze wszech miar szczytny. Szczegóły na stronie:
http://blogerzydzieciom.pl/
Jednym słowem, chodzi o pomoc dzieciakom niedowidzącym i niewidomym.
Może ktoś będzie chciał pokusić się o pomoc:)
są:-)
Nie będę pisać o kolejnej rocznicy wprowadzenia Stanu Wojennego, chociaż to wydarzenie na pewno stało się jakimś fragmentem mojego dzieciństwa, ale ten temat niech sobie zawłaszczają politycy.
Pochwalę się natomiast tym ,że jednak mamy sikorzych gości. Wczoraj przyleciał zwiadowca. Jak dla mnie wyglądał na szefa, z racji szerokości paska na piersi (była to bowiem bogatka). Może nie doczekał się satysfakcjonującego go raportu od podwładnych skoro sam się pofatygował. No, tak czy siak, podziałało i oto dziś co chwilka jakiś głodomór do nas zagląda. Super:-)
super data…
…dzisiaj, aż musiałam coś napisać, żeby ta data 12.12.2012 została uwieczniona na zawsze bo wiemy, że raz w necie zostawione, nigdy nie zginie. Ciekawe, ile par na świecie weźmie dziś Ślub:-)
Podobno koniec świata ma się odbyć niebawem, no, jak mawiał Popiołek, „koniec świata!” 🙂
Najgorsze, że chyba co poniektórzy w to wierzą…
Jak ta córa marnotrawna wróciłam przed południem na łono radiowej Jedynki. Okazało się, że okropnie się jednak za tym czasem z Jedynką stęskniłam. I nawet nowe jingle, które mi się nie podobają, do powrotu nie zniechęciły…Jednak jestem trudna w przyjmowaniu zmian, wolę starą, znaną mi, oswojoną rzeczywistość…
Skończyłam najnowszą Lackberg, ale szczerze, nie podeszła mi zupełnie. Teraz za to zabieram się za „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator i nie ukrywam, że liczę na dobrą lekturę.
A propos końca świata jeszcze, to widzę, że świat ćwiczy. Dziś w większej części Ursynowa ( u nas na szczęście nie!) w wyniku spalenia się czegoś tam na stacji transformatorowej, zabrakło prądu. Przedstęp tak zwany czy insza inszość?:)
„Potem” Rosamund Lupton…
…nie zawiodła i książka okazała się również ciekawa i trzymająca w napięciu do ostatniej niemal strony. Dosłownie. Ta książka skojarzyła mi się z pisarstwem Jodi Picoult, zapewne przez pewien styl i problematykę poruszaną w książce. No i niekoniecznie rozwiązaniami, jakich jako czytelnicy moglibyśmy się spodziewać.
Akcja zaczyna się w szpitalu, w którym przebywają dwie ofiary pożaru szkoły, matka i córka. Akcję książki poznajemy z perspektywy opowieści matki, jak widać po poprzedniej książce, w której opowiadała jedna z sióstr, taką konwencję Lupton lubi. Czy każdemu to pasuje? Pewnie nie. Mnie nie drażni a nawet w jakiś sposób się podoba.
Czy szkoła została podpalona? Czy ktoś, jakiś szaleniec zapewne, obrał sobie za cel nastolatkę, która akurat w niej przebywała? A może jest jeszcze inaczej? Prawdy oczywiście dojdziemy wraz z opowiadającą i poznającą tę prawdę matką.
Mnie się ta proza podoba. Intryga kryminalna to jedno a drugie to akurat ciekawe u niej tło psychologiczne, problematyka, którą porusza autorka. Tym razem do końca prawda okazuje się zupełnie, zupełnie inna niż czytając wyobrażamy ją sobie.
Moja ocena to 5 / 6.
Za oknem śnieg i mróz, zima na całego.
Wygląda na to, że Święta, jak rzadko ostatnio w Warszawie, mają szansę być białe. Chodniki oczywiście różnie odśnieżone…Widać to po kołach wózka.
