magnolie, magnolie…

…i po magnoliach. Jeszcze dwa tygodnie temu, kiedy zajrzeliśmy do Ogrodu Botanicznego w Powsinie, wszystkie były z małymi pąkami. Wydawało się, że dwa tygodnie to będzie ten czas. Wczoraj, kiedy poszliśmy do Ogrodu, okazało się, że praktycznie to „ostatni dzwonek”. Większość z nich już przekwitła. Dobrze, że część jeszcze nie, ale już nie za wiele tego radowania się nimi, dlatego chętnym podziwiania i wąchania magnolii polecam szybką wyprawę. 

W Ogrodzie Botanicznym jest też piękny zbiór najrozmaitszych tulipanów, które ogromnie cieszą oko, więc dla nich również polecam wyprawę.

 

 

magnolie

„Stambuł. Wspomnienia i miasto”. Orhan Pamuk.

 

Stambuł

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2008).

Przełożyła Anna Polat. Tytuł oryginalny Istanbul.

Ponieważ mózg mi się zlasował w ten upał, jaki panuje za oknem, recenzji długiej dziś nie popełnię ale muszę zaznaczyć przeczytanie tej książki gdyż jak widzę po lekturze, z pewnością gdy pod koniec roku będę czynić jakieś osobiste podsumowania książkowe ta okaże się jedną z najbardziej udanych lektur tego roku.

Bardzo lubię książki pisane z serca. I szczere. Ta taka jest. Dedykowana ojcu autora a poświęcona miastu, w którym Orhan Pamuk urodził się i w którym przyszło mu żyć wiele lat, w końcu-do którego to miasta powrócił niemal jak ten syn marnotrawny książka to nic innego jak jedno wielkie snute wspomnienie. O Stambule właśnie. I nie tylko. O nim samym, czyli o Pamuku, o jego rodzinie. O ludziach, którzy to miasto zamieszkiwali ale również o tych, którzy je odwiedzali i również w jakiś sposób oddali swe wspomnienia czy to na piśmie czy pod postacią ilustracji. 

Co mi się podoba to sposób opowieści Orhana Pamuka, czyli snucie wspomnień. Być może nie każdemu może to pasować, mnie pasuje, ja się w tym odnajduję, tym bardziej, że podobnie, jak autor, czuję się taką „nostalgiczną kolekcjonerką wspomnień”, które jak najcenniejsze pamiątki przechowuję aby w rozmaitych chwilach mego życia, jak ze szkatułki wyjąć je i cieszyć się nimi. 
Podobnie jak autor lubię też fotografie. Rodzinne, mimo, że znam je na pamięć i historie z nimi związane, jak również fotografie poświęcone miastom. W ogóle, lubię miasta jako organizmy.

W tej książce jakość opowieści sprawiła, że miasto praktycznie jest spersonifikowane. I chyba dlatego zarówno wspomnienia samego Pamuka jak i wiele naprawdę interesujących informacji z archiwów dziennikarskich sprawia, że sami dajemy się uwieść tym opowieściom i nie chcemy aby się skończyły.

Podejrzewam, że nie jest to książka dla każdego. Dla mnie była bardzo udaną lekturą, która sprawiła, że mam wielką ochotę na lekturę w podobnym stylu. Muszę więc takiej poszukać.

I pomyśleć, że sięgnęłam po tę książkę pod wpływem wzmianek na jej temat w książce Paula Theroux, która to mi tak średnio „podeszła”.

„Kiedy nocą spaceruję ulicami albo wyglądam przez okno , nadal uwielbiam zaglądać do cudzych mieszkań. (…)”. (str. 351).

„Może kochamy swoje miasta tak, jak kocha się rodzinę-ponieważ nie ma innego wyjścia? Musimy jednak zrozumieć, co i z jakiego powodu porusza nas w nich najbardziej”. (str. 443).

Moja ocena to 5.5 / 6.

obiecałam…

…dość dawno temu, że dam znać co do zmiany daty Imienin. Jak mówiłam, po tym wszystkim, co stało się w maju zeszłego roku, postanowiłam dzień moich dotychczasowych Imienin „oddać” Emilii. Będzie to Jej Dzień, w końcu to dzień Jej Narodzin. Ja zaś zmieniam datę swoich Imienin na 27 czerwca, co mnie w sumie cieszy, bo został stworzony tym samym mocno rodzinny Imieninowy kącik, w kolejności więc będziemy celebrować Imieniny: moje, P. , Emilii i mojej Mamy. 

