…osobiście miało być po książce „Japoński codziennik. Część pierwsza” Aleksandry Watanuki i będzie tu właśnie. Po pierwsze, dopiero w druku jakoś odczułam, że autorka najprawdopodobniej ma wiele ze mną wspólnego. Postrzegania świata, ludzi, podejścia do niego. Pewnie gdyby tak nie było, nie czytałabym Jej blogu aczkolwiek wcale nie jest to takie oczywiste bowiem na liście blogów mam wiele takich, które opisują życie zupełnie inne niż moje, postawy skrajnie różne od moich itd itp a mimo to chętnie je czytam czy zaglądam do autorów piszących.
Widzę jednak, że polponka ma bardzo podobne podejście do blogowania, jak ja. Na wiele spraw patrzy podobnie.
Podczas lektury tej książki odczułam ogromne emocje, naprawdę…Dawno coś tak mnie osobiście nie poruszyło. Czy to jakaś warstwa tej książki czy tak się po prostu stało, że ta książka trafiła na dany czas i emocje, w każdym razie poruszyła jakieś dawno nie ruszane struny w duszy…Myślę, że jednak poniekąd wyszło to przypadkiem.
Jestem człowiekiem wspomnień. Jak niektórzy sięgają do szkatułki z biżuterią aby wyjąć jakiś szczególnie piękny klejnot, tak ja sięgam do pamięci, z której wyjmuję jakieś wspomnienia. Nie zawsze są one, niestety piękne, ale to już inna sprawa, staram się jednak dbać i pielęgnować właśnie te dobre, piękne.
Czytając książkę przypomniałam sobie blog, czasy, kiedy czytałam blog autorki codziennie i właśnie Jej oczami poznawałam japońską codzienność. Nie tak dawno to przecież się działo a jednak pomiędzy początkiem zapisków (wraz z komentarzami w tym moimi) w moim życiu zdarzyło się tyle, że czytałam to niemal jak zapiski nie sprzed lat dwóch ale co najmniej pięciu, jeśli nie więcej……..
Aleksandra Watanuki pisze w swojej książce „W każdym języku są słowa, które idealnie oddają istotę jakiegoś stanu. Słowa, które bardzo trudno jest przetłumaczyć, ale kiedy się je pozna, nie można uwierzyć, że dotychczas udało się jakoś bez nich obyć”. To prawda! Dla mnie takim słowem jest portugalskie „saudade”, ja jestem saudade…Podczas lektury tej książki cały czas miałam właśnie takie swoje prywatne saudade. Nostalgia targała mną silnie. Ogromnie mnie poruszyły te strony… Niby to tylko dwa lata a wydawało mi się, że tak dawno…Pamiętałam dokładnie, czego dotyczyły moje wpisy u autorki, które zostały wykorzystane w książce, co wtedy działo się w moim życiu, co mnie cieszyło bądź co akurat wtedy smuciło. Wiele wpisów jakże aktualnych, na przykład ten o zmianie płci czy o narastającej agresji w internecie, a raczej agresji uczestników rozmaitych form aktywności internetowej czy to na forach czy to na blogach.
Przypomniałam więc sobie dzięki tej książce i samo czytanie bloga Aleksandry i tamtych współczytaczy jak to nazywam sobie na użytek własny. Przypomniały się tamtejsze emocje i pojawił się żal za tym co przeszło, nie wróci, co nie było takie złe (chociaż czy wtedy o tym się wiedziało? ano nie zapewne)…
Autorka blogu pisze zarówno o kraju, w którym żyje, jak i o otaczających ją ludziach ciepło i niejako z czułością, to też przypomniało miłą atmosferę panującą na Jej blogu, atmosferę miejsca, gdzie jak w przytulnym gościnnym domu zawsze zostało się przywitanym, poczęstowanym dobrą herbatą i ciepłym słowem…..
Właściwie na swój sposób blog jak i książka stanowi nie tylko o Japonii, a o życiu. To taki przepis na dobre , szczęśliwe życie. Jak sama się domyślam, autorka wciąż sama szuka na to recepty, jak kilka razy sama pisała w odniesieniu do innych spraw, ale poniekąd sama wystawia swoim czytelnikom receptę na bycie lepszym po prostu bycie lepszym człowiekiem, na cieszenie się życiem. Nie ma tam zbędnego intelektualizowania, żadnej wyolbrzymionej filozofii. Ale jest to „coś” za czym ogromnie zatęskniłam i do czego bardzo chciałabym wrócić, mam nadzieję, że polponka wróci do nas ze swoim blogowaniem. Przy okazji wiele wspomnień dotyczących również blogujących u Niej osób, znajome nicki, które gdzieś tam po drodze poznikały…jak zwykle, trochę za wiele melancholii i tęsknoty.
Jak pisałam, to po trochu tez i o samym blogowaniu, o zaskoczeniach, jak pisanie blogu niesie ze sobą i te miłe elementy i te bardzo nieprzyjemne. Ja wiem, wiem każdy z nas pisząc blog ma obrazy w oczach innych. Ci inni je sobie tworzą, pewnie tak samo, jak ja tworzę sobie te obrazy innych. I zdaję sobie sprawę,że te obrazy są najczęściej mijające się albo dość dalekie od prawdy. Nie dlatego, że pisząc blog kłamiemy, chociaż oczywiście, że są osoby tworzące urojone fikcyjne rzeczywistości, jednak mówię tu o normalnych jednostkach, które piszą po prostu dla siebie , chcąc się wypisać. Po prostu pisząc nie mamy ani obowiązku ani chęci pisać o wszystkim i wykładać przysłowiową kawę na ławę. I pewnie stąd i różne oczekiwania i tak różne zdania na nasz temat różnych osób, które tak naprawdę nas nie znają przecież…Ja sama w przeciągu paru zaledwie dni przeczytałam o sobie dwie tak zupełnie skrajne, wykluczające zdawało by się opinie a przecież dwie różne osoby myślą tak o jednej. Kiedyś być może bardziej bym to przeżywała, teraz wiem, że taka to kolej rzeczy, kiedy w jakiś sposób utrzymujemy kontakty chociażby tylko te na piśmie…
Wokół autorki zdaje się być dużo ludzi, życzliwych Jej. Tak mi się przynajmniej wydaje po lekturze zarówno blogu jak i książki.
Na koniec cytaty, który ogromnie mnie poruszyły:
„W świecie rozbitym na kilka kawałków da się żyć. Trzeba tylko uważać aby przeskakując z jednego na drugi, nie poranić się o ostre krawędzie. I aby nie przechylić się za mocno i nie wpaść w przepaść między nimi”.
„Żeby tak można było łyknąć tabletkę od tęsknienia, tak jak się łyka proszek od bólu głowy”.
I ostatni, poruszający ogromnie, który sprawia, że chciałabym sama móc coś takiego kiedyś o sobie napisać, jak również wszystkim życzliwym duszom stanu takiego życzyć bym życzyła:
„Więc jestem niektórym potrzebna. Więc niektórym podoba się to, co robię. Więc niektórzy akceptują mnie taką, jaką jestem, nawet jeżeli ja sama mam co do siebie spore wątpliwości…Więc nie zostanę kiedyś całkiem sama, nawet jeśli uparcie będę sobą…”.

