„Lalki w ogniu. Opowieści z Indii”. Paulina Wilk.

Lalki w ogniu

 

Wydana w Carta Blanca. Grupa Wydawnicza PWN. Warszawa (2011).

Do tej książki robiłam kilkakrotne podejścia. To, zakończone pomyślnym już skończeniem lektury, było trzecie. Po drodze była naprawdę spora przerwa, utkwiłam, nie byłam w stanie ruszyć, książkę gdzieś nawet zapodziałam, zszukałam się jej, zanim udało się znaleźć, ale generalnie było warto. Przy odpowiednim założeniu.

Książka ta to zbiór reportaży. Widać, że autorka jest dziennikarką, ma zdecydowanie reporterskie podejście i nawet nazwałabym publicystyczne. Dalekie od wygładzonego poprawnego politycznie spojrzenia serwowanego przez kolorowe foldery biur podróży. To szesnaście rozdziałów opowieści z Indii, które to opowieści nie są zbytnio optymistyczne. 

Jak wspomniałam, ja z lekturą ruszyłam przy odpowiednim założeniu. Zrozumiałam, że nie ma tu co liczyć na to, na co się poniekąd nastawiłam. Jeśli poznam to nie obyczaje a raczej to, co przedstawia nam na temat Indii autorka. Jej osobiste, własne spostrzeżenia, jej spojrzenie na Indie. Jej obraz Indii. Sądzę, że jak wszędzie, każdy kto gdzieś przebywa ma swój własny obraz danego kraju. Są ludzie, którzy jadąc gdzieś widzą tylko dobre strony danego kraju. Nie wiem, być może jedynie ja tak odbieram te reportaże, jak dla mnie tu przedstawiona została przede wszystkim ta smutna, przygnębiająca, nędzna strona Indii. Nawet fotografie wybrane do książki są często bardzo smutne w wydźwięku.

Przyjęłam więc, że będzie to subiektywne spojrzenie na Indie i przyjęłam je takie, jakie zostało mi zaserwowane. Nie ogładzone, raczej to, którego z pewnością często można się wstydzić.

Wiem, co można mi zarzucić, że oczekiwałam kolorowego folderu. Nie nie, nie do końca. Lubię po prostu chyba bardziej różnorodne spojrzenie na rzeczywistość ,na kulturę, na mentalność danego narodu. I chyba lubię jak jednak ktoś nie tylko widzi te smutne strony ale również te lepsze. Jednak, powtarzam, zrozumiałam, że jak ja na pewne sprawy patrzę w sposób subiektywny to tak samo to oczywiste, że autorka reportaży. 
Myślę, że ktoś może mi zarzucić to, co napisała Asiaya w poprzednim wpisie , pewnie teraz powtórzy, czyli, że takiej cytuję Asiaya „bardziej realnej książki o Indiach i ich problemach brakowało na polskim rynku”. Hm, nie wiem, może. Wiem jedno, nie wiem skąd, ale jednak o wszystkich problemach, które poruszano na kartach zbioru tych reportaży skądś wiem, czyli o abortowaniu płodów żeńskich tylko dlatego, że w Indiach nie jest dobrze być kobietą a tylko syn ma szansę na rozwój rodziny. O tym, że w Indiach zdecydowanie gorzej jest być kobietą niż mężczyzną. Wiem też i o tym, że są zarówno bogaci jak i biedni. Wiem, że w slumsach rządzi mafia. 

Po prostu chyba miałam nieco inne oczekiwania względem lektury i do tego też mam prawo jako czytelnik, który po coś sięga. Zmieniając swoje oczekiwania, wiedząc po kilku stronach, czego się spodziewać poznałam Indie od tej głównie niewesołej strony, chociaż na szczęście, nie tylko z tej. 

Co było ciekawe, to to, że autorka z pewnością nie bawi się w polityczną poprawność. Jeden rozdział na przykład jest stricte na temat ludzkiej fizjologii, to nic innego jak rozdział o wspólnym wypróżnianiu się. 

Mnie najbardziej podobały się rozdziały o ubiorach, „Tajemnica haftowanej lamówki”, o jedzeniu (o tym lubię czytać zawsze) „Tabu na talerzu”, o podróżowaniu „W drodze z bóstwami”, o życiu, miłości, jej braku i o ślubach, „Najpierw ślub, miłość rośnie z czasem”.