Robb Maciąg. „Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę”.

 

Rowerem przez Chiny

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Wyd. II. Warszawa (2009).

Jak Pamiętacie, całkiem niedawno zachwyciłam się książką Roberta Maciąga czyli wydaną niedawno na naszym rynku książką „Tysiąc szklanek herbaty”, o której pisałam w tym wpisie.

Zachęcona sposobem i pisania o podróżach a przede wszystkim podejściem Autora do życia, do otaczającego go świata i ludzi, sięgnęłam po wcześniejszą książkę Robba Maciąga i oto zaskoczenie. Owszem, to książka o podróży, ale przyznaję, nie wiedziałam wcześniej, że jest to swoistego rodzaju podróż-psychoterapia, którą po zdradzie małżonki przeżywa Autor. Muszę od razu powiedzieć, że podziwiam Roberta za szczerość. Owszem, zaczął swoje zapiski zapewne jako pamiętnik, jak podejrzewam, nie zakładał wydania ich w postaci książki, dopiero potem zapewne ktoś mu to podpowiedział ale…mógł to okroić. Tak w końcu modne jest obecnie przedstawianie się lepszymi niż jesteśmy, zdolniejszymi niż jesteśmy, otoczeni tak wielkim gronem przyjaciół i oczywiście odnoszącymi same życiowe sukcesy. A tu proszę, człowiek, który nie ubarwia, przyznaje się „tak, przeżyłem porażkę. Tak, cierpiałem z tego powodu. Tak, mam uczucia, które musiałem jakoś sobie poukładać”. Już za tą szczerość daję Autorowi wielki plus. 

Tak więc ta książka została napisana pod wpływem przeżyć osobistych, jakby nie było, przez człowieka ze złamanym sercem, który postanowił jednak się nie poddać i ruszył w podróż aby podczas niej odkryć nie tylko inne zakątki naszego globu ale co podkreślałam już przy recenzowaniu pierwszej książki Maciąga, którą czytałam, przede wszystkim odkryć podróż w głąb siebie, w głąb samego siebie i swoich uczuć. I jest w niej, co podkreślam , dużo szczerości. Widać walkę wewnętrzną kogoś zranionego, który chce uleczyć swoje uczucia, swoje serce ale właśnie, co normalne, przeżywa wzloty i upadki i również widać kryzysy podczas podróży.

Do tego kolorowe zdjęcia, nie tylko samych miejsc, które Autor odwiedzał ale również, co jak powtarzam zawsze, portrety ludzi, jak również, co ciekawe na samym końcu książki, zdjęcia Autora z całej podróży, jego autoportrety robione podczas podróży, na których widać jak on sam zmieniał się w czasie gdy poznajemy jego jazdę rowerem, bo oczywiście, zapomniałam wspomnieć, że Maciąg oczywiście swoją podróż odbywa rowerem.

Cóż, to taka nietypowa książka podróżnicza. Nietypowa, bo jak już wspomniałam, ta podróż jest rodzajem terapii dla złamanego serca, ale jak widać, terapii zdecydowanie przynoszącej pozytywne rezultaty.

Na koniec, znów kilka cytatów, które wyjątkowo mnie urzekły czy w jakiś silniejszy sposób do mnie przemówiły:

„Złamane serce fałszuje obraz świata. Podobnie jak zakochane. Tylko tyle, że odwrotnie”. (str. 54).

„Najważniejszy w Podróży jest czas w niej spędzony. (…) Czas spędzony z samym sobą jest większym wyzwaniem niż niejeden podjazd czy tysiące kilometrów. Każda kropla potu cię zmienia, każda łza uszlachetnia, każde wzruszenie umacnia”. (str. 64).

„Wszystko zdarza się dokładnie wtedy, kiedy się tego najmniej spodziewasz… (…) Tysiące razy mówisz sobie, że tego byś chyba nie przeżył. A tymczasem…przeżywasz. Idziesz dalej. Przed siebie.”. (str. 106).

Znów miałam świetną lekturę. Znów czytałam coś, co brzmiało szczerze i prawdziwie. Bardzo mi się podobała ta książka i oczywiście bardzo ją Wam polecam.

Moja ocena to 5.5 / 6.

