…w ramach lektury i filmu ostatnio sobie zafundowałam. Najpierw to „Prześwietny raport kapitana Dosa” Eduardo Mendozy czyli książka z cyklu humor absurdalny.
Poznajemy akcję książki poprzez raport pisany przez kapitana Horacio Dosa, który to dostał misję rejsu z Ziemi w nieznanym mu bliżej kierunku, nie znając czasu podróży i bliższych realiów tejże. Wie tylko, że w pojeździe kosmicznym, którym dowodzi znajduje się nietypowa zbieranina ludzi, o których na pewno nie można powiedzieć , że są przeciętni. Mamy więc sektor Upadłych Kobiet czy Przestępców czy też Nieprzewidywalnych Staruszków. Do tego wieczne problemy z samą podróżą, której jak wspomniałam ani czas ani cel nie jest znany kapitanowi, nieustające problemy z zaopatrzeniem, które owocują wiecznym podenerwowaniem i nastroju buntu wśród podróżujących, do tego humor Mendozy, wychodzi niezła całość aczkolwiek muszę powiedzieć, że nieco zbyt wiele tego absurdu i jak dla mnie nie jest to jednak jego najlepsza książka. O wiele bardziej podobała mi się jego książka „Brak wiadomości od Gurba”, o której pisałam tu. Moja ocena to 4.5 / 6.
Wychodzi na to, że teraz też trochę ponarzekam. Przechodzę bowiem do filmu, na który tak się naczekałam, czyli najnowszego filmu Pedro Almodovara, „Skóra, w której żyję”. Tak, czytałam książkę i muszę powiedzieć, że chyba niepotrzebnie jednak z myślą o niej siadałam prze ekranem. Cóż, Pedro Almodovar faktycznie ujął temat po swojemu i jednak powiedziałabym, że film jest bardziej „na podstawie książki” niż jej wierną ekranizacją. Gdybym umiała to oddzielić , może miałabym jeszcze większą przyjemność z oglądania. Nie, nie uważam, że film jest zły. Podobał mi się, ale zabrakło mi w nim tego „czegoś”, co sprawia, że nie umiem się od Almodovara filmów oderwać. Tym razem oglądaliśmy film praktycznie trzy dni, fakt faktem, że czas odgrywał rolę ale jednak, jest to dla mnie znak, że ten film na pewno nie będzie moim jednym z najbardziej ulubionych filmów tego reżysera, za którego filmami przecież tak przepadam.
W książce czułam o wiele większe napięcie, niż w filmie. I film nie niósł ze sobą aż tak mrocznego klimatu, jaki odczuwałam podczas lektury „Tarantuli”, o której pisałam tu.
W skrócie, bo też nie chcę zdradzać za wiele z treści aby nie popsuć przyjemności oglądania filmu tym, którzy do tej pory go nie widzieli. W willi znanego i bogatego chirurga plastyka mieszka tajemnicza kobieta, Vera. Właściwie nie tyle mieszka, co jest przez niego więziona i przetrzymywana. Praktycznie jej życie jest zależne tylko i wyłącznie od niego. On zaś opanowany jest swoistą obsesją stworzenia czegoś nowego związaną ze swoim zawodem, która to obsesja w pewnej chwili pomoże mu zrealizować perfidny plan zemsty. Niestety, jak napisałam, jakoś zabrakło mi napięcia, tego trzymającego w niepewności o co chodzi dreszczyku.
Jak na razie więc moim ulubionym filmem Almodovara pozostaje wciąż „Volver”, o którym tu.
Moja ocena filmu „Skóra, w którym żyję” to również 4.5 / 6.