Na koniec ciekawostka ornitologiczna. (ha, nie spodziewaliście się takowej w tej recenzji?:). Autorka reportaży często pisała o krukach, które rozdziobują resztki na straganach czy targach, jednym słowem konkurują z bezdomnymi zwierzętami i nie tylko. Co prawda zdjęcia w książce nie sugerują, że na nich właśnie owe kruki występują właśnie, ale chciałam dodać takim miłośnikom ptaków, jak ja, że na nich występują nie kruki, ale wrony i to najprawdopodobniej wrony orientalne.

Jak mówię, lektura najpierw mnie odstraszała, potem, kiedy zmieniłam swoje własne oczekiwania, i zrozumiałam, czego się spodziewać, porwała mnie w niezwykłą chociaż dość przygnębiającą podróż do świata widzianego oczami Pauliny Wilki, którą to podróż oceniam jako ciekawą i z pewnością nietuzinkową. 

Moja ocena tej książki to 5 / 6.

 

hiszpańskie akcenty…

…w ramach lektury i filmu ostatnio sobie zafundowałam. Najpierw to „Prześwietny raport kapitana Dosa” Eduardo Mendozy czyli książka z cyklu humor absurdalny. 

Poznajemy akcję książki poprzez raport pisany przez kapitana Horacio Dosa, który to dostał misję rejsu z Ziemi w nieznanym mu bliżej kierunku, nie znając czasu podróży i bliższych realiów tejże. Wie tylko, że w pojeździe kosmicznym, którym dowodzi znajduje się nietypowa zbieranina ludzi, o których na pewno nie można powiedzieć , że są przeciętni. Mamy więc sektor Upadłych Kobiet czy Przestępców czy też Nieprzewidywalnych Staruszków. Do tego wieczne problemy z samą podróżą, której jak wspomniałam ani czas ani cel nie jest znany kapitanowi, nieustające problemy z zaopatrzeniem, które owocują wiecznym podenerwowaniem i nastroju buntu wśród podróżujących, do tego humor Mendozy, wychodzi niezła całość aczkolwiek muszę powiedzieć, że nieco zbyt wiele tego absurdu i jak dla mnie nie jest to jednak jego najlepsza książka. O wiele bardziej podobała mi się jego książka „Brak wiadomości od Gurba”, o której pisałam tu. Moja ocena to 4.5 / 6. 

Wychodzi na to, że teraz też trochę ponarzekam. Przechodzę bowiem do filmu, na który tak się naczekałam, czyli najnowszego filmu Pedro Almodovara, „Skóra, w której żyję”. Tak, czytałam książkę i muszę powiedzieć, że chyba niepotrzebnie jednak z myślą o niej siadałam prze ekranem. Cóż, Pedro Almodovar faktycznie ujął temat po swojemu i jednak powiedziałabym, że film jest bardziej „na podstawie książki” niż jej wierną ekranizacją. Gdybym umiała to oddzielić , może miałabym jeszcze większą przyjemność z oglądania. Nie, nie uważam, że film jest zły. Podobał mi się, ale zabrakło mi w nim tego „czegoś”, co sprawia, że nie umiem się od Almodovara filmów oderwać. Tym razem oglądaliśmy film praktycznie trzy dni, fakt faktem, że czas odgrywał rolę ale jednak, jest to dla mnie znak, że ten film na pewno nie będzie moim jednym z najbardziej ulubionych filmów tego reżysera, za którego filmami przecież tak przepadam. 

W książce czułam o wiele większe napięcie, niż w filmie. I film nie niósł ze sobą aż tak mrocznego klimatu, jaki odczuwałam podczas lektury „Tarantuli”, o której pisałam tu.

W skrócie, bo też nie chcę zdradzać za wiele z treści aby nie popsuć przyjemności oglądania filmu tym, którzy do tej pory go nie widzieli. W willi znanego i bogatego chirurga plastyka mieszka tajemnicza kobieta, Vera. Właściwie nie tyle mieszka, co jest przez niego więziona i przetrzymywana. Praktycznie jej życie jest zależne tylko i wyłącznie od niego. On zaś opanowany jest swoistą obsesją stworzenia czegoś nowego związaną ze swoim zawodem, która to obsesja w pewnej chwili pomoże mu zrealizować perfidny plan zemsty. Niestety, jak napisałam, jakoś zabrakło mi napięcia, tego trzymającego w niepewności o co chodzi dreszczyku. 
Jak na razie więc moim ulubionym filmem Almodovara pozostaje wciąż „Volver”, o którym tu.

Moja ocena filmu „Skóra, w którym żyję” to również 4.5 / 6.