 

 

ani się człowiek obejrzał…

…a tu kolejny weekend się zbliża. Tradycyjnie liczę na niezłą pogodę. Chociaż, w niedzielę, jak było po deszczu, to udało nam się odbyć fajny spacer do lasu. Prawie nikogo nie było, więc spokój, cisza (poza ptasimi śpiewami oczywiście) i udało nam się zobaczyć nawet dwie sarny!

O książkach nic nie pisałam, bo przebijałam się przez lekturę Paula Theroux, czyli „Pociąg widmo do Gwiazdy Wschodu. Szlakiem bazaru kolejowego”. Piszę „przebijałam się” bo hm, mam mieszane uczucia co do lektury. Aż mi głupio napisać, ale chyba narobiłam sobie zbytniego apetytu a książka, no, nie wiem, czegoś mi zabrakło. Nie będę więc nawet pisać recenzji. Po prostu jakoś nie do końca było to to. Chyba styl autora nie mój, i mimo, że chyba właśnie prywatnie sympatyczny z niego człowiek, to podczas lektury miałam wrażenie, że jakiś taki marudny. Ja go podczas lektury tak odbierałam. Głupio mi się przyznać, że mi nie do końca ta książka podeszła, bo wszyscy się jego książkami tak zachwycają no, ale sama się oszukiwać nie będę. Książkę bez problemu odkładałam, nie było tak, że nie mogłam się doczekać aż do niej wrócę, również muszę powiedzieć,że tak, jak czasem czytam książki o podróżach, to sobie myślę, że z kimś tam bym chętnie w taką podróż wyruszyła, to niestety, tu tego odczucia nie miałam. Może na to wpływ też miała jednak jakaś różnica w postrzeganiu świata, nie wiem, nie wiem. Ja uwielbiam miasta, których Theroux nie cierpi i być może nawet takie drobne różnice spowodowały, że nie do końca ta lektura mi poszła i nie zachwyciłam się nią, nic na to nie poradzę. Niektóre części mi się podobały, inne wręcz wynudziły, więc ogólnie na biblionetce dałam notę 4.5. 

Dobrego weekendu dla Was! U mnie za oknem właśnie szaleje pierwsza wiosenna burza.

 

pitu pitu…

…każdy z nas to musi zrobić, w końcu zabraliśmy się do tego i my. Mam na myśli rozliczenie się z państwem. Czyli pit…Mało to wdzięczne zajęcie, jakby nie było.

Tradycyjnie bo Wiecie, że jestem wielkim orędownikiem tegoż, przypominam o akcji 1%. Odkąd można, korzystamy z tego i wpłacamy to na organizacje to za tychże pośrednictwem na konkretne osoby. Możliwości aby pomóc (naprawdę powiedzenie, że dla obdarowanych naszym jednym procentem liczy się każdy grosz, nie jest truizmem) jest wiele, możecie wybrać co tylko chcecie wspomóc a według mnie naprawdę warto. Przypominam więc i mam nadzieję, że ci z Was, którzy już się rozliczyli, nie zapomnieli o 1% !

W snach od dwóch dni zwiedzam miasto komunikacją miejską. Wczoraj przerobiłam autobusy i kupno biletów na komunikację miejską po cenach bardzo dawno nieaktualnych, dziś „przesiadłam się” na tramwaje. Jak rano powiedziałam to do P. stwierdził , że „teraz czas na metro”…

Dobrego weekendu dla Was. U nas miała być dzisiaj słoneczna pogoda a przywitały nas mokre chodniki za oknem i chyba popaduje, bo widzę, że ludzie pod parasolami się przemieszczają. 

„Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku”. Robert Robb Maciag.

Tysiąc szklanek herbaty

 

Wydana w Wydawnictwie Bezdroża. Kraków (2012). 

Ta książka, mogę to powiedzieć, „znalazła” mnie sama. Tak. W momencie, kiedy szukałam czegoś (nawet na blogu ogłaszałam) o podróżach i to raczej pozytywnego a nie w kontekście narzekania i przygnębienia, przeglądałam zaprenumerowany od stycznia „Poznaj świat”, w którym to numerze był jej fragment właśnie. I nagle olśnienie. Tego, tak, tego właśnie szukam. Podróży opisanej w fajny, ciekawy sposób, z perspektywy interesujących osób, których głównym celem nie będzie doszukiwanie się złych i przygnębiających stron odwiedzanych miejsc a coś innego. Poszanowanie tego, co inne, obce? i otwarcie się na to, co nowe.

