wczoraj w…

…Jedynce Radiowej była rozmowa z Jerzym Satanowskim, który opowiadał o nowej publikacji, która pojawi się na rynku wydawniczym, a mianowicie o „Białej lokomotywie” opowiadającej o jego znajomości z Edwardem Stachurą. Publikacji autorstwa zarówno nieżyjącego Stachury jak i samego Satanowskiego. Zasłuchałam się ogromnie i wspomniałam czasy licealne, w których a jakże, słuchało się piosenek na podstawie tekstów Stachury powstałych. Wśród znajomych chyba głównie przeważały interpretacje Starego Dobrego Małżeństwa, ale ja wiem, że miałam płytę (wówczas zapewne kasetę, pamiętacie taki wynalazek?:) kogoś innego, niestety, mimo, że próbowałam wyszukać w internecie, nie mogę skonkretyzować nazwiska. Być może że była to interpretacja Jacka Różańskiego, najprawdopodobniej zresztą. Ile to razy grające na gitarze znajome wyśpiewywały „ze mną można tylko pójść na wrzosowisko i zapomnień wszystko”…

Do tego stopnia audycja mnie poruszyła, że po drodze na Grób Emilii podeszliśmy do Grobu Edwarda Stachury. Spoczywa całkiem blisko. Muszę przyznać, że Grób jest bardzo spokojny, bez zbędności, taki, jak wyobrażam sobie dla poety właśnie, bardzo zadbany i widać, że odwiedzany nie tylko okazjonalnie. Sądzę, że również przez miłośników jego poezji, nie tylko rodzinę, tak sądzę…Nawet myślałam, żeby wstawić zdjęcie, które zrobiliśmy, ale stwierdziłam, że nie, nie zrobię tego.  Kto chce bez trudu znajdzie zdjęcie tegoż w internecie. Stachura chyba nie dowierzałby temu, co się teraz dzieje a pewnie niektóre sprawy jego wrażliwca drażniły i wtedy. Żył jednak w czasach, w których aż taki ekshibicjonizm jak teraz dotyczący chociażby naszych celebrytów nie byłby możliwy ( i bardzo dobrze), a nie jak dziś…Chociaż sądzę, że pisząc „Życie to nie teatr” podejrzewał już to, co nadejdzie, taka prawda. Niech więc Stachura spoczywa sobie nie niepokojony przez papparazzi a jedynie odwiedzany przez miłośników jego tekstów i podobnych mu wrażliwców…

Niezwykłe, jak te wspominki o Stachurze, oczywiście okraszone piosenkami z jego tekstami pobudziły wspomnienia. Czy ktoś w ogóle teraz słucha jeszcze Stachury? Czy odeszło to wraz z kasetami właśnie, poezją tak zwaną śpiewaną, kraciastymi koszulami, butami osiołkami, parkami itd itp…

„Latarnik”. Camilla Lackberg.

 

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2011).
Przełożyła Inga Sawicka.
Tytuł oryginału Fyrvaktaren.

Nie jest to według mnie najlepsza książka Camilli Lackberg pod kątem intrygi kryminalnej (nie pomaga, że pewnych spraw domyśliłam się jednak chyba za szybko, naprawdę nie sądzę aby było to intencją autorki), za to muszę powiedzieć, że cenię ją za bardzo dobry opis żałoby i tego, co czuje się po śmierci dziecka. 

Są takie kryminały, które niby to kryminałami będąc są w zasadzie czymś zupełnie innym, studium na temat. Taką opowieścią, studium o żałobie była książka Johana Theorina „Nocna zamieć”, o której pisałam tu.

„Latarnik” rozpoczyna się nielekko, bo od pogrzebu nienarodzonego dziecka. Synek siostry głównej bohaterki umiera na skutek wypadku samochodowego, w którym brała udział Anna, siostra Eriki. Nie ma więc możliwości zachwycania się słodkim dzidziusiem, na którego czekali zarówno rodzice jak i rodzeństwo dziecka czy też krewni rodziców. Nie ma na to szansy. Jest śmierć dziecka, jest ból, żałość i smutek. Jest niepewność tego, co teraz będzie. Jest niepewność bliskich jak wobec osieroconych rodziców się zachować. Czy pomagać niejako na siłę czy dać im samym uporać się z sytuacją? Jest to straszne poczucie nierealności tego co się wydarzyło (dzieci przecież nie umierają) jak również niemal fizyczny ból tego, co się stało, świadomość, że tak, przeżyło się własne dziecko i nic tego nie zmieni, cokolwiek by się zrobiło. Nie ukrywam, że to właśnie ten aspekt „Latarnika” zainteresował mnie najbardziej w tej książce, nie zaś kryminalna warstwa czy inne problemy poruszane w książce.

