„Czas Czerwonych Gór”. Petra Hulova.

Czas Czerwonych Gór

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2007).

Przełożyła Dorota Dobrew. Tytuł oryginalny Pamet moji babicce.

Ta książka wciąga jak magnes. Od pierwszej do ostatniej strony (chociaż ja muszę powiedzieć od pierwszego do ostatniego kliknięcia klawiszem bo to kolejna książka w formie e-booka, którą czytałam). Zasługa również pani tłumacz jak sądzę bowiem książka jest naprawdę dobrze przetłumaczona. 

Niemniej jednak, bez względu na to, w jakiej formie się ją czyta, wciąga nas ona w swój świat i nie puszcza aż do końca. 

Opowieść ta dzieje się w dalekiej Mongolii, gdzieś na jej stepie ale i w stolicy kraju, która na ogół nazywana jest po prostu Miastem. Miastem, które czasem niesie ze sobą więcej niebezpieczeństw niż dalekie stepy i pustkowia kraju.
Historię rodziny poznajemy z punktu opowieści pięciu kobiet należących do jednego rodu. Odnosi się wrażenie, że zostaliśmy zaproszeni do jednego z gerów aby tam popijając herbatę wysłuchać opowieści o rodzinie. Cóż może być bowiem ciekawszego niż rodzinne opowieści, historie? Mnie one zawsze bardzo interesują a tu czułam się jakbym naprawdę miała okazję wysłuchiwać czyichś prawdziwych opowieści. 

Jak napisałam powyżej, opowieści te poznajemy z ust kilku kobiet z rodziny. Mimo, że powiązane ze sobą więzami najsilniejszymi, jakie mogą być, są to bowiem babka, matka czterech córek, wnuczka, trzy córki czyli siostry względem siebie czyli rzec można najbliższe sobie kobiety, pomiędzy nimi nie wyczuwa się zbyt silnych więzi i poczucia wzajemnej lojalności. Wręcz odwrotnie. Owszem, część z nich wspiera się ale są też zapiekłe żale, niewyjaśnione animozje wręcz wrogość wynikająca z przeszłych wydarzeń.

Każda z kobiet ma swój los, swoją historię do opowiedzenia. Każda pewne wspólne wydarzenia widzi na swój sposób, to też jest interesujące w tej opowieści, nie ma bowiem jednej jasnej wytycznej wydarzeń i tego, co się zdarzyło. Jest za to wiele podskórnych pragnień, dawnych demonów, które wciąż drążą, niespełnionych miłości, sporo goryczy i proporcjonalnie nie za wiele radości i spełnienia. A mimo to książka nie jest dołująca. Jest tak naprawdę opowieścią o życiu, o walce, o tym, co znają kolejne pokolenia, nie tylko te żyjące w mongolskich stepach.

Z opowieści kobiet wyłania się niełatwy obraz ich życia. Można powiedzieć, że wiele z nich praktycznie nie zna pojęcia szczęścia. A jeśli znają to muszą o nie walczyć. Na różne, czasem przewrotne sposoby. 

Jak wspomniałam mimo, że kobiety snujące nam opowieści są ze sobą spokrewnione, brak między nimi szczególnie silnych więzi. Nie czuje się, że jedna za drugą skoczyłaby w ogień. Wręcz odwrotnie. Jakby każda z nich stanowiła na tyle osobny byt, że nie ma potrzeby wnikania w sytuację i życie tej drugiej. Nie ma pomiędzy nimi czułości, tkliwości, tego, czego można by oczekiwać po kobietach, które swego czasu żyły ze sobą tak blisko bo w jednym gerze. Nie ma więc co oczekiwać tu też jakiegokolwiek sentymentalizmu. Życie jest jakie i trzeba się z nim zmierzyć na tyle na ile się da. Nikt za nas z naszym życiem się nie pomoże uporać ale i nie oczekuje, że my pomożemy mu uporać się z jego własnym życiem.

Petrze Hulovej udała się wspaniała rzecz. Jestem zachwycona jej książką. Oto bowiem Czeszka oddała w swojej książce ducha stepu odległego kraju tak odległego a mimo to przybliżyła go na swój sposób. Udało jej się stworzyć niezwykły klimat książki. Nie wiem, czy autorka ma jakieś mongolskie korzenie. Urodziła się w Pradze czeskiej, z wikipedii dowiaduję się, że studiowała mongolistykę i w Mongolii spędziłą wiele czasu, co zdecydowanie czuje się w jej prozie.

