Mistrzostwa Świata w Łyżwiarstwie Figurowym Nicea 2012

…oglądałam jednym okiem i nie wszystkie konkurencje, w TV. Chyba wolałam, jak emitowała je polska telewizja, na Eurosporcie nie bardzo podobało mi się komentowanie.

No, ale do czego zmierzam, otóż dziś Mistrzynią Świata Solistek została Carolina Kostner. 
Pięć lat temu (tak, rzucę tym truizmem, „ale ten czas leci!”) byliśmy z P. na Gali Mistrzów kiedy to ME odbywały się w Warszawie, o czym zresztą pisałam tu. Wtedy nie przyszło nam do głowy, że Carolina, która zajęła pierwsze miejsce w ME będzie przyszłą Mistrzynią Świata.

Z wielkim sentymentem i wzruszeniem przeczytałam tamten swój wpis o tym wypadzie. Pewnie ktoś może powiedzieć „co to było, raptem wyjście na ulubiony sport”. Dla mnie wtedy było to spełnienie marzenia i naprawdę po latach czuję tą samą  radość, że mogłam tam wtedy być, patrzeć na tamtych mistrzów i odczuwać te emocje i radość, że mogę ich podziwiać.

A oto „tamta” Carolina, sprzed pięciu lat. Zdjęcie autorstwa P..

Carolina Kostner 2007


nie mam co czytać…

…tak tak. Ja w przeciwieństwie do większości kobiet nie zarzucę znanym truizmem a nieco przewrotnym. Powiem tak, nastąpił u mnie chyba tak zwany przesyt kryminałami, chociaż na jeszcze kilka i tak czekam (Theorin, który od wczoraj w sprzedaży) czy Donna Leon, nad którą z książki na książkę zżymam się coraz bardziej ale jednak przeczytam, tym bardziej, że u nas w domu czytamy ją oboje więc lubię takie wspólne omawianie potem lektury. Ale zauważam, że ostatnio jakoś mniej mnie bawi ta lektura, myślę, że to naturalne, trzeba chyba zafundować sobie będzie przerwę. Na rynku coraz więcej nowych nazwisk, oczywiście masa Skandynawów (jak dla mnie trochę zbyt wiele już tych nazwisk ale być może się mylę) a mnie brak „starych, sprawdzonych” jak świetna Norweżka Karin Fossum (czy wydawnictwo w ogóle ma jeszcze plany kiedyś coś tej pani wydac?) czy nawet ten Theorin, który wydawany u nas nie za często. Nie wspomnę o ulubionym Lee Childzie, którego niestety dawkują nam baaardzo skromnie:( Ostatnio owszem, wyszła książka Lee Childa, ucieszyłam się na krótko bowiem okazało się, że jest to tylko wznowienie już daaawno temu u nas jego książki wydanej. 

No więc trochę przesyt kryminałami. Poza tym mam potrzebę czegoś lekkiego i przyjemnego i dotyczącego innych krajów. Nie, nie chcę czytać reportaży o tym, jak gdzieś jest źle i niedobrze czyli o tych złych stronach danego państwa. Chcę przeczytać coś optymistycznego. Marzy mi się coś w rodzaju „Japońskiego codziennika” albo książki, która takie wrażenie w zeszłym roku na mnie zrobiła, czyli „Tam gdzie urodził się Orfeusz”.
Nie, nie chcę też czegoś w stylu „ona po rozwodzie wynosi się dokądś i zakłada, nie wiem, winnicę, plantację oliwek, zakład projektu mebli z akcentem śródziemnomorskim, poznaje miłość swojego życia, odkrywa uroki dojrzałej kobiecości i dopiero teraz cieszy się pełnią życia”. Chciałabym właśnie poczytać o kraju, o zwyczajach, obyczajach, ale i o najzwyklejszej codzienności. I na optymistycznie.