Zawiesiliśmy za oknem balkonowym karmnik, nasypaliśmy ziarna dla ptaków małych (liczymy na sikorki, które wyskubały dokumentnie resztki balloon wine i pelargonii) ale jak na razie nie widziałam ani jednego dzielnego puchatego zwiadowcy. Czyżby coś im nie pasowało? Oj, szkoda by było, bo obiecałam Janeczkowi, że będziemy mieli jeden z najlepszych spektakli na świecie czyli obserwację sikorek.
Życzę Wam spokojnego, dobrego tygodnia.
naszej niepisanej…
…tradycji kilkuletniej już stało się zadość i oto pierwsze Życzenia Świąteczne dotarły do naszej Rodzinki od Finetki;) Dziękuję bardzo i za pamięć i za kontynuowanie naszego zwyczaju:)
Nasze kartki zaś wczoraj powędrowały w różne strony świata. Myślę,że mają szansę dotrzeć na czas.
Za oknem zima, wygląda na to, że niestety, jednak w tym roku rozgości się wcześniej. Ale to i tak nieźle, bo do najkrótszego dnia w roku już niedługo a potem już z górki i wiosna za progiem…
Na razie jednak oczekujemy na Święta, które, nie do wiary, praktycznie już za dziewiętnaście dni przecież. Prezentów wciąż niestety nie zamówiliśmy i czuję, że skończy się jednak na kupowaniu w pośpiechu, czego nie lubię ogromnie…
„Siostra” Rosamund Lupton…
…okazała się świetną lekturą. Wciągnęła mnie okropnie, tak, że nawet podczytywałam ją przy posiłkach a to oznacza, że naprawdę chciałam wyczytać jak najwięcej.
Owszem, można się do paru rzeczy przyczepić (sama intryga a raczej może powód zbrodni nie jest dla mnie jasny, to znaczy nie do końca jest tam według mnie logika w paru sprawach ale nie mogę więcej napisać bo inaczej popełnię totalny spoiler), ale naprawdę oceniam ją bardzo dobrze. Po pierwsze, oprócz wątku kryminalnego jest tam całkiem dobrze skonstruowany wątek żałoby. Żałoby siostry po siostrze, ale również matki po dziecku. Jest więc żałoba, ale i poczucie winy, smutek, pretensje do samej siebie o to, że czegoś tam się w porę tej drugiej osobie nie powiedziało lub mówiło za mało. Takie drugie dno psychologiczne tej książki, które chyba czytało mi się nawet lepiej niż samą warstwę kryminalną. Niemniej jednak i ta trzyma w napięciu.
Akcja książki rozpoczyna się w chwili gdy starsza z sióstr, Bee, dowiaduje się, że jej młodsza siostra, Tess, zaginęła. Niepokój o siostrę wzmaga fakt, że nie wszystko w tej rodzinie szło zawsze gładko. Brat sióstr zmarł w dzieciństwie na mukowiscydozę. Ojciec nie wytrzymał sytuacji i odżeglował na inne, spokojniejsze wody. Są więc powody do niepokoju bo a nuż los znów zechce sprzedać kopa? Niestety, szybko okazuje się, że tak, że i tym razem nie rozpieścił, bowiem ciało siostry zostaje znalezione niebawem w nieczynnym szalecie miejskiego parku. Tess popełniła samobójstwo na skutek depresji, w jaką wpadła pod wpływem ogromnie traumatycznego przejścia.
Od tej pory jedyną osobą, która nie wierzy w samobójstwo Tess jest Bee, która rozpoczyna na własną rękę śledztwo.
Wspomniałam o warstwie psychologicznej tej książki i jest jeszcze jeden jej aspekt, otóż sytuacja i zachowanie się rodziców dzieci chorych na nieuleczalną chorobę. Na co zdecydują się ci, którym zaproponuje się możliwość skorzystania z uniknięcia tejże? Do przemyślenia, szczególnie dla przeciwników rozwoju medycyny w tego typu problematyce.
Akcja książki trzyma nas w niepewności do ostatnich nie tyle kartek co wręcz słów.
Moja ocena to 5 / 6.