Ja na tę autorkę natknęłam się zupełnie przypadkowo, dzięki P., który już po raz kolejny udowodnił, że wynajduje mi świetne lektury, po które pewnie ja nigdy bym nie sięgnęła, tak naprawdę nie wiedzieć czemu. 

Jestem zachwycona tą książką, nie może mi wyjść z głowy, myśli krążą wokół książki i wokół losów kobiet w niej opisanych. Podejrzewam, że mimo, że konkretne postaci nie istnieją to opowieści w niej opisane są mocno prawdziwe, bowiem wierzę, że Petra Hulova wysłuchała niejednej podczas swojego pobytu w mongolskim stepie. 

Ogromnie polecam. Jak dla mnie to z pewnością będzie jedna z tych książek, o których robiąc podsumowania roku 2012 będę mogła napisać, że była to jedna z najlepszych czytanych przeze mnie w tym roku książek.

Moja ocena oczywista chyba po takich zachwytach? 6 / 6.

„Hanezu”. Reż. Naomi Kawase.

Jeśli ktoś ma ochotę na dość nietypowy film, z bardzo powoli dziejącą się akcją a wypełniony raczej przepięknymi, wysublimowanymi a raczej wręcz wycyzelowanymi ujęciami z treścią bardzo poetycką , to film japońskiej reżyserki jest w sam raz dla niego. 
Stali Czytelnicy wiedzą, że ja czymś takim nie pogardzam i mimo, że w internecie natknęłam się na zawodzące głosy w stylu „o czym jest ten film” itd, to uważam, że osoby lubiące filmy w takiej właśnie konwencji nie zawiodą się na pewno. Muszą tylko wiedzieć, czego się po filmie spodziewać. Nie będzie tu nagłych zwrotów akcji, generalnie wszystko dzieje się dość powolnie i spokojnie a mimo to, to interesujące, film doskonale oddaje nam opowieść o namiętnościach, o pulsujących podskórnie pragnieniach, które uwolnione raz na zawsze często stają się początkiem dramatu. 

Film „Hanezu” wypatrzyłam na Ale Kino! i z chęcią obejrzałam. Za opisem z Ale Kino! , który zresztą możecie przeczytać  o tu, podaję, że tytuł filmu zaczerpnięty został z podobno najstarszego zbioru japońskiej poezji.

I taki właśnie jest ten film. Reżyserce udało się stworzyć niby film, który mimo to zdaje się być opowiadanym nam poematem, wierszem, o niespełnionej , nieszczęśliwej miłości.

Reżyserka filmu, jak wyczytałam właśnie na stronach Ale Kino! ma w swoim dorobku podobno sporo filmów dokumentalnych i to trzeba powiedzieć, widać w tym filmie. Ma to jednak swój urok, mnie nie przeszkadzało, a wręcz w jakiś niesamowity sposób stwarzało dodatkowe wrażenie realizmu, jakbyśmy oglądali czyjeś prawdziwe życie z jakiejś nie do końca etycznie umieszczonej bez wiedzy podglądanych, kamery.

Dodatkowo film dzieje się we wspaniałych plenerach japońskiej prowincji. Ja uwielbiam w filmach japońskich właśnie japońską prowincję.

Ta przedstawiona tutaj jest otoczona niesamowitą przyrodą, rozbuchaną i bujną i właśnie wśród tej bujnej przyrody kłębią się ludzkie namiętności, których w pewnej chwili nie można się już oprzeć, których nie da się okiełznać. 

Jak napisałam powyżej, zdaję sobie sprawę, że na pewno nie jest to film dla każdego. Dla mnie okazał się świetny i bardzo cieszę się, że się na niego skusiłam i obejrzałam. Przyznaję, skusiłam ze względu na Japonię ale otrzymałam kino tak naprawdę uniwersalne, opowiadające o tym, co znamy z każdej przecież szerokości geograficznej. I pytania, refleksje, które zadajemy sobie bez względu na to, gdzie się urodziliśmy. Czy zawsze nasze pragnienia mogą stać na pierwszym miejscu? czy możemy walczyć o spełnienie marzeń za wszelką cenę? czy starają się uszczęśliwić siebie nie unieszczęśliwimy kogoś innego? czy mamy do tego prawo? I wiele, wiele innych. 

