
Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2011).
Przełożyła Inga Sawicka.
Tytuł oryginału Fyrvaktaren.
Nie jest to według mnie najlepsza książka Camilli Lackberg pod kątem intrygi kryminalnej (nie pomaga, że pewnych spraw domyśliłam się jednak chyba za szybko, naprawdę nie sądzę aby było to intencją autorki), za to muszę powiedzieć, że cenię ją za bardzo dobry opis żałoby i tego, co czuje się po śmierci dziecka.
Są takie kryminały, które niby to kryminałami będąc są w zasadzie czymś zupełnie innym, studium na temat. Taką opowieścią, studium o żałobie była książka Johana Theorina „Nocna zamieć”, o której pisałam tu.
„Latarnik” rozpoczyna się nielekko, bo od pogrzebu nienarodzonego dziecka. Synek siostry głównej bohaterki umiera na skutek wypadku samochodowego, w którym brała udział Anna, siostra Eriki. Nie ma więc możliwości zachwycania się słodkim dzidziusiem, na którego czekali zarówno rodzice jak i rodzeństwo dziecka czy też krewni rodziców. Nie ma na to szansy. Jest śmierć dziecka, jest ból, żałość i smutek. Jest niepewność tego, co teraz będzie. Jest niepewność bliskich jak wobec osieroconych rodziców się zachować. Czy pomagać niejako na siłę czy dać im samym uporać się z sytuacją? Jest to straszne poczucie nierealności tego co się wydarzyło (dzieci przecież nie umierają) jak również niemal fizyczny ból tego, co się stało, świadomość, że tak, przeżyło się własne dziecko i nic tego nie zmieni, cokolwiek by się zrobiło. Nie ukrywam, że to właśnie ten aspekt „Latarnika” zainteresował mnie najbardziej w tej książce, nie zaś kryminalna warstwa czy inne problemy poruszane w książce.
Pomimo, że wiele osób krytykuje Lackberg, ja uważam, że robi ona kawał niezłej roboty poruszając w swoich książkach tematy ważkie, często spychane na margines. W jednej z poprzednich książek, kiedy Erika stała się mamą po raz pierwszy, odczuła, że nie jest przekonana, że nadaje się do roli matki. W tej części, kiedy Erika rodzi przedwcześnie bliźniaki, dwóch chłopców, jest tak oszołomiona tym, co stało się dziecku jej siostry, tak rozumie straszność tego, co może się zdarzyć w dosłownie ułamku sekundy, tak ją to dotyka, że na rozterki na temat tego, czy rola matki jest rolą jej życia czy też nie, nie ma czasu. Przy odczuwaniu współczucia dla siostry u Eriki jest tak niewyobrażalne poczucie szczęścia, że jej dzieci żyją, że nagle odnajduje się w roli mamy trójki dzieci znakomicie. Oczywiście, że czuje się czasem zmęczona, ma jednak wielkie wsparcie w swoim mężu. O którego też się boi, Patrik bowiem przeszedł atak serca, który oboje ich mocno przestraszył.
W tej książce stratę dziecka przeżyje jeszcze jedna para rodziców. Będzie i inna osierocona matka, która całe życie drżała o swojego syna, która czuła, że kiedyś coś mu się stanie. Której intuicja okazała się silna niewiarygodnie i sama matka niejako przewidziała rozwój wydarzeń.
Jak wspomniałam wcześniej, ważnych spraw domyśliłam się bardzo szybko, co na pewno wpływa na mój odbiór warstwy kryminalnej „Latarnika”.
Akcja książki rozpoczyna się kiedy przerażona kobieta wraz z pięcioletnim synkiem opuszcza dom, w którym szybko orientujemy się, że nic dobrego jej nie spotykało. Ucieka na swoją wyspę, na której spędzała wakacje w dzieciństwie. Wyspa nosi lokalnie nazwę „Wyspa Duchów”. Opowieści głoszą, że kto tam zmarł, ten pozostał na zawsze i podobno obecność duchów jest tam odczuwalna. Czy jest to prawdą czy tylko wymysłem ludzkiej wyobraźni?
Jak zwykle bywa u Lackberg, akcja książki dzieje się niejako dwutorowo w różnym czasie, współczesnym i w roku 1870 i paru następnych latach. W tej części autorka ponownie dotyka spraw, które poruszała już wcześniej, mianowicie problem przemocy wobec kobiet i egzystencji rodzin dotkniętych właśnie taką przemocą. Ja jak jednak wspomniałam, w tej części najbardziej zainteresowana byłam opisem stanu Anny i jej bliskich.
Została zapowiedziana następna książka z cyklu, na którą będę czekać pomimo jej makabrycznego tytułu (szczerze mówiąc już się boję, co może być w tej części) jakim jest „Fabrykantka aniołków”.
Moja ocena tej książki to 4 / 6.
