![]()
Wydana w Wydawnictwie Amber. Warszawa (2009).
Przełożyły Irena Kołodziej. Maria Rei.
Tytuł oryginału Alice I have been.
Podoba mi się oryginalny tytuł książki chociaż ten polski również nie jest zły, jednak chyba wolę kiedy tłumacze pozostają przy tytule zbliżonym do oryginalnego.
Książkę tę dostałam czas dłuższy temu i szczerze mówiąc zupełnie o niej zapomniałam, a być może nie był to „jej” czas. Dopiero zupełnie przypadkowy wątek na forum Książki, na którym wspomniano publikacje dotyczące Alicji w Krainie Czarów przypomniała mi o tej książce wciąż czekającej na swoją kolej na książkowej półce i jak zaczęłam czytać, tak…wsiąkłam w lekturę. Nie wiem, czym było to spowodowane, mam nadzieję, że jej jakością a nie na przykład moim pewnym przesytem kryminałami na przykład, ale wprost nie mogłam się od niej oderwać.
„Alicja w krainie rzeczywistości” nie jest biografią. To barwnie napisana historia na temat, aczkolwiek ta beletrystyka nie jest pozbawiona podstaw biograficznych i odniesień w historii. Jest to jednak beletryzowana opowieść i myślę, że przyjęcie tego sprawi, że z lektury będzie się mieć przyjemność.
Opowiada o Alice Pleasance Liddell, która to uważana jest za pierwowzór bohaterki Alicji w Krainie Czarów.
Mała Alice była jedną z wielu dzieci dziekana w Oxfordzie a jej dzieciństwo i młodość przypadły na rozkwit epoki wiktoriańskiej. Poznajemy przyjaźń rodziny a zwłaszcza dziewczynek z tejże z pewnym wykładowcą matematyki panem Charlesem Dodgsonem, obecnie znanym bardziej pod pseudonimem literackim. Mowa oczywiście o Lewisie Carrollu.
Jako jeden z nielicznych ma on czas i chęć na spędzanie czasu z dziećmi, rozmowy z nimi, wyprawy łodzią, spacery, opowiadanie niezwykłych historii czy też robienie im fotografii. Fotografii, które już w tamtych czasach mogły budzić niejasne uczucia a z pewnością obecnie budzą wiele konsternacji czy wręcz oburzenia wywołując gorące dyskusje na temat upodobań autora i jego preferencji seksualnych. Nie zajmuję się jednak tutaj preferencjami Lewisa Carrolla, na ten temat powstało już wystarczająco wiele opracowań, do których zainteresowane osoby mogą sięgnąć i same wyrobić sobie opinię na ten temat.
Przyjaźń z rodziną dziekana więc kwitnie i nic nie zapowiada rychłego zakończenia znajomości, jaka ma miejsce gdy Alice ma jedenaście lat. Coś z pewnością wydarzyło się w tamtym momencie, nawet prawdziwe noty biograficzne wspominają, że faktycznie stosunki z dawnym przyjacielem rodziny zostały nagle zerwane.
Melanie Benjamin wydaje się zostać „sprowokowana” przez to właśnie niejasne wydarzenie w historii Alice i to ono staje się przyczynkiem do jej literackiej opowieści o małej Alice, muzie? natchnieniu? pewnego matematyka, który tworząc bohaterkę literacką starał się jakby na zawsze zamknąć ją na etapie dzieciństwa z niemożliwością dojrzewania do etapu kobiety.
Snując swoją opowieść o życiu Alice, którą poznajemy jako małe dziecko a która pod koniec książki jest już sędziwą staruszką potrafi zainteresować. Stwarza barwny opis epoki wiktoriańskiej, w której to tak wiele znaczą konwenanse, surowa moralność splatająca się z fałszywością i nawet jakby zakłamaniem być może wynikającym z obłudy. Poznając losy Alice mniej więcej w połowie książki zostaje nam zasugerowane, że zdarzyła się jakaś prywatna katastrofa, która doprowadziła do zaniechania znajomości z panem Dodgsonem. Co było tą katastrofą? Nie chcę za dużo zdradzać czy autorka w ogóle pokusiła się o jej wyjaśnienie, o tym przekona się czytelnik w czasie lektury książki.
Książkę ku mojemu zaskoczeniu (właściwie pojęcia nie mam dlaczego, być może dlatego, że to był zupełnie niespodziewany prezent i zapewne sama bym po nią nigdy nie sięgnęła) czytało się świetnie, akcja była interesująca i wartka. Interesujące było umiejscowienie akcji siłą rzeczy oczywiście, w Oxfordzie, miejscu specyficznym z racji naukowego charakteru a jak się okazuje pełnego ploteczek i często wręcz pomówień, którymi „żyło się” w towarzystwie tamtych czasów.
Jedyny zgrzyt, który wyłapałam, ale dla mnie było potężny, to to, co jest niedopracowanie w tłumaczeniu na stronie 212. Trafił się potężny błąd, niestety, który mnie zirytował i spowodował, że automatycznie powędrowałam wzrokiem ku stronie tytułowej i fakt tłumaczenia przez dwie osoby wyjaśnił mi dlaczego tak się stało. Błąd jest jasny dla uważnego czytelnika, być może nie dla kogoś, kto nieuważnie czytał, ale dotyczy tak ważnej sprawy, że niestety, tym jakoś większy i drażniący się staje. Chyba wiem, z czego wynikł. Wygląda to tak, jakby osoba tłumacząca ten rozdział? część? nie czytała wcześniejszej, w której rodzi się dziecko, mały Albert, który umiera po miesiącu życia. Później właśnie jest wzmianka o nim, jako, że dla Alice chwile przed przyjściem na świat tego brata były z pewnych względów wyjątkowo ważne. Niestety, w opisie jej wspomnień czytamy „Przypomniała mi się zima sprzed wielu lat, sprzed przyjazdu Alberta, (…)”. Rozumiem, że nie znając wcześniejszej akcji książki kontekst angielski mógł sugerować coś innego, niż narodziny, przybycie na świat dziecka a nie towarzyską wizytę. Szkoda mi tego błędu, który fakt, jedyny wyłapany, ale miał sporą rolę bo historia ta grała ważną rolę dla małej Alice.
To po raz kolei pokazuje, jak faktycznie umniejszana przecież coraz częściej w dzisiejszych czasach praca tłumaczy jest ważna, i jaką gra ogromną rolę podczas całego etapu wydawania książki.
Wracając jednak do treści, to jak już pisałam, książka napisana jest interesująco, barwnie i z pewnością sprowokowała u mnie chęć poszukania większej ilości informacji na temat zarówno autora „Alicji w Krainie Czarów” jak i bohaterki tej beletryzowanej opowieści.
Swoją drogą, nasuwa się pytanie, czy łatwo było stać się dla kogoś taką muzą, przyczynkiem do powstania postaci literackiej? Czy nie było to w jakiś sposób obciążenie, szczególnie dla małego dziecka? Alice już jako starsza pani poznaje inną postać, która mogła być pierwowzorem postaci literackiej a mianowicie Petera Llwelyn’a Davies’a, który miał być pierwowzorem Piotrusia Pana.
Dla Alice obciążeniem stała się nie tyle historia jej opowiedziana o dziewczynce o jej imieniu a raczej sama znajomość z panem Dodgsonem i dalsze jej konsekwencje, tak naprawdę mające poniekąd wpływ na jej całe życie. Tak przynajmniej sugeruje nam autorka. Co było prawdą a co nie tego raczej się już nie dowiemy, bowiem, to też interesujące, rozmaite dokumenty czy dzienniki mogące rzucić światło prawdy na tę sprawę, zostały celowo zniszczone.
Alice jednak dorosła, opuściła świat dziecięcych przygód i marzeń i tym najprawdopodobniej najbardziej zraniła przykrość dawnemu przyjacielowi.
Moja ocena tej książki to 5 / 6.