Ja ze swojej strony polecam, moja ocena to 6 / 6.


„Nieszczelna sieć”. Hakan Nesser.

Nieszczelna sieć

 

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2012). 

Przełożył Wojciech Łygaś.  Tytuł oryginalny Det Grovmaskiga Natet.

Po dłuższej przerwie od kryminałów skandynawskich skusiłam się na najnowszy na naszym rynku kryminał Hakana Nessera, którego książki lubię i na ogół uważam go za piszącego równo. Skusiłam się tym chętniej, że Czarna Owca nie boi się wydawać e-booków i oto mogłam przeczytać tę książkę na czytniku.

Po poprzednim cyklu tytuł „Nieszczelna sieć” rozpoczyna nowy cykl kryminalny autora, tym razem z komisarzem Van Veeterenem w roli głównej.

Jaki też będzie? Zobaczymy. Ta książka spodobała mi się aczkolwiek nie do końca odnalazłam w niej klimat kilku poprzednich, tego niepokojąco podkreślającego, że główni bohaterowie nie mają zupełnie wpływu na swój los, jakby sterowani przez demiurga, którego bawi rozdzielanie ról, niekoniecznie takich, które spotkać ma szczęśliwe zakończenie. 

Akcja kryminału rozpoczyna się w chwili, kiedy to pewien nauczyciel gimnazjum budzi się w swoim mieszkaniu z wyraźnym kacem i znajduje swoją niedawno poślubioną żonę martwą. Problemem jest nie tylko nagły fakt śmierci żony ale przede wszystkim fakt, że ów nauczyciel zupełnie nie pamięta godzin poprzedzających zdarzenie. Wszystko sprzysięga się przeciw niemu i staje się on automatycznie jedynym i głównym podejrzanym. Do czasu. Kiedy to właśnie komisarz Van Veeteren postanawia dokładniej zbadać sprawę i stwierdzić, co tak naprawdę zdarzyło się w domu nauczyciela i jego żony. W tym celu będzie musiał, to już dość częste u Nessera, że się tak może nieelegancko wyrażę, ale „pogrzebać” w przeszłości zamordowanej. Co nie dziwi, wyjdą na jaw rozmaite dawne sekrety, z gatunku tych, które niekoniecznie objawia się przed światem. 

Jak mówię, nieźle mi się tę książkę Nessera czytało aczkolwiek czegoś mi w niej zabrakło. Może w następnych książkach z nowo poznanym przez czytelników komisarzem powróci ten klimat, który u Nessera lubię. Mam taką nadzieję. Jednak nie oceniam tej książki źle, ot, po prostu uważam, że Nesser popełnił kilka lepszych. 


Moja ocena to 4.5 / 6. 

przegapiłam rocznicę…

…własnego blogowania:) Dopiero wpis o dekadzie zapisków na blogu Czary przypomniał mi o tym, że 30 lipca minęło osiem lat, odkąd popełniłam pierwszy wpis…
Blog w tym czasie ewoluował. Miał być o podróżach, stał się zapiskami o życiu. Pojawiły się nowe, niechciane na pewno działy, jak ten o stracie Dziecka. Że jest potrzebny, wiem, bo nie ma chyba dnia, żeby ktoś nie szukał czegoś takiego (niestety) w necie i nie trafiał na mój blog.

Odwiedziło mnie wielu ludzi i pomimo, że wielu z nich już zupełnie nie zagląda (a widuję ich u innych) , mam do nich wciąż wielki sentyment, bo wiadomo, kawał czasu się człowiek wzajemnie odwiedzał i ze sobą pisał.

Pewnie dalej będzie tak, że ktoś zostawi mój blog, pewnie pojawią się nowi Czytelnicy. Po zeszłym roku mam dystans do życia netowego. Kiedyś bardziej je przeżywałam. Teraz wiem, że jednak net to net. Z jego plusami ale i minusami.

Generalnie to i tak nie powinnam narzekać. Chamskie czy niegrzeczne komentarze zdarzały się i tak stosunkowo rzadko, więc plus, bo wiem, że są osoby, którym dostaje się nie wiedzieć czemu i po co co i rusz. Takie życie? czyjeś znudzone chyba, bo ja wiem, że stratą czasu jest ślęczenie nad czyimiś zapiskami i dodawanie złośliwości, no, ale do tego też trzeba pewnie swoje przeżyć. A może i nie.