Jest li cokolwiek co spełnia moje oczekiwania czy też jak dawno w reklamie pewnej sieci telefonii komórkowej, „takie rzeczy tylko…”?:)

Może komuś coś takiego do głowy przychodzi? Ja sama oczywiście poszperam w internecie, poszukam tytułów ale a nuż a widelec komuś coś do głowy przyjdzie?

Obecnie zabieram się za najnowszego Mendozę i jego „Prześwietny raport kapitana Dosa”, bo jak wiemy, Mendozę z małymi wyjątkami, ogromnie lubię i mam nadzieję, że właśnie mnie i rozbawi i wprowadzi w fajny, lekki nastrój, ale co dalej? Nie mam co czytać;)

„Za wszystko trzeba płacić”. Aleksandra Marinina.

Za wszystko trzeba płacić

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2012).

Przełożyła Aleksandra Stronka. Tytuł oryginalny За всё надо платить

Po dłuższym czasie ukazała się na naszym rynku książka Marininy. Mocno nienowa, bo w Rosji wydana w roku 1996. Niemniej jednak zawsze to coś. Szkoda, że wydawnictwo nie rozpieszcza nas i Marininę wydaje tak rzadko, wiem, że nie ja jedna jestem zawiedziona.

Nie napiszę wiele o tej części opowieści major o Anastazji Kamieńskiej ( tu jako szczęśliwa mężatka) bo nie chcę zbyt wiele czytelnikom zdradzić. Akcja tej części cyklu o Kamieńskiej jest bowiem dość zawiła i mocno skomplikowana. Dość powiedzieć, że jak w tytule, na pewno podkreśla ona jedno, za długi, które zaciągnęliśmy w przeszłości, prędzej czy później przyjdzie nam zapłacić w przyszłości. Ta prawda dotknie Kamieńską, która poniekąd znając ją, zapewne w duchu jednak liczyła na to, że dawne słowa jej przełożonego dotyczącego wydarzeń sprzed paru lat, jednak się nie sprawdzą. 

Książka jest spora objętościowo i ma bardzo zawiłą akcję, czytać trzeba uważnie, bowiem, jak to u Marininy, postaci pojawi się sporo i łatwo się pogubić. Według mnie jednak książka śmiało mogłaby być nie taka gruba. Treść można było zmieścić w mniejszej objętości, tę książkę czyta się w pewnej chwili z lekkim wręcz znużeniem (albo powiedzmy, ja tak miałam, fakt, że od dłuższego czasu nie przepadam za tak zwanymi „książkowymi grubasami”). Na plus, akcja jest interesująca i mimo, że praktycznie szybko orientujemy się w całej intrydze a autorka jedynie nas przez nią przeprowadza zapoznając z kolejnymi postaciami i jej działaniami, czyta się dość dobrze, tylko jak mówię, jest według mnie niepotrzebnie przydługa. 

Akcja książki rozpoczyna się w dziwnej klinice, w której właściwie nikogo się nie leczy, a do której zgłaszają się osoby, które czują się wypalone zawodowo a które mają nad sobą jakiś termin pracy do wykonania „na wczoraj”. Szybko orientujemy się czym tak naprawdę zajmują się pracownicy kliniki. Potem poznajemy szereg innych postaci, z których jak się okaże każda jest ze sobą powiązana. Łącznie z major Kamieńską, do której odezwą się tak zwane „duchy przeszłości” aby otrzymać pomoc w ramach zaciągniętego ongiś długu. 
Zostaną też popełnione morderstwa, które sen z powiek spędzać będą nie tylko policji.  

Jak pisałam, dla mnie minusem książki jest według mnie jej objętość, czyta się to jednak lepiej niż dwie niedawno wydane u nas książki Marininy chociaż jako jej najlepszą też bym jej nie określiła.
Moja ocena to 4.5 / 6.

 

„Kolonie Knellera”. Etgar Keret.

 

Kolonie Knellera

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2011).

Przełożyła Agnieszka Maciejowska. Tytuł oryginalny Hakaitana szel Kneller.

Mieliście kiedyś tak, że zapomnieliście, jak bardzo lubicie jakiegoś autora?
Mnie się tak zdarzyło z Keretem właśnie. Wcześniej czytałam zbiory jego opowiadań, które bardzo mi się podobały, potem przez chwilę jakoś o tym zapomniałam i dopiero wzmianka o mających się ukazać niebawem nowych opowiadaniach Kereta przypomniały mi o wydanym w zeszłym roku zbiorze opowiadań. Tak, Keret jest słusznie nazywany przez samo wydawnictwo „mistrzem krótkiej formy”. Jego opowiadania są na ogół krótkie, ale jakże treściwe. Keret posiada specyficzne poczucie humoru i nie wiem, czy spodoba się każdemu. Mnie tak, do mnie trafia, mnie na ogół rozśmieszy co najmniej albo czasem skłoni do refleksji.

Na ogół właśnie są to zbiorki krótkich niezwiązanych ze sobą opowiadań, w tym zbiorze jest inaczej. Pierwsze kilka jest właśnie takich niezwiązanych ze sobą a następnie przechodzimy do nowelki, nazwijmy to czyli właśnie owych tytułowych „Kolonii Knellera”. 

Jak zwykle autor mnie nie zawiódł. Oto bowiem przedstawia nam życie po życiu. Wbrew temu, czego może ktoś się spodziewa, nie ma na miejsca życia w Raju a wręcz odwrotnie. To świat ludzi mieszkających w bliżej nie określonym miejscu a łączy ich jedno, wszyscy oni popełnili samobójstwo. Ten świat właściwie rządzi się całkiem podobnymi prawami, jak nasz ziemski świat. Świat ten poznajemy z perspektywy opowieści Chaima, który trafiając tam poznaje Ariego, jedynego, który mieszka tam z całą swoją rodziną. Chaim szybko znajduje nieźle płatną pracę w pizzerii „Kamikaze”, zaprzyjaźnia się z Arim, bawi się z Arim w barach, w tym ulubionym ich Barze Mar Twych, bywa na proszonych kolacjach u miłej rodziny Airego. W międzyczasie dowiaduje się, że jego wielka „ziemska” miłość również trafiła do tego świata, co stanie się powodem ruszenia przez niego i szukania jej.

Niby zwięźle, niby prosto, niby jasno a jednak proza Kereta zawsze działa na mnie w jakiś niezwykły sposób. Dużo się nad nią śmieję, sporo jej czytam na głos P. , a także nie raz i nie dwa zamyślę się nad spojrzeniem autora na świat.

Bardzo, bardzo mi się podobały „Kolonie Knellera” i ogromnie się cieszę, że po tę książkę sięgnęłam. 

Moja ocena „Kolonii Knellera” to 6 / 6.

A zainteresowanym moją recenzją innego zbioru opowiadań Kereta, „Rury” odsyłam do tej recenzji. 

słońce za oknem…

…kolejny weekend ma być ciepły i wiosenny, chociaż widzę, ze niedziela nie taka wcale ciepła ma być, jak tydzień temu, ale kto wie, może będzie całkiem ciepło.

Przypominam, że w weekend zmiana czasu, z soboty na niedzielę, na czas letni. Śpimy godzinę krócej ale za to będziemy mieć dłuższe, jaśniejsze dni. Znowu pewnie parę dni po zmianie będę czuć się dziwnie, no, ale cóż, trudno, wpływu na to nie mamy. Mogliby już sobie darować te zmiany czasu.

Kartki świąteczne już wypisałam, ale powysyłam pewnie dopiero w przyszłym tygodniu za granicę i pewnie do Polski ale pod koniec tygodnia raczej.

Niestety, skończona w tygodniu książka Kathy Reichs „Z krwi i kości” ogromnie mnie zawiodła, dlatego nawet nie chciało mi się pisać żadnej recenzji, w każdym razie nie była udana, co oczywiście nie oznacza, że dla kogoś innego taka nie będzie, każdy musi się sam przekonać. Mnie wymęczyło tło wyścigów i ogólnie jakoś nie wciągnęło. Chwilowo oczekuję na zamówione książki, Marininę, Nessera, o których zapomnieliśmy, że mamy w przechowalni i w skutek czego zamówiliśmy za późno i wzięłam się za Agathę Christie, nie ma to jak Agatha;)

Życzę Wam miłego wiosennego weekendu.

to już dziś!

No tak, przez rok przestępny w tym roku wiosnę witamy już DZIŚ:) Nie ukrywam, że o tym fakcie przypomniał mi wujek Google:) 

Nareszcie. Zimę żegnam bez jakiegokolwiek sentymentu, witam porę roku, w której wszystko budzi się do życia, w której widzę wyraźne znaki nadziei mówiące, że wszystko to, co złe może odejść i zamienić się w nowe perspektywy i możliwości. W której nawet mam wrażenie, że ludzie częściej się cieszą.

Życzę Wam wspaniałej wiosny. Tej za oknem i w nas samych!

Za oknem u mnie co prawda 6 stopni, ale nie szkodzi, pewnie w dzień się jeszcze ociepli. 

 

 

„Japoński codziennik. Część druga”. Aleksandra Watanuki.

 

Japoński codziennik dwa.

Wydana w Wydawnictwie Waneko. Warszawa (2012).

Ukazała się druga część książki Aleksandry Watanuki, „Japoński codziennik”, na którą to czekałam. Ukazała się niemal równo w pierwszą rocznicę trzęsienia ziemi i fali tsunami, jakie nawiedziły Japonię w roku 2011. Przypominam, że 15% dochodów ze sprzedaży pierwszego wydania tej książki zostanie przekazana na pomoc ofiarom tej katastrofy.

O swoich wrażeniach z części pierwszej „Japońskiego codziennika” pisałam w tym i w tym wpisie

Ta część jest kontynuacją książki powstałej na podstawie wielu lat prowadzenia blogu przez Polponkę, czyli autorkę. I znowu oprócz samej treści czyli wpisów, które miały miejsce na blogu (pojawiły się również wpisy wcześniej na blogu niepublikowane) są komentarze nas, czytelników tego blogu.
Autorka blogu zawsze tak uprzejma dla swoich czytelników nie pozostawiała naszych wypowiedzi bez odpowiedzi, stąd na blogu zawsze miały miejsce interesujące dysputy i na pewno nie było nudno. Czytając tę część przypomniałam sobie refleksje jakie lekturze blogu Oli mi towarzyszyły. A są to refleksje dotyczące generalnie blogów, które z roku na rok stają się coraz bardziej popularne i odwiedzane. Otóż niestety, z bliżej nieznanych powodów, popularność takowego blogu (nieważne , to ciekawe, czego on dotyczy , książek, osobistych spraw, choroby dziecka, dekoracji wnętrz czy życia w innym kraju) niesie ze sobą odwiedziny osób, które z pewnością nie można nazwać miłymi czytelnikami. I nie mam tu na myśli konstruktywnej krytyki a zwykłe chamstwo czy bycie niemiłym. To temat rzeka, niejedna osoba już o tym pisała. Być może w przypadku blogów pisanych z perspektywy życia w innym kraju jest jeszcze więcej takich sfrustrowanych osób, które „muszą bo inaczej się uduszą” napisać coś niemiłego, niesympatycznego, czy jak pisałam, wręcz chamskiego. Nie wiem co ludźmi kieruje aby dawać upust swoim często zapewne nie nudzie a frustracjom, być może poczucie anonimowości. W każdym razie pamiętam, że i na blogu Polponki pojawiało się z biegiem czasu coraz więcej osób, które nie miały nic do napisania poza czymś niemiłym, szkoda. Japonia jest krajem trudnym, to z pewnością. Ale nie sądzę aby innym od każdego innego, w którym ktoś spoza niego ma zamiar się osiedlić. Jak każdy inny kraj nie mówi „możesz tu zmienić wszystko, co zastaniesz, w końcu nasza wielowiekowa tradycja jest nieważna, rób co chcesz”. Nie, to kraj, który to normalne, mówi, „rozgość się, jesteś tu mile widziany, ale dostosuj się do mnie. Uszanuj to, co zastałeś.” Polponce, to podkreślam, udało się to w stu procentach. Być może niemiłe głosy, które się pojawiały, pochodziły od osób, którym ta sztuka się nie udała.
Ktoś powie, co to ma wspólnego z książką? Ma, bo książka jakby nie była, powstała na podstawie blogu pisanego latami i takie też sytuacje, o których piszę dla każdego blogowicza nie są niczym obcym. 

Wracając do samej książki, to ponownie powiem, z pewnością osoby, które interesują się Japonią po raz kolejny podczas lektury nie zawiodą się. Nie brak tu spraw, które każdy z Japonią kojarzy, znanych, nam, jak zachwyt nad sakurą (nie dziwię się) ale i poruszane są tematy nowe, które z jakichś przyczyn ważne są dla Autorki a które na pewno dla zainteresowanych życiem codziennym właśnie w Japonii będą równie ważne i na pewno ciekawe. Jest ogromna ilość pięknych barwnych zdjęć, które okraszają treść jak również ponownie, podane przez Autorkę linki do kręconych przez Nią filmów. Na pewno to książka dla tych, którzy szanują inność, umieją się dostosować a nie tych, którzy uważają , że każdy inny świat musi dostosować się do nich i ich upodobań. Szczególnie interesujący jest rozdział „Japończycy a cudzoziemcy”.

Podejrzewałam, że ostatnie rozdziały dotyczące katastrofy, będą niewesołe i tak też jest, to logiczne. Aleksandra w czasie wydarzenia przebywała w Japonii. Pamiętam, że początkowo wszyscy denerwowaliśmy się na blogu, co z Nią i Jej Bliskimi, na szczęście szybko się odezwała. Relacjonowała też na bieżąco jak się sprawy mają, podawała przykłady organizowanej pomocy ofiarom katastrofy jak również dawała rady tym, którzy w tamtych chwilach pytali się jej co robić z ich planowaną wtedy podróżą do Japonii, często planowaną latami i tą wymarzoną. 

Jak mówię, miłośnicy Japonii na pewno nie poczują się książką zawiedzeni. Oczywiście pewnie jak zwykle, trafią się marudy. Szczerze? Trudno. Mnie się ta książka podobała, znowu przeżyłam swoje własne małe prywatne katharsis, ale nie szkodzi, tak na pewno być musiało. Ponownie wyrażam na głos pragnienie aby blog Polponki powrócił na łono blogów, bardzo, bardzo się za Autorką i Jej czytelnikami, jak również tym zwykłym, ciepłym, wesołym spojrzeniem na Japonię, stęskniłam. 

Moja ocena to 6 / 6.

weekend był słoneczny i ciepły…

…dokładnie taki, jaki miał być według prognoz a może nawet i cieplejszy. W czasie prac przy Grobie Emilki P. nawet zdjął kurtkę, został w samym krótkim rękawku i…było Mu wyśmienicie.

W niedzielę wybraliśmy się do Ogrodu Botanicznego. Na razie pustki tam (roślinne, ludzie oczywiście są). Zdziwiło mnie bo nawet nie było żadnych przebiśniegów czy krokusików, które często o tej porze roku są. Ponieważ co roku tradycją naszą stało się podziwianie kwitnących magnolii, przyjrzeliśmy się tymże. Na razie małe pączuszki są, ale już są. Ciekawe, kiedy rozkwitną na całego. Sprawdziłam, okazuje się, że na blogu regularnie o nich piszę (zawsze się śmieję, że tak, jak Japończycy mają swoją sakurę to moją i P. jest właśnie wybywanie i podziwianie kwitnących magnolii w Ogrodzie Botanicznym chociaż nie tylko tam) i widzę, że na ogół pisałam o nich w połowie kwietnia mniej więcej. Trzeba będzie pilnować magnolii, bo bardzo chcę je obejrzeć i zachwycić się ich zapachem. 
Mam nadzieję, że i Wy mieliście przyjemny weekend. 

