
Wydana w Wydawnictwie MUZA S.A. Warszawa (2011).
Przełożyła Joanna Polachowska.
Tytuł oryginału Une forme de vie.
Kiedy myślę, megaloman czy mitoman od razu przed moimi oczami pojawia się postać Amelie Nothomb. I Wiecie co? Jest to chyba jedyna megalomanka, u której mi ta jej cecha kompletnie nie przeszkadza. Ba, jest to jak dla mnie jej cecha rozpoznawcza i nie życzę sobie aby Amelie Nothomb to u siebie zmieniała. Nie nie i jeszcze raz nie! Nawet jeśli , co podejrzewam, niestety, jest to tylko dobrze sprzedający się kostium (podobnie jak oryginalne nakrycie głowy, w którym zawsze autorka jest fotografowana i widywana przez Czarę na paryskich ulicach o w tym wpisie!).
Uwielbiam jej język, to ironiczne poczucie humoru, sarkazm, który nazwałabym raczej sarkaźmikiem.
Książki Amelie Nothomb właściwie również można by tytułować ze zdrobnieniem, jako książeczki, są one bowiem niewielkie objętościowo. Za każdym jednak razem miłym zaskoczeniem jest fakt, że w tak niewielkiej objętościowo książce zawiera się tyle interesujących pomysłów i rozwiązań.
„Pewna forma życia” to opowieść o korespondencji. I nie tylko. Ale ja akurat ten aspekt książki wyłapałam dla siebie najintensywniej i on mnie właśnie najbardziej zainteresował. Kontakty poprzez listy czy emaile to jest to co sama lubię i czynię.
Akcja książki zaczyna się w chwili, kiedy Amelie Nothomb otrzymuje list od swojego czytelnika. Jest nim, co ją nieco zaskakuje amerykański żołnierz stacjonujący w Iraku. Żołnierz, który cierpi na pewną przypadłość, jaką jest spowodowana konkretną sytuacją bulimia i wynikająca z niej otyłość.
Początkowo autorka nie bardzo ma ochotę nawiązywać korespondencję z tym czytelnikiem, po pewnym czasie jednak ciekawość bierze górę i zaczyna się intensywna wędrówka listów pomiędzy Paryżem a Irakiem.
Nie chcę za wiele zdradzać z tej oryginalnej korespondencji, z tego, jak opisywał swój problem żołnierz. Jest to naprawdę frapujące i ciekawe.
Jak jednak wspomniałam na początku dla mnie niezwykle istotne stały się uwagi Amelie Nothomb na temat samej korespondencji. I nie miała ona na myśli tylko tej z nowo poznanym fanem jej książek.
Jak stwierdza bowiem „Rzadkością są osoby, których towarzystwo sprawia mi większą przyjemność niż listy od nich-pod warunkiem naturalnie, że posiadają minimum talentu epistolarnego”.
i dalej:
„Nieraz już słyszałam: „Nie lubi pani ludzi takich, jakimi naprawdę są”. Protestuję : niby dlaczego jednostki siłą rzeczy miałyby być bardziej autentyczne w bezpośrednim zetknięciu? Dlaczego ich prawda miałaby nie ujawniać się pełniej, lub po prostu inacze, w korespondencji? Jedno jest pewne : wszystko zależy od ludzi. Są tacy, którzy zyskują w bezpośrednim kontakcie, i inni, którzy zyskują w czasie lektury”.
I kolejna interesująca mnie myśl:
„Jednak mam wrodzoną skłonność do unikania spotkań, nie tyle z ostrożności, ile z powodu, który tak subtelnie został wyrażony w przedmowie Prousta : lektura umożliwia poznanie drugiego człowieka, pozwalając jednocześnie zachować tę głębię, jaką ma się wyłącznie wtedy, kiedy jest się samemu”.
Niezwykle silnie do mnie przemówiły cytowane fragmenty. Niezwykle, bo ile razy sama miałam takie właśnie osobiste przemyślenia na temat korespondencji jak również tego, że bardzo często znajomość nie powinna wykraczać poza ramy jedynie znajomości listownej czy emailowej. Najprawdopodobniej jednak niewiele osób zgadza się z taką teorią.
Dużo myśli pojawiło się w głowie po tej lekturze. Bo i właśnie pytanie o samą korespondencję, na jaki wiele w niej można sobie pozwolić? Czy warto prowadzić ją z każdym kto się do nas odezwie? Czy grzechem a może dbaniem o własne samopoczucie jest urwanie tejże, jeśli czujemy, że nie jest miło z kimś pisać.
I wreszcie coś zupełnie innego. A pisałam o tym całkiem niedawno, tak się złożyło z Tani, pewnie nie będzie pamiętać, a mianowicie, jak jest z tworzeniem podczas korespondencyjnego kontaktu naszego obrazu. Czy my pisząc z kimś tworzymy jakiś swój obraz, który prezentujemy tej osobie? Czy jest on inny w zależności od tego z kim piszemy? Na ile ta kreacja wynika ze świadomości a na ile jest podświadoma? I odwrotnie, czy nasz korespondent nie tworzy sobie sam jakiegoś naszego obrazu w swojej głowie? Tak właśnie zapewne jest stąd nie sądzę abym się myliła, tyle nieudanych spotkań już w rzeczywistości, kiedy dwie do tej pory piszące jedynie do siebie osoby spotykają się. A wraz z nimi spotykają się zapewne obustronne wykreowane obrazy i oczekiwania względem korespondenta. Stąd już naprawdę niedaleko do uczucia zawodu. Chociaż czasem na pewno i zachwytu.
I jak zwykle mówię, niby niewielka książeczka, którą czyta się szybko a ile podczas lektury rozważań i myśli. To właśnie w prozie Amelie Nothomb lubię. I dlatego z taką niecierpliwością czekam na każdą jej kolejną książkę.
Moja ocena to 5 / 6.