Tym, którzy wciąż wiernie zaglądają, wielkie dzięki i pozdrowienia…No i tradycyjnie , życzę Wszystkim Wam dobrego, spokojnego weekendu!

 

z Prowansji…

…od Czary, która tam odpoczywała w rodzinnej posiadłości, otrzymałam kartkę a na kartce ku mojej ogromnej radości co? A całe stado owiec! Ha. Tak, owce zawsze budziły moją sympatię ale ich terapeutyczną moc odczułam rok temu na wyprawie w Kotlinę Kłodzką, gdzie stacjonowały od wiosny (przyjeżdżają tam z Tatr:). I tak w tamtym dziwnym czasie, kiedy runęło moje przekonanie o jakimkolwiek spokoju, chyba ta ich owcza stałość w pojawianiu się wieczorem na wzgórzu i zmierzaniu ku bacówce z takim charakterystycznym szumem, jaki wydawały, to pogodne beczenie , to wszystko stanowiło, że polubiłam te zwierzaki jeszcze bardziej…

A owce na „Czarowej” pocztówce są trochę inne niż nasze. Mają ciemny kolor wełny. Widać jakiś inny gatunek. Wędrują sobie ze swoim pasterzem ale jak to owce, są chyba trochę niesforne i zatrzymały się przy jakiejś kuszącej kępie traw skubiąc z zaangażowaniem. 

Czaro, za miłą niespodziankę dziękuję ogromnie! Nawet nie Wiesz, jak mnie ucieszyłaś swoją kartką.

Ice dziękuję za kartkę z Nessebaru, w której to miejscowości ongiś bywała moja Mama a także za pocztówkę ze Stambułu z widokiem na imponującą budowlę Hagia Sophia. Bardzo chciałabym kiedyś pojechać tam i zobaczyć go na własne oczy…Może się uda. Jeśli nie, powiem, jak Amelia, trudno…:)

zarzucę truizmem…

…czas leci. Parę dni temu minął rok, jak pojechaliśmy na wakacje w Kotlinę Kłodzką. A dopiero co wydawało by się. Pogoda wtedy dopisała o wiele, wiele bardziej. Ale też ciekawe, lato było nieciekawe właśnie do naszego wyjazdu, potem cały wyjazd była pogoda bardzo udana (wręcz ostatnie dni pobytu wielkie upały). Pewnie gdyby była taka pogoda, jak teraz, to mniej by się przyjemnie zwiedzało a na pewno nie jest wtedy też fajnie chodzić po górach.

Muzycznie odkryłam na nowo stare piosenki, które jak mówię, są jak wino, im starsze tym lepsze. Nabyliśmy płytę Louisa Armstronga i rozkoszujemy się nią. Nie trzeba się ze mną zgadzać, ale uważam, że kiedyś naprawdę przeboje były wręcz wycyzelowane muzycznie, w tym sensie, że każdy dźwięk miał swoje określone miejsce, nic nie było przypadkowe, dbano też chyba bardziej o tekst, tak mi się wydaje. 

Dziwię się, że ludzie na „weselne piosenki” wybierają coś innego niż Louisowe „What a wonderful world”, według mnie to piosenka, którą powinno się sobie puszczać w takich właśnie radosnych dniach, kiedy zaczyna się coś nowego, z czym oczywiście wiążemy dobre nadzieje, że będzie…tylko dobrze!

W W-wie mamy niezły kłopot komunikacyjny, z racji sytuacji na budowie metra. Początkowo nie wydawało się, że zalany fragment odetnie nas od Wisłostrady na długo, a teraz coś już straszą o kilku nawet miesiącach. Co to jest dla każdego podróżującego po W-wie , nie muszę pisać. Nam odcięto tym sposobem jedną z najlepszych dróg na cmentarz, do Emilki i dla mnie jest to wymierny problem. Oczywiście, że nie najpoważniejszy, jaki mam ale odczuwalny. 

Książkowo, to wciąż pozostaję przy Agacie Christie. Niedawno skończyłam „Zatrute pióro”, co do którego byłam przekonana, że wiem, kto jest mordercą. Jakże się miło zdziwiłam dosłownie na ostatnich stronach, kiedy się okazało, że się pomyliłam, więc miałam przyjemność z lektury. Teraz wzięłam się za „Morderstwo odbędzie się…”, tu już na pewno pamiętam, kto zabił, ale to mi nie przeszkadza, czytam bardziej dla klimatu i samej Christie a raczej jej pióra. 