pomysł…

…zmiany adresu korespondencyjnego na adres do mojej Mamy okazał się bardzo trafiony. Dobra, mogę powiedzieć, że tu poczta ze mną wygrała, bo po prostu nie jest tak jak być powinno i jak widać, nic się nie zmieni. Ale i tak to ja czuję się wygraną, bo teraz odkąd listy, kartki i przesyłki do mnie idą do Mamy, mam wszystko. U Mamy dodatkowo jest bardzo sympatyczna pani listonosz, stała, a nie jak u nas, co kwartał ktoś nowy, więc przesyłki trafiają bez problemu. Odbieram sobie raz na tydzień, czasem na coś muszę poczekać, trudno się mówi. Lepsze to, niż nie dostawanie połowy przesyłek, jak to bywało, że w tych najbardziej zabałaganionych pocztowych czasach tu bywało. I tak wreszcie na Urodziny otrzymałam wszystko, co miałam dostać, za wszystkie dowody pamięci raz jeszcze Wam dziękuję. 
Tak sobie tylko myślę, że nie każdy ma możliwość takiej zmiany adresu, ciekawe, co robić mają wtedy ludzie, którzy jednak jakąś korespondencję otrzymują. Nie wspomnę, że podatek gruntowy, który ma być opłacony do 15 marca, dotarł do mnie poleconym trzynastego. Specjalnie na blankiecie zapisałam datę podpisując, niech UD też ma świadomość, jak poczty w różnych dzielnicach (bo to za spadkową część otrzymałam, więc nie z mojej dzielnicy) działają. Pytanie, czy ktoś to u nich sprawdza, to inna sprawa. 

Weekend zapowiadają śliczny i słoneczny, to dobrze. 
Zaczęłam czytać kryminał Kathy Reichs , „Z krwi i kości”, najnowszy jej na naszym rynku, ale wiem, że na weekend przerwę lekturę (chociaż jak na razie zapowiada się interesująco) i zacznę coś, na co czekałam, czyli drugą część „Japońskiego codziennika”. Wiem, ze ta część nie będzie tak beztroska, (chociaż i w tamtej poruszane były nie zawsze przecież łatwe tematy) ale ta zdeterminowana zostanie zapewne przez przedstawienie tam, w Japonii, sytuacji po ogromnym trzęsieniu ziemi i fali tsunami, które wyrządziły tam tak wiele szkód. Pojawienie się drugiej części „Japońskiego codziennika” zbiegło się z pierwszą rocznicą katastrofy.

Życzę Wam miłego weekendu wypełnionymi przyjemnymi chwilami i spędzonego tak, jak sobie tego życzycie. 

„Broniewski. Miłość, wódka, polityka”. Mariusz Urbanek.

Broniewski

 

Wydana w Wydawnictwie Iskry. Warszawa (2011).

O tej biografii usłyszałam czas jakiś temu w Jedynce. Polecała tę książkę Dorota Koman, która w słuchanej przeze mnie audycji książki rozmaite poleca. Nie wiem, co wtedy spowodowało, że ta książka wtedy weszła do mojej głowy i wyjść nie mogła. Nie, nie mogę napisać, że nie wiem, oczywiście, że wiem. To jedno zdanie, które wtedy powiedziała, a które, przyznaję się, poruszyło wtedy ogromnie, czyli wspomnienie faktu tragicznej śmierci córki i jego rozpacz po tym, co się stało. I nagle postać Broniewskiego, którą faktem jest, po 89 roku właściwie wymazano z podręczników szkolnych a która patronowała ulicy, przy której mieszkałam tyle lat mojego życia nabrała innego znaczenia. Połączyło mnie z nim coś, co zrozumieć mogą właśnie tylko ci, którzy przez to piekło przeszli. Przechodzą. 
I nie mogła mi do tego stopnia wyjść z głowy, że postanowiłam ją przeczytać i…jestem z tego bardzo zadowolona.  

Od razu zaznaczam, książka jest dość obszerna. Nie powinno to dziwić, wszak jest to biografia, w dodatku postaci na pewno nietuzinkowej i niebanalnej, oryginalnej i tragicznej. 
Co jest jej ogromnym plusem i to chcę zaznaczyć na początku, autor uniknął tego co wcale nie jest takie łatwe do uniknięcia. Czyli udało mu się nie popełnić na temat poety hagiografii, jak ja to nazywam, ale również nie wylał na postać kubła pomyj. Zachował obiektywizm, co cieszy przy czytaniu biografii. Niech każdy czytający na jej podstawie wyrobi sobie swoją własną opinię.

Książka mimo, że dzieli się na dwadzieścia trzy rozdziały zdaje się mieć dwie główne części. Pierwsza przedwojenna, która, nie ukrywam, mnie jakoś specjalnie nie pociągała, ale rozumiem jak najbardziej to, że trudno było w przypadku tego człowieka ją pominąć, dotycząca czasów od narodzin Broniewskiego do czasów przed II WŚ, i druga, obejmująca zarówno czas II WŚ jak i powojenny, która jest o wiele bardziej osobista i mnie wciągnęła bardziej. Ta pierwsza opowiada o kształtowaniu się postawy lewicującej Broniewskiego, jest bardzo skrupulatnie napisana, bardzo szczegółowo, nie wiem, czy aż taka była potrzeba, być może, nie chcę negować.

Druga część, jak mówię, opowiada o innym okresie życia Broniewskiego. Być może mniejsza ilość polityki a przynajmniej nie w takim natężeniu wynikała też z jakiejś formy wypalenia się samego poety, nie wiem. Jednak bardziej interesowało mnie właśnie jego życie osobiste, tu potraktowane w sposób nie sensacyjny, co uważam za wielką zaletę jednak o czym wspominałam, bez tworzenia z niego postaci bez skazy.

I to w tej części mowa będzie o Ance, o jego wielkiej miłości do córki, o tragedii, jaka go spotkała czyli fakcie jej tragicznej śmierci, jak również jest wywiad z adoptowaną przez Broniewskiego córką drugiej żony, Marii Zarębińskiej, czyli panią Marią Broniewską-Pijanowską.

Cieszy mnie, że Mariusz Urbanek nie pokusił się o tworzeniu kolejnego mitu czy pomnika na temat Władysława Broniewskiego a napisał po prostu pierwszą chyba na naszym rynku rzetelną biografię poety. Tych pomników, które potem strącano zbudowano poecie za wiele, autorowi udało się po prostu napisać o interesującym człowieku, mającym trzy żony i wiele kochanek, mającym dwie córki, jedną rodzoną a drugą adoptowaną, osieroconym ojcu, człowieku niszczonym przez własne demony, uwikłanego w losy historii Polski, do której jednak wrócił po wojnie, niszczonego przez nałóg alkoholizmu, który zaczął się u Broniewskiego bardzo wcześnie i który na pewno wpłynął na to, że żył tak krótko.  Autor uniknął jednak tworzenia taniej sensacji jak i nie nałożył mu na głowę lauru. Opisał człowieka oryginalnego i jak podkreślam, postać tragiczną. 
I chociaż pewnie wiele nas dzieli, chociażby poglądy polityczne, na wiele tematów z pewnością mogłabym z poetą porozmawiać.

W jednym z ostatnich rozdziałów Urbanek opisuje zjawisko, które faktycznie miało miejsce po roku 1989, czyli wymazywaniu poezji Władysława Broniewskiego z książek szkolnych i nie tylko. Dopiero niedawno również pod redakcją Mariusza Urbanka, ukazał się najnowszy wybór wierszy poety, również w Wydawnictwie Iskry. 
Moja refleksja na temat postaci Broniewskiego była taka, że był to pechowiec, którego wciąż cenzurowano i którego jak mało kogo zaplątano w losy historii, pewnie poniekąd na własne życzenie chociaż nie jestem pewna czy przewidział do końca rozwój sytuacji i konsekwencje.
Za czasów Drugiej Wojny Światowej cenzurowali jego poezję Anglicy już prowadząc rozmowy z ZSRR na temat przeróżne (Teheran), po wojnie wymazywano mu legionową i Andersowską przeszłość bo to również wtedy nie pasowało do pomnika autora chwalącego w swoim wierszu Stalina. Nieszczęśnik, którego na potrzeby własne zużytkowano wciskając go w polityczne zawirowania kraju, do którego jednak wrócił powodowany miłością do drugiej żony i pewnie jednak tęsknotą za krajem. 

Jest też rozdział opowiadający o jednym z najciemniejszych rozdziałów w życiu Broniewskiego czyli jego zaraz po śmierci Anki pobycie w szpitalu psychiatrycznym w Kościanie. Trafił tam z pewnością wbrew własnej woli, mimo, że nawet adoptowana córka twierdzi, że jednak nie do końca było tak, jak twierdzi wielu, w tym sam Broniewski i jego trzecia żona Wanda. A jednak sporo osób, w tym pracujący po latach w tamtej placówce lekarz psychiatra, potwierdza, że Broniewski był tam nie tyle pacjentem co więźniem. Czy komuś się zbyt nawinął? Czy dawna wizytówka władzy komunistycznej tak chętnie przez nią wykorzystywana, która na skutek alkoholizmu coraz bardziej traciła nad sobą kontrolę stawała się dla kogoś zbyt wielką przeszkodą? Prawdą jest, że po tym pobycie nie wrócił już do formy poetyckiej i sądzę, że przyspieszyło to poniekąd rozwój choroby, na którą zmarł. 

Śmierć córki zbliżyła go ponownie do pierwszej żony, matki Anki właśnie, Janiny. Nie ukrywam, że ten fragment, o życiu po śmierci córki Anki, przeżyłam najbardziej. Przy ostatnich słowach rozdziału, w którym mowa o tym, że jego pragnieniem niestety niespełnionym było spoczęcie w jednym grobie z córką, pojawiły się łzy. Nie sposób nie wzruszyć się czytając jego wiersz, w którym on, tak odcinający się od wiary, martwi się czy Ance nie jest zimno w tej jesionowej trumnie…
Muszę przyznać, że bardzo chciałabym posiadać tomik wierszy napisanych po śmierci córki Broniewskiego, zatytułowany Anka, wiersze, które powstały w ciągu jednego roku podobno bez korekt, pisane z serca, mówiące dokładnie to, co poeta odczuwał. Na razie jednak pewnie wznowień tego tomu nie będzie.

Nie może mi ta odkryta przeze mnie na nowo postać poety wyjść z głowy, zaczęło się właśnie wtedy kiedy pierwszy raz usłyszałam o biografii i trwa dalej. Myślę, że tak musi z jakichś przyczyn być. Być może mam ja odkryć go sobie osobiście, dla siebie samej. Co czynię. W internecie można znaleźć jego wiersze. Te pisane o Polsce i te treny poświęcone Ance…Czytam i wzruszam się, przeżywam. Mam możliwość wyboru i wybieram te, które mnie poruszają.

Zainteresowani biografią Władysława Broniewskiego nie powinni czuć się zawiedzeni tą książką. Ja chcę w niej skrytykować właściwie jedno a mianowicie to, że zdjęcia, których w książce niemało, są niepodpisane bezpośrednio przy fotografiach a dopiero na końcu książki. Dla mnie jako czytelnika, wygodniej było by móc czytać opis podczas oglądania fotografii w czasie lektury.

Moja ocena to 5.5 / 6. 

Jeszcze krótki dopisek. Polecam film „Errata do biografii: Władysław Broniewski”. Można go obejrzeć w internecie. Stanowi uzupełnienie do książki bądź początek przygody z Broniewskim dla tych, którzy chcą poznać tę postać.

I jeszcze ciekawa strona, którą znalazłam w internecie:

http://www.broniewski.pl/