„Christmas”, Michael Buble.

Buble

 

Postanowiłam napisać parę słów na temat płyty „Christmas” Michaela Buble, którą się zachwyciłam. Muszę powiedzieć, że na ogół nie zwracam uwagi na te świąteczne płyty pojawiające się na rynku, aczkolwiek nie zawsze, czasem któraś mnie skusi a już na pewno kiedy usłyszałam, że Buble wyśpiewał swoje świąteczne piosenki z pewnością dość sugestywnie to okazałam, skoro Mikołaj podrzucił mi ją jako prezent. Słucham jej sobie od 6 grudnia, doszłam bowiem do wniosku, że kiedy mam jej słuchać jak nie teraz? I muszę przyznać, że po raz kolejny Michael Buble zachwycił mnie. Jest to jak się zastanowię, praktycznie jedyny mężczyzna, którego lubię słuchać.

Płyta mnie ogromnie zachwyciła i naprawdę bardzo się z niej cieszę. Nie chcę bawić się w krytyka muzycznego, bo nim nie jestem, więc napiszę po prostu parę słów na jej temat. Oto więc Michael Buble postanowił przedstawić nam swoje wersje najbardziej popularnych i co tu dużo kryć lubianych anglojęzycznych piosenek okołoświątecznych, jak ja to nazywam. Mamy i „Jingle Bells” wyśpiewane fantastycznie wraz z chórkiem Puppini Sisters (ach, KONIECZNIE wyszukajcie sobie ich zdjęcia w internecie;), mamy duet „White Christmas” wyśpiewany z Shanią Twain, mamy też duet z Thalią, meksykańską piosenkarką, z którą Buble śpiewa „Feliz Navidad” (po jej słuchaniu umiem już złożyć życzenia Świąteczne i Noworoczne tym, których rodzimym językiem jest język hiszpański;). 
Jest też także „Silent Night” wraz z dziecięcym chórem, przy której niestety, cały czas łzawią mi oczy i bardzo podniosła „Ave Maria”…
Jest zupełnie nowa i bardzo przyjemna interpretacja „All I want for Christmas is you” (przyzwyczaiłam się do wykonania Mariah Carey a tu coś nowego, świeżego i bardzo ładnego).

Cała płyta utrzymana jest w klimatach jazzowych (swingowych) i naprawdę wprowadza w miły relaksujący nastrój a mnie z pewnością pomaga w moich ostatnich niefajnych nastrojach. 
Szczerze napiszę, jestem nią dosłownie zachwycona. Praktycznie każdy utwór mi się podoba, ale jeśli już musiałabym napisać, które podobają się tak naj naj to jest to „Have yourself a Merry little Christmas”, „Santa Claus is coming to town”, „Baby please come home” i „Cold december night”.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Zajazd „Jerozolima” „. Martha Grimes.

zajazd Jerozolima

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2011).
Przełożył Grzegorz Sowula.
Tytuł oryginału Jerusalem Inn.

„Zajazd „Jerozolima” ” to kolejna opowieść o inspektorze Jury i jego pomocniku, Melrose Plancie, który to zrzekł się tytułu szlacheckiego czym wpędził w nerwicę swoją arcydenerwującą cioteczkę Agathę. Drogi Jury i Planta kolejny już raz splotą się przy okazji zbrodni popełnionej na angielskiej prowincji. 

Tym razem akcja rozpoczyna się parę dni przed Świętami Bożego Narodzenia gdy Jury poznaje podczas odwiedzin na miejscowym cmentarzu pewną sympatyczną kobietę, Helen Minton. Niby niedługa rozmowa, uzupełniona odwiedzinami u kobiety a jednak Jury żegna się z nią z cieniem nadziei, że jeszcze się spotkają. Nie jest im to dane, następnego dnia bowiem dowiaduje się o śmierci nowej znajomej. Śmierci, która jak się szybko okaże słusznie, wydaje się inspektorowi dość podejrzana.

Spytacie kiedy splotą się po raz kolejny ścieżki Jury i Melrose Planta? Niebawem gdyż Plant wraz ze znajomą Vivian i swoją denerwującą ciotką Agathą ma spędzać Święta w dawnym opactwie, przerobionym na posiadłość angielskiej arystokracji. Szybko dowiadujemy się, iż jednym z gości zaproszonych do celebrowania Świąt Bożego Narodzenia w tejże posiadłości jest malarz, kuzyn zamordowanej Helen, z którym to inspektor chce się spotkać.

Dalej jest bardzo w stylu i klimacie kryminałów Agathy Christie, bowiem w owej wielkiej wiejskiej posiadłości zostaje niejako odciętych od świata przez padający i zasypujący wszystko śnieg kilkanaście osób, zupełnie różnych.

Jest więc stara posiadłość, smakowite jedzenie, sporo alkoholu, zbyt dużo sekretów, co nie zaskakuje specjalnie, wiele namiętności, co również nie jest zbytnio nowe, ale mimo to całość jak najbardziej przyjemna do czytania i akurat jako lektura przed Świętami dla tych, którzy lubią kryminały Marthy Grimes. 
Atmosfera przedświąteczna sprzyja wymyślaniu kolejnych atrakcji (w końcu ile można siedzieć przy kominku sącząc kolejnego drinka i prowadzić nic nie znaczące rozmowy?) i oto pewnego wieczoru pada z czyjejś strony uwaga, że brakuje jedynie morderstwa. Można by powiedzieć, że jakiś tajemniczy chochlik wysłuchuje owego życzenia, bowiem zbrodnia zdarzy się dość szybko od jego wypowiedzenia. 

Dalej, jak się domyślamy, nastąpi właśnie ponowne spotkanie inspektora Jury i Melrose Planta, które oczywiście zaowocuje rozwiązaniem zbrodni, tym razem z pewnym zaskoczeniem, ale nie chcę nic więcej pisać.

Moja ocena to 5 / 6.