„Pogoń za duchami”. Tatiana Polakowa.

Pogoń za duchami

 

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2012).

Z rosyjskiego przełożyła Ewa Skórska-Filip. Tytuł oryginału Ochotnicy za priwidieniami.

Po Polakową sięgnęłam bo jednak to wciąż jedna z moich ulubionych autorek rosyjskich kryminałów. Lubię tworzone przez nią postaci, zarówno Olgi Riazancewej jak i dwóch zwariowanych nieco przyjaciółek czyli Anfisy i Żeni, które dziwnym trafem zawsze w jakąś kryminalną intrygę się wplączą a zawsze zostaje to opisane z poczuciem humoru. I nie inaczej było tym razem, kiedy to Żenia namawia Anfisę na wyprawę na pewną wyspę. Została jej złożona intratna propozycja, napisania autobiografii dla pewnego człowieka. Co prawda mąż Anfisy ostrzega ją przed tym człowiekiem, ale nie bardzo mając wpływ na decyzję żony, będąc na dalekim wyjeździe, nawet nie wie w sumie, że dziewczyny zdecydowały się jednak odbyć tę podróż. To znaczy wie, że zamierzają wyjechać niemniej jednak konkretnie kogo przy tej okazji odwiedzą, to Anfisie udaje się przed mężem zataić.

Dziwne rzeczy dzieją się już na samym początku podróży, kiedy to w Petersburgu ktoś kradnie auto Anfisy wraz z walizkami dziewczyn. To jednak , jak się można domyślić, nie przeszkadza im w kontynuowaniu podróży. 

Anfisa i Żeńka trafiają więc w niezwykłe miejsce. Otóż ekstrawertyczny właściciel wybudował sobie zamek. A raczej zamczysko. Ta przeniesiona nieomal z gotyku budowla budzi w dziewczynach poczucie niepokoju i grozy. Podobnie, jak zamieszkującą ją mieszkańcy. Nie tylko sam właściciel, starszy pan, który życzy sobie powstania autobiografii, ale i cała plejada dziwnych jego znajomych jak i służby. 

Dziwne zamczysko, dziwny właściciel, dziwne towarzystwo, nieprzyjemna i wroga gospodyni , atmosfera, która z dnia na dzień się zagęszcza. Plus zbrodnie, które zaczynają mieć miejsce. To wszystko z pewnością nie służy atmosferze powstawania książki a jeśli już, to z pewnością nie autobiografii ale raczej kryminału. No i oczywiście, o czym wspominałam, obie panie z pewnością takiej atmosfery nie porzucą, a wręcz przeciwnie, podejmą zamiar rozwiązania zagadki kryminalnej, w której znów przyszło im wziąć udział.

Na wakacyjny czas akuratne czytadło. Moja ocena to 4.5 / 6.

Olimpiada…

…trwa od tygodnia, więc zerkam na co się da i oglądam, chociaż niektóre decyzje sędziów mocno mnie niesmaczą. Jednak wczorajszy dzień zdecydowanie „biało-czerwony”, najpierw wioślarki, które zakończyły swój bieg (dziwna nazwa jak na wyścig na wodzie, hm) z przygodami, na szczęście nic się kontuzjowanej zawodniczce nie stało. Wieczorem dwóch silnych Chłopaków, którzy zdobyli dla nas złoto, czyli Adrian Zieliński (brawo! mimo niesprzyjającej mu atmosfery w jego własnym związku, umiał się chłopak zebrać i pokonać przeciwności) i oczywiście Tomek Majewski. To, jak napisałam w innym miejscu, rok Tomasza, czyli najpierw narodziny jego Syna, Mikołaja a teraz obrona złotego medalu (z czego, tego jestem akurat pewna, narodziny Syna zdecydowanie są dla sportowca ważniejszym wydarzeniem).

Podczytuję znów Agathę Christie, ona na mnie działa , wiem, brzmi to ciekawie, ale w jakiś sposób uspokajająco. I tak czytałam ostatnio „Noc w bibliotece” i „Zatrute pióro”, a teraz chyba wezmę się za „Trzecią lokatorkę”.

Dobrego, spokojnego weekendu dla Was życzę.