„Ostatnie fado”. Iwona Słabuszewska-Krauze.

Ostatnie fado

 

Wydana w Wydawnictwie Otwarte. Kraków (2011).

Książkę tę zakupiłam właściwie „w ciemno” kiedy polecił mi ją ktoś, kto wie, jak fascynuje mnie Lizbona. Zaczęłam czytać w maju, ale to był straszny czas i książka została rzucona w kąt bardzo szybko po czym nastąpiła przerwa od książek w ogóle na dłuższy czas. Potem do książek wróciłam, ale ta wciąż leżała i czekała na swoją kolej. Nie ukrywam, nawet trochę pożałowałam, że ją kupiłam, jako, że zaczęłam się obawiac, że będzie to książka o miłości jak to sugerowano na okładce. Nie chcę tu krytykować tych, którzy lubią taką literaturę, ja akurat nie przepadam i jak się tak zastanawiam, to o wielkich miłościach potrafię czytać jedynie w wybranym towarzystwie latynoskim, czyli Marqueza lub Llosy. A tak, to sami wiecie, że książek o romansach czy wielkich miłościach nie czytam bo mnie na ogół nużą. Nie lubię jednak tego uczucia, kiedy książka leży zaczęta na półce i niemal patrzy na mnie w wyrzutem.

Dałam jej więc drugą szansę i okazało się to bardzo dobrym pomysłem.Owszem, jest w tej książce wątek miłości, ale…nie tylko tej między ludźmi a przede wszystkim, co mnie właśnie zachwyciło, jest miłość do miasta i do fado właśnie. 

Owo tytułowe „Ostatnie fado” to podsumowanie czyjegoś życia, jakby ostatnie fado wyśpiewane na scenie w świetle reflektorów, kiedy ponownie można zrzucić z siebie maskę , którą nosi się na co dzień i wyrzucić z siebie emocje, namiętności, wręcz porywczość drzemiącą w człowieku.
Nie tak dawno właśnie kiedy pisałam o tym, że fado zostało wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości ktoś z Was spytał mnie czym tak naprawdę jest fado. Pomimo, że odkąd byłam w Lizbonie pokochałam ten gatunek muzyki, nie umiem jasno zdefiniować, czym jest ten gatunek muzyki. W „Ostatnim fado” autorce udaje się w piękny sposób sformułować definicję tegoż. Padną w niej między innymi słowa „Kto nie zna fado, nie zna życia!” i muszę powiedzieć, że właściwie mogę się pod tymi słowami podpisać.
Trudno jest mi tak naprawdę określić, kto tak naprawdę jest głównym bohaterem tej książki. Czy Alicja, która wybiera się do Lizbony pod wpływem impulsu aby osobiscie oddać list od swego kuzyna, który prosił ją o wysyłkę tegoż do tajemniczej kobiety Rosy mieszkającej w Lizbonie właśnie? Czy może tajemnicza Rosa? A może Teresa, którą szukając Rosę Alicja w Lizbonie pozna? Może dla odmiany głównym bohaterem jest fado, gatunek muzyki przepełniony namiętnością, emocjami jak mało który? A może sama Lizbona? Może Fernando Pessoa, którego fragmenty życia również poznajemy w książce? A może nie ma tam jednego głównego bohatera, może i ludzie i muzyka i miasto są równorzędnymi postaciami, o których snuje się opowieść…

Alicja trafia do miasta niemal na krańcu Europy i poznaje je dopiero na miejscu, tak więc stanowi ono dla niej jedną wielką tajemnicę. Zaopatrzona w niezwykły przewodnik sprzed osiemdziesięciu niemal lat, którym są zapiski Fernando Pessoa na temat Lizbony jego czasów wędruje po mieście, patrzy na nie jego oczami, odwiedza miejsca, które odwiedzał on sam ale również te, które zostają jej polecone w czasie pobytu w stolicy Portugalii. Oczywiście nie zapomina o swoim głównym celu czyli odszukaniu Rosy, o której dość szybko dowiaduje się, że była ona znaną swego czasu fadistą, jednak nie jest to takie łatwe, jak początkowo mogło by się jej wydawać. Po drodze Alicja przestaje odczuwać presję odnalezienia Rosy, poddaje się natomiast rytmowi miasta, jego życiu, wtapia się w nie i odkrywa tajemnice nie tylko samego miasta jak i również napotkanych po drodze osób, w tym również swojego własnego kuzyna. Dużo tak, jak wspomniałam na temat samego fado, jego siły i mocy ale także o tym, jak można fado utracić. 

Podoba mi się opis tego gatunku muzyki poprzez opinie osób, o których jest książka, przez to, co same czują na jego temat, z przyjamnością czytałam to, co sama jakoś intuicyjnie do tej pory na temat fado odczuwałam. Na przykład czytać tam możemy, że „Senhora na pewno nie wie, że fado, jakim go wyśpiewasz, takim wraca do ciebie”.
Albo też „Fado jest piękne. Tęskne jak saudade, namiętne jak uczucie, smętne jak…życie. To muzyka ulicy. Prawdziwa, bo zrodzona z wrażliwych serc.(…) Ach, fado nie da się wytłumaczyć ani opisać, fado się czuje.”
I, co się sprawdziło w moim przypadku w stu procentach „Kto usłyszy fado, już zawsze będzie je kochał. (…) Głębokie uczucia, fatalizm, tajemniczość ubrane w słowa poruszały serca”.
I jeszcze „Ten, kto śpiewa fado, całym sobą musi oddać się tej muzyce. Całą swoją tęsknotę, wszystkie swoje uczucia i myśli, wszystkie wspomnienia…Musi podzielić się z fado tym wszystkim, co go boli, co cieszy lub smuci, co go do głębi porusza. Tak jak dzieli się życie z ukochaną osobą. Fado jest jak zaborczy kochanek”.

Tak, po tym wszystkim, co napisałam coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że bohaterem tej książki tak naprawdę jest własnie fado, ta niezwykła poruszająca serca muzyka, wyrywająca z głębi serca to wszystko, co wydawało nam się, że już dawno zostało tam pogrzebane, aby nigdy nie ujrzeć światła dziennego. 
I tak, jak fadista wychodzi na przyciemnioną scenę aby ubrana w czarną suknię, z czarnym szalem narzuconym na ramiona, przystrojona w piękną biżuterię i śpiewa nam opowieść o życiu, o tym, co się w nim zyskuje ale i co często traci, o tym, co się kocha i za czym się tęskni, co mamy a czego nam brak, tak w tej książce opowieść pewnej kobiety zdaje się być takim właśnie ostatnim wyśpiewanym przez nią fado. 
Muszę powiedzieć, że bardzo mi się ta książka podobała i w rezultacie bardzo dobrze się stało, że do niej powróciłam po pół roku.

Moja ocena książki to 5 / 6.