To właśnie znalazłam w „Tysiącu szklanek herbaty”. Książka ta z podtytułem „Spotkania na Jedwabnym Szlaku” bowiem traktuje ni mniej ni więcej ale właśnie podróży polegającej na spotkaniach na tymże dawnym handlowym szlaku ludzi. 

Autor książki, Robb Maciąg, odbywa tę podróż ze swoją żoną Anią, w sposób może nietypowy, bo na rowerach. Niestraszne są im obojgu niedogodności podróżowania w ten sposób i to właśnie również jest ciekawe. Myślę, że tych Dwoje dobrało się na zasadzie wspólnych zainteresowań ale i takich samych oczekiwań względem podróżowania właśnie. 

Podróż odbyta została, jak wspomniałam, szlakiem dawnego traktu handlowego ze Wschodu na Zachód. A raczej, w ich przypadku , z Zachodu na Wschód. W książce poznajemy relację z Syrii, Turcji, Iranu, Turkmenistanu, Uzbekistanu, Tadżykistanu i Chin.

Mnie przede wszystkim ujęło motto autora i jego żony, podejście do podróży. Wydaje mi się, że w podróży ceni on właśnie nie tyle samo podróżowanie „fizyczne”, „w konkretne miejsce” ale raczej „podróż do Człowieka”. Do tego Drugiego Człowieka, spotkanego na szlaku podróży ale również w głąb samego siebie.

Co mi się spodobało to to , że właśnie owa tytułowa herbata (no dobrze, szklanki tego napoju, tysiące tych szklanek) zdaje się katalizatorem spotkań. I poznawania. I tak przecież jest. Na szlaku, szczególnie w tamtej części świata, gdzie nie zawsze możesz dogadać się z kimś językowo, często spędzony czas przy właśnie wspólnie wypitej szklance herbaty, powoduje, że w jakiś sposób czujemy się ubogaceni. 

Autor unika sztampowych opinii, powielanych w mediach. Jak sam słusznie zauważa, przed telewizorem tracimy wiarę w człowieka. Media prezentują nam głównie złe smutne wiadomości bo te dobre, po prostu, są niemedialne i mówiąc wręcz cynicznie, „nie sprzedają się”.
Dopiero wyruszenie na szlak i poznanie drugiego człowieka powoduje uczucia wręcz przeciwne. Stwierdzenie, że w człowieka wciąż jeszcze można wierzyć, że wciąż ludzie są w stanie sobie wzajemnie pomagać. 

To nie jest na pewno historia o zdobywaniu kolejnych podróżniczych celów, to opowieść o odkrywaniu Drugiego Człowieka, jego podobieństw do nas i jego różnic. Autor szanuje inność, obcość, nie dziwi się niczemu, nie narzuca swoich racji i przekonań, to też bardzo lubię w przekazach z innych stron świata, zachowywanie równowagi i nie przekonanie, że nasza racja jest tą jedną jedyną najważniejszą. Będąc w podróży, dostosowuje się do tego, co napotyka, przyjmując to z szacunkiem. Mam wrażenie, że podróż w tym wydaniu jest na swój sposób lekcją. Lekcją uczenia się i świata i ludzi i samego siebie.  

Jestem zachwycona tą książką. Tak, o coś takiego mi chodziło. O podróż, o inne kraje, ale, co sama uwielbiam, podróż przedstawioną poprzez pryzmat nie zachwytów nad krajobrazem a przez opis spotkań z ludźmi, których podróżnicy napotkali podczas swojej podróży.

I nie chcę zarzucić autorowi, że ten widzi jedynie różowe strony świata. Nie nie. Te gorsze widzi on tak samo, jak każdy. Z tym, że obok biedy, widzi on godność, obok trudu widzi wysiłek uwieczniony sukcesem. 

Co dodaje książce smaku to spora ilość kolorowych fotografii, oczywiście, a jakże by inaczej? w większości przedstawiających osoby spotkane na szlaku. Muszę przyznać, że to miła forma podziękowania za tyle życzliwości i serdeczności, jakie na swojej trasie napotkali Robert i Ania. Szczególnie w byłych postradzieckich republikach ludzie okazywali im wiele serdeczności, wiele gościnności i serca. Myślę, że zdecydowanie podczas takiej wyprawy można ponownie uwierzyć w Drugiego Człowieka. 