Pomimo, że wiele osób krytykuje Lackberg, ja uważam, że robi ona kawał niezłej roboty poruszając w swoich książkach tematy ważkie, często spychane na margines. W jednej z poprzednich książek, kiedy Erika stała się mamą po raz pierwszy, odczuła, że nie jest przekonana, że nadaje się do roli matki. W tej części, kiedy Erika rodzi przedwcześnie bliźniaki, dwóch chłopców, jest tak oszołomiona tym, co stało się dziecku jej siostry, tak rozumie straszność tego, co może się zdarzyć w dosłownie ułamku sekundy, tak ją to dotyka, że na rozterki na temat tego, czy rola matki jest rolą jej życia czy też nie, nie ma czasu. Przy odczuwaniu współczucia dla siostry u Eriki jest tak niewyobrażalne poczucie szczęścia, że jej dzieci żyją, że nagle odnajduje się w roli mamy trójki dzieci znakomicie. Oczywiście, że czuje się czasem zmęczona, ma jednak wielkie wsparcie w swoim mężu. O którego też się boi, Patrik bowiem przeszedł atak serca, który oboje ich mocno przestraszył. 

W tej książce stratę dziecka przeżyje jeszcze jedna para rodziców. Będzie i inna osierocona matka, która całe życie drżała o swojego syna, która czuła, że kiedyś coś mu się stanie. Której intuicja okazała się silna niewiarygodnie i sama matka niejako przewidziała rozwój wydarzeń.

Jak wspomniałam wcześniej, ważnych spraw domyśliłam się bardzo szybko, co na pewno wpływa na mój odbiór warstwy kryminalnej „Latarnika”.
Akcja książki rozpoczyna się kiedy przerażona kobieta wraz z pięcioletnim synkiem opuszcza dom, w którym szybko orientujemy się, że nic dobrego jej nie spotykało. Ucieka na swoją wyspę, na której spędzała wakacje w dzieciństwie. Wyspa nosi lokalnie nazwę „Wyspa Duchów”. Opowieści głoszą, że kto tam zmarł, ten pozostał na zawsze i podobno obecność duchów jest tam odczuwalna. Czy jest to prawdą czy tylko wymysłem ludzkiej wyobraźni?

Jak zwykle bywa u Lackberg, akcja książki dzieje się niejako dwutorowo w różnym czasie, współczesnym i w roku 1870 i paru następnych latach. W tej części autorka ponownie dotyka spraw, które poruszała już wcześniej, mianowicie problem przemocy wobec kobiet i egzystencji rodzin dotkniętych właśnie taką przemocą. Ja jak jednak wspomniałam, w tej części najbardziej zainteresowana byłam opisem stanu Anny i jej bliskich. 

Została zapowiedziana następna książka z cyklu, na którą będę czekać pomimo jej makabrycznego tytułu (szczerze mówiąc już się boję, co może być w tej części) jakim jest „Fabrykantka aniołków”. 

Moja ocena tej książki to 4 / 6. 

„Alicja w krainie rzeczywistości”. Melanie Benjamin.

 

Wydana w Wydawnictwie Amber. Warszawa (2009).
Przełożyły Irena Kołodziej. Maria Rei.
Tytuł oryginału Alice I have been.

Podoba mi się oryginalny tytuł książki chociaż ten polski również nie jest zły, jednak chyba wolę kiedy tłumacze pozostają przy tytule zbliżonym do oryginalnego.
Książkę tę dostałam czas dłuższy temu i szczerze mówiąc zupełnie o niej zapomniałam, a być może nie był to „jej” czas. Dopiero zupełnie przypadkowy wątek na forum Książki, na którym wspomniano publikacje dotyczące Alicji w Krainie Czarów przypomniała mi o tej książce wciąż czekającej na swoją kolej na książkowej półce i jak zaczęłam czytać, tak…wsiąkłam w lekturę. Nie wiem, czym było to spowodowane, mam nadzieję, że jej jakością a nie na przykład moim pewnym przesytem kryminałami na przykład, ale wprost nie mogłam się od niej oderwać.  

