„Hanezu”. Reż. Naomi Kawase.

Jeśli ktoś ma ochotę na dość nietypowy film, z bardzo powoli dziejącą się akcją a wypełniony raczej przepięknymi, wysublimowanymi a raczej wręcz wycyzelowanymi ujęciami z treścią bardzo poetycką , to film japońskiej reżyserki jest w sam raz dla niego. 
Stali Czytelnicy wiedzą, że ja czymś takim nie pogardzam i mimo, że w internecie natknęłam się na zawodzące głosy w stylu „o czym jest ten film” itd, to uważam, że osoby lubiące filmy w takiej właśnie konwencji nie zawiodą się na pewno. Muszą tylko wiedzieć, czego się po filmie spodziewać. Nie będzie tu nagłych zwrotów akcji, generalnie wszystko dzieje się dość powolnie i spokojnie a mimo to, to interesujące, film doskonale oddaje nam opowieść o namiętnościach, o pulsujących podskórnie pragnieniach, które uwolnione raz na zawsze często stają się początkiem dramatu. 

Film „Hanezu” wypatrzyłam na Ale Kino! i z chęcią obejrzałam. Za opisem z Ale Kino! , który zresztą możecie przeczytać  o tu, podaję, że tytuł filmu zaczerpnięty został z podobno najstarszego zbioru japońskiej poezji.

I taki właśnie jest ten film. Reżyserce udało się stworzyć niby film, który mimo to zdaje się być opowiadanym nam poematem, wierszem, o niespełnionej , nieszczęśliwej miłości.

Reżyserka filmu, jak wyczytałam właśnie na stronach Ale Kino! ma w swoim dorobku podobno sporo filmów dokumentalnych i to trzeba powiedzieć, widać w tym filmie. Ma to jednak swój urok, mnie nie przeszkadzało, a wręcz w jakiś niesamowity sposób stwarzało dodatkowe wrażenie realizmu, jakbyśmy oglądali czyjeś prawdziwe życie z jakiejś nie do końca etycznie umieszczonej bez wiedzy podglądanych, kamery.

Dodatkowo film dzieje się we wspaniałych plenerach japońskiej prowincji. Ja uwielbiam w filmach japońskich właśnie japońską prowincję.

Ta przedstawiona tutaj jest otoczona niesamowitą przyrodą, rozbuchaną i bujną i właśnie wśród tej bujnej przyrody kłębią się ludzkie namiętności, których w pewnej chwili nie można się już oprzeć, których nie da się okiełznać. 

Jak napisałam powyżej, zdaję sobie sprawę, że na pewno nie jest to film dla każdego. Dla mnie okazał się świetny i bardzo cieszę się, że się na niego skusiłam i obejrzałam. Przyznaję, skusiłam ze względu na Japonię ale otrzymałam kino tak naprawdę uniwersalne, opowiadające o tym, co znamy z każdej przecież szerokości geograficznej. I pytania, refleksje, które zadajemy sobie bez względu na to, gdzie się urodziliśmy. Czy zawsze nasze pragnienia mogą stać na pierwszym miejscu? czy możemy walczyć o spełnienie marzeń za wszelką cenę? czy starają się uszczęśliwić siebie nie unieszczęśliwimy kogoś innego? czy mamy do tego prawo? I wiele, wiele innych. 

Ja ze swojej strony polecam, moja ocena to 6 / 6.