Na koniec, kilka cytatów, które szczególnie mi zapadły w pamięć.

„Dzielą nas ideologie, a łączą marzenia i obawy. Jak zawsze”. (str. 216).

„Gościnność zawsze będzie dla mnie fenomenem. Jak to się dzieje, że pod wpływem impulsu ktoś zaprasza mnie do domu i nagle, bez żadnej podstawy, zaczyna o mnie dbać? (…) Ktoś, pod wpływem impulsu, zaprasza mnie do świątyni swojego domu. Fenomenem jest również dla mnie to, że ja się na to zgadzam. Oddaję się pod opiekę obcym ludziom, wchodzę do ich domu i zamykam przed światem drzwi, zdając się na łaskę i niełaskę człowieka, o którym nic nie wiem. Zakładam, że za chwilę wydarzy się coś pięknego, że zupełnie obcy ludzie zbliżą się do siebie. Trudno byłoby przecież myśleć, że ktoś podaje mi herbatę, by mnie skrzywdzić. Żyję z tą naiwnością, z wiarą w jakąś podświadomą jedność”. (str. 283).

Jak sam autor pisze, podróż wcale nie musi oznaczać odkrywania obcych i dalekich egzotycznych krajów. Ona zaczyna się tuż po wyjściu z domu. A od nas zależy, jak ją przeżyjemy.

Jak napisałam, jestem zachwycona tą książką i bardzo ją polecam. 
Moja ocena to 6 / 6. 

wczoraj w Jedynce…

…radiowej miałam okazję wysłuchać częściowo bardzo ciekawej rozmowy z dwoma reportażystami, Wojciechem Tochmanem i Mariuszem Szczygłem. Nie wiem, czy ktoś z Was też jej słuchał? Bardzo ciekawa rozmowa na temat i samego pisania reportażu, i etyki zawodu ale również , tu bardziej z Tochmanem, który przecież pisał i o zawieruchach bałkańskich jak i o wojnie w Rwandzie, o tym, czy można oczekiwać przebaczenia? ze strony osób dotkniętych tragediami jakie chociażby tam miały miejsce. Ale również i rozmowa z Mariuszem Szczygłem mnie zainteresowała. W ogóle to muszę powiedzieć, że ta wczorajsza, z konieczności wysłuchana częściowo, ale jednak, audycja, spowodowała, że zrozumiałam, że to moje płacenie abonamentu jednak na coś idzie (bo jak się ogląda telewizję, rzekomo misyjną to tu zdecydowanie widać, że to już minęło i to se ne vrati).

Tak, czy inaczej, ciekawe, czy audycję można by było w jakiś sposób jeszcze odsłuchać, naprawdę według mnie była jedną z najciekawszych, jakie miałam okazję wysłuchać w ostatnich chyba nawet miesiącach i polecałabym ją każdemu, kto lubi również ten rodzaj literatury.

A u mnie w kolejce czeka sobie spokojnie „Gottland” szczygła, muszę się kiedyś wreszcie za tę książkę wziąć. 

w rezultacie…

…pogoda jednak była tak połowicznie, jak sobie marzyłam na Święta. Wielka Sobota średnio, ale przynajmniej nie śnieg. Wczoraj, ziąb że hej, plus coś z nieba, jakby gradzik, bo chyba nie śnieg (chyba, że Eskimosi by mnie w tej kwestii pouczyli bo kto wie, może to się właśnie jakimś tam śniegiem okazuje?). Za to dzisiaj jak najbardziej poprawa. Może nie gorąc, ale nie zimno a po południu wręcz zupełnie nieźle. Na cmentarzu bardzo dużo ludzi, we wszystkie dni, widać, że bliscy odwiedzają…to dobrze. U Emilki też dziś rano ktoś zaszedł. Jak przyszliśmy, to rozpalona całkiem niedawno lampka świeciła się. Miły, ciepły gest. Nie wiemy, kto Ją odwiedził, ale w sercu ciepło. 


W Ogrodzie Botanicznym  na razie magnolie jeszcze nie szykują się na wielki pokaz. Większość ma pączki i to niewielkie, sądzę, że dopiero za jakieś dwa tygodnie będzie można pomyśleć o odwiedzinach. W tym roku później jednak wiosna się rozkręca. 

Za to w lesie? Hmmm…super. Gwar, pisk, dzięcioły rozdzielają terytoria, kowaliki również. Drozdy śpiewaki na razie głównie na dole buszują i coś tam sobie wyjadają. Zięby coś chyba prognozy pogody nie oglądały, która zaraz na „po Świętach” sugeruje nagły skok temperatur i bezchmurne niebo bo wieszczyły deszcz. Generalnie dużo ruchu wiosennego ale tak, jak rozmawialiśmy z P., to jednak o tydzień przynajmniej jakby wszystko opóźnione, mam wrażenie, że rok temu o tej porze już śpiewy zięb słyszeliśmy. No, ale wiosna już na całego. I, co nas zaskoczyło, w lesie pojawiła się nowa konstrukcja, jaką jest…odłownia dzików…Nie wiedziałam, że mamy tu w Lesie Kabackim dziki…

W zeszłym roku wiosny nie było, to też refleksja z naszego dzisiejszego rozmawiania podczas spaceru…

Mam nadzieję, że Święta spędziliście miło i tak, jak sobie to wymarzyliście. 

A od jutra podobno ma być całkiem wiosennie. Oby.

„Smuga krwi”. Johan Theorin.

Smuga krwi

 

Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2012).

Przełożyła Barbara Matusiak. Tytuł oryginalny Blodlage. 

Jak już wspomniałam, we wpisie, w którym oczekiwałam na książkę Johan Theorin wydawany jest u nas rzadko. Szczerze mówiąc, nie wiem czy wynika to z tego, że sam autor pisze niewiele czy też po prostu nie ma zbyt wiele szczęścia, jak wiele innych rozreklamowanych nazwisk. W każdym razie, jest to według mnie jeden z najlepszych nazwisk skandynawskich jakie na rynku wydawniczym ostatnio się pojawiły i życzyłabym sobie aby pisał on jak najwięcej i co oczywiste, był u nas wydawany z lepszą niż dotąd częstotliwością.

Poprzednia jego książka, którą się zachwycałam to jego „Nocna zamieć” (w niej z kolei podaję link do recenzji pierwszej u nas wydanej książki tego autora).

Theorin teoretycznie pisze kryminały ale jego proza cechuje się czymś jeszcze. A mianowicie dobrymi obserwacjami współczesnego świata, zmieniającego się stylu życia człowieka. Theorin, co zawsze powtarzam, jest mistrzem snucia opowieści, tworzenia pewnego klimatu. W jego książkach niemałą rolę odgrywają elementy fantastyki, dawnych wierzeń szwedzkich. Tak jest i tym razem, kiedy to oprócz treści jaką poznajemy dowiadujemy się o dawnych wierzeniach i przesądach, związanych z elfami czy trollami. Akcja dzieje się oczywiście na Olandii, gdzie część wydarzeń ma miejsce na Nizinie Alvaret, o której można poczytać tu

Opustoszała miejscowość zaczyna się zaludniać, po części wracają dawni mieszkańcy zamieszkujący te tereny od dawna a po części nowi lokatorzy to bogatsi mieszkańcy miast budujący sobie nowe wille przeznaczone na letni wypoczynek. 
Poznajemy grupę postaci, z których jak się okaże niejedna będzie miała coś do ukrycia bądź coś, czego będzie się czy to słusznie czy nie, wstydzić. Oczywiście, jak to u tego autora, atmosfera jest raczej niewesoła a ludzie zdają się być w większości nieszczęśliwi.

Jak się też okaże chociaż początkowo nic na to nie będzie wskazywać ale część z nich w jakiś sposób jest ze sobą powiązana.

Za grzechy ojców często karę ponoszą dopiero dzieci, zdaje się niewesoło podsumowywać autor tej książki i niestety, bardzo często jest to jedyny spadek, jaki ojcowie oferują swoim dzieciom. Jest jednak nadzieja na wyzwolenie się z tego rodzaju błędnego koła.

I tym razem autor nie zawiódł, intryga prowadzona jest w sposób ciekawy a poza tym, jak zwykle, jest atmosfera tajemniczości, jakichś nie do końca wytłumaczalnych zjawisk i klimatów, co tylko jej służy.

Na minus jak zwykle oceniam okładkę książki, ale ta seria ma niestety pecha do tych odstraszających wręcz okładek, dobrze, że treść książek na ogół to wynagradza.

Moja ocena to 5 / 6.