„Alicja w krainie rzeczywistości” nie jest biografią. To barwnie napisana historia na temat, aczkolwiek ta beletrystyka nie jest pozbawiona podstaw biograficznych i odniesień w historii. Jest to jednak beletryzowana opowieść i myślę, że przyjęcie tego sprawi, że z lektury będzie się mieć przyjemność.

Opowiada o Alice Pleasance Liddell, która to uważana jest za pierwowzór bohaterki Alicji w Krainie Czarów. 
Mała Alice była jedną z wielu dzieci dziekana w Oxfordzie a jej dzieciństwo i młodość przypadły na rozkwit epoki wiktoriańskiej. Poznajemy przyjaźń rodziny a zwłaszcza dziewczynek z tejże z pewnym wykładowcą matematyki panem Charlesem Dodgsonem, obecnie znanym bardziej pod pseudonimem literackim. Mowa oczywiście o Lewisie Carrollu

Jako jeden z nielicznych ma on czas i chęć na spędzanie czasu z dziećmi, rozmowy z nimi, wyprawy łodzią, spacery, opowiadanie niezwykłych historii czy też robienie im fotografii. Fotografii, które już w tamtych czasach mogły budzić niejasne uczucia a z pewnością obecnie budzą wiele konsternacji czy wręcz oburzenia wywołując gorące dyskusje na temat upodobań autora i jego preferencji seksualnych. Nie zajmuję się jednak tutaj preferencjami Lewisa Carrolla, na ten temat powstało już wystarczająco wiele opracowań, do których zainteresowane osoby mogą sięgnąć i same wyrobić sobie opinię na ten temat.

Przyjaźń z rodziną dziekana więc kwitnie i nic nie zapowiada rychłego zakończenia znajomości, jaka ma miejsce gdy Alice ma jedenaście lat. Coś z pewnością wydarzyło się w tamtym momencie, nawet prawdziwe noty biograficzne wspominają, że faktycznie stosunki z dawnym przyjacielem rodziny zostały nagle zerwane.

Melanie Benjamin wydaje się zostać „sprowokowana” przez to właśnie niejasne wydarzenie w historii Alice i to ono staje się przyczynkiem do jej literackiej opowieści o małej Alice, muzie? natchnieniu? pewnego matematyka, który tworząc bohaterkę literacką starał się jakby na zawsze zamknąć ją na etapie dzieciństwa z niemożliwością dojrzewania do etapu kobiety. 

Snując swoją opowieść o życiu Alice, którą poznajemy jako małe dziecko a która pod koniec książki jest już sędziwą staruszką potrafi zainteresować. Stwarza barwny opis epoki wiktoriańskiej, w której to tak wiele znaczą konwenanse, surowa moralność splatająca się z fałszywością i nawet jakby zakłamaniem być może wynikającym z obłudy. Poznając losy Alice mniej więcej w połowie książki zostaje nam zasugerowane, że zdarzyła się jakaś prywatna katastrofa, która doprowadziła do zaniechania znajomości z panem Dodgsonem. Co było tą katastrofą? Nie chcę za dużo zdradzać czy autorka w ogóle pokusiła się o jej wyjaśnienie, o tym przekona się czytelnik w czasie lektury książki. 

Książkę ku mojemu zaskoczeniu (właściwie pojęcia nie mam dlaczego, być może dlatego, że to był zupełnie niespodziewany prezent i zapewne sama bym po nią nigdy nie sięgnęła) czytało się świetnie, akcja była interesująca i wartka. Interesujące było umiejscowienie akcji siłą rzeczy oczywiście, w Oxfordzie, miejscu specyficznym z racji naukowego charakteru a jak się okazuje pełnego ploteczek i często wręcz pomówień, którymi „żyło się” w towarzystwie tamtych czasów. 

Jedyny zgrzyt, który wyłapałam, ale dla mnie było potężny, to to, co jest niedopracowanie w tłumaczeniu na stronie 212. Trafił się potężny błąd, niestety, który mnie zirytował i spowodował, że automatycznie powędrowałam wzrokiem ku stronie tytułowej i fakt tłumaczenia przez dwie osoby wyjaśnił mi dlaczego tak się stało. Błąd jest jasny dla uważnego czytelnika, być może nie dla kogoś, kto nieuważnie czytał, ale dotyczy tak ważnej sprawy, że niