
Wydana w Wydawnictwie Iskry. Warszawa (2011).
O tej biografii usłyszałam czas jakiś temu w Jedynce. Polecała tę książkę Dorota Koman, która w słuchanej przeze mnie audycji książki rozmaite poleca. Nie wiem, co wtedy spowodowało, że ta książka wtedy weszła do mojej głowy i wyjść nie mogła. Nie, nie mogę napisać, że nie wiem, oczywiście, że wiem. To jedno zdanie, które wtedy powiedziała, a które, przyznaję się, poruszyło wtedy ogromnie, czyli wspomnienie faktu tragicznej śmierci córki i jego rozpacz po tym, co się stało. I nagle postać Broniewskiego, którą faktem jest, po 89 roku właściwie wymazano z podręczników szkolnych a która patronowała ulicy, przy której mieszkałam tyle lat mojego życia nabrała innego znaczenia. Połączyło mnie z nim coś, co zrozumieć mogą właśnie tylko ci, którzy przez to piekło przeszli. Przechodzą.
I nie mogła mi do tego stopnia wyjść z głowy, że postanowiłam ją przeczytać i…jestem z tego bardzo zadowolona.
Od razu zaznaczam, książka jest dość obszerna. Nie powinno to dziwić, wszak jest to biografia, w dodatku postaci na pewno nietuzinkowej i niebanalnej, oryginalnej i tragicznej.
Co jest jej ogromnym plusem i to chcę zaznaczyć na początku, autor uniknął tego co wcale nie jest takie łatwe do uniknięcia. Czyli udało mu się nie popełnić na temat poety hagiografii, jak ja to nazywam, ale również nie wylał na postać kubła pomyj. Zachował obiektywizm, co cieszy przy czytaniu biografii. Niech każdy czytający na jej podstawie wyrobi sobie swoją własną opinię.
Książka mimo, że dzieli się na dwadzieścia trzy rozdziały zdaje się mieć dwie główne części. Pierwsza przedwojenna, która, nie ukrywam, mnie jakoś specjalnie nie pociągała, ale rozumiem jak najbardziej to, że trudno było w przypadku tego człowieka ją pominąć, dotycząca czasów od narodzin Broniewskiego do czasów przed II WŚ, i druga, obejmująca zarówno czas II WŚ jak i powojenny, która jest o wiele bardziej osobista i mnie wciągnęła bardziej. Ta pierwsza opowiada o kształtowaniu się postawy lewicującej Broniewskiego, jest bardzo skrupulatnie napisana, bardzo szczegółowo, nie wiem, czy aż taka była potrzeba, być może, nie chcę negować.
Druga część, jak mówię, opowiada o innym okresie życia Broniewskiego. Być może mniejsza ilość polityki a przynajmniej nie w takim natężeniu wynikała też z jakiejś formy wypalenia się samego poety, nie wiem. Jednak bardziej interesowało mnie właśnie jego życie osobiste, tu potraktowane w sposób nie sensacyjny, co uważam za wielką zaletę jednak o czym wspominałam, bez tworzenia z niego postaci bez skazy.
I to w tej części mowa będzie o Ance, o jego wielkiej miłości do córki, o tragedii, jaka go spotkała czyli fakcie jej tragicznej śmierci, jak również jest wywiad z adoptowaną przez Broniewskiego córką drugiej żony, Marii Zarębińskiej, czyli panią Marią Broniewską-Pijanowską.
Cieszy mnie, że Mariusz Urbanek nie pokusił się o tworzeniu kolejnego mitu czy pomnika na temat Władysława Broniewskiego a napisał po prostu pierwszą chyba na naszym rynku rzetelną biografię poety. Tych pomników, które potem strącano zbudowano poecie za wiele, autorowi udało się po prostu napisać o interesującym człowieku, mającym trzy żony i wiele kochanek, mającym dwie córki, jedną rodzoną a drugą adoptowaną, osieroconym ojcu, człowieku niszczonym przez własne demony, uwikłanego w losy historii Polski, do której jednak wrócił po wojnie, niszczonego przez nałóg alkoholizmu, który zaczął się u Broniewskiego bardzo wcześnie i który na pewno wpłynął na to, że żył tak krótko. Autor uniknął jednak tworzenia taniej sensacji jak i nie nałożył mu na głowę lauru. Opisał człowieka oryginalnego i jak podkreślam, postać tragiczną.
I chociaż pewnie wiele nas dzieli, chociażby poglądy polityczne, na wiele tematów z pewnością mogłabym z poetą porozmawiać.
W jednym z ostatnich rozdziałów Urbanek opisuje zjawisko, które faktycznie miało miejsce po roku 1989, czyli wymazywaniu poezji Władysława Broniewskiego z książek szkolnych i nie tylko. Dopiero niedawno również pod redakcją Mariusza Urbanka, ukazał się najnowszy wybór wierszy poety, również w Wydawnictwie Iskry.
Moja refleksja na temat postaci Broniewskiego była taka, że był to pechowiec, którego wciąż cenzurowano i którego jak mało kogo zaplątano w losy historii, pewnie poniekąd na własne życzenie chociaż nie jestem pewna czy przewidział do końca rozwój sytuacji i konsekwencje.
Za czasów Drugiej Wojny Światowej cenzurowali jego poezję Anglicy już prowadząc rozmowy z ZSRR na temat przeróżne (Teheran), po wojnie wymazywano mu legionową i Andersowską przeszłość bo to również wtedy nie pasowało do pomnika autora chwalącego w swoim wierszu Stalina. Nieszczęśnik, którego na potrzeby własne zużytkowano wciskając go w polityczne zawirowania kraju, do którego jednak wrócił powodowany miłością do drugiej żony i pewnie jednak tęsknotą za krajem.
Jest też rozdział opowiadający o jednym z najciemniejszych rozdziałów w życiu Broniewskiego czyli jego zaraz po śmierci Anki pobycie w szpitalu psychiatrycznym w Kościanie. Trafił tam z pewnością wbrew własnej woli, mimo, że nawet adoptowana córka twierdzi, że jednak nie do końca było tak, jak twierdzi wielu, w tym sam Broniewski i jego trzecia żona Wanda. A jednak sporo osób, w tym pracujący po latach w tamtej placówce lekarz psychiatra, potwierdza, że Broniewski był tam nie tyle pacjentem co więźniem. Czy komuś się zbyt nawinął? Czy dawna wizytówka władzy komunistycznej tak chętnie przez nią wykorzystywana, która na skutek alkoholizmu coraz bardziej traciła nad sobą kontrolę stawała się dla kogoś zbyt wielką przeszkodą? Prawdą jest, że po tym pobycie nie wrócił już do formy poetyckiej i sądzę, że przyspieszyło to poniekąd rozwój choroby, na którą zmarł.
Śmierć córki zbliżyła go ponownie do pierwszej żony, matki Anki właśnie, Janiny. Nie ukrywam, że ten fragment, o życiu po śmierci córki Anki, przeżyłam najbardziej. Przy ostatnich słowach rozdziału, w którym mowa o tym, że jego pragnieniem niestety niespełnionym było spoczęcie w jednym grobie z córką, pojawiły się łzy. Nie sposób nie wzruszyć się czytając jego wiersz, w którym on, tak odcinający się od wiary, martwi się czy Ance nie jest zimno w tej jesionowej trumnie…
Muszę przyznać, że bardzo chciałabym posiadać tomik wierszy napisanych po śmierci córki Broniewskiego, zatytułowany Anka, wiersze, które powstały w ciągu jednego roku podobno bez korekt, pisane z serca, mówiące dokładnie to, co poeta odczuwał. Na razie jednak pewnie wznowień tego tomu nie będzie.
Nie może mi ta odkryta przeze mnie na nowo postać poety wyjść z głowy, zaczęło się właśnie wtedy kiedy pierwszy raz usłyszałam o biografii i trwa dalej. Myślę, że tak musi z jakichś przyczyn być. Być może mam ja odkryć go sobie osobiście, dla siebie samej. Co czynię. W internecie można znaleźć jego wiersze. Te pisane o Polsce i te treny poświęcone Ance…Czytam i wzruszam się, przeżywam. Mam możliwość wyboru i wybieram te, które mnie poruszają.
Zainteresowani biografią Władysława Broniewskiego nie powinni czuć się zawiedzeni tą książką. Ja chcę w niej skrytykować właściwie jedno a mianowicie to, że zdjęcia, których w książce niemało, są niepodpisane bezpośrednio przy fotografiach a dopiero na końcu książki. Dla mnie jako czytelnika, wygodniej było by móc czytać opis podczas oglądania fotografii w czasie lektury.
Moja ocena to 5.5 / 6.
Jeszcze krótki dopisek. Polecam film „Errata do biografii: Władysław Broniewski”. Można go obejrzeć w internecie. Stanowi uzupełnienie do książki bądź początek przygody z Broniewskim dla tych, którzy chcą poznać tę postać.
I jeszcze ciekawa strona, którą znalazłam w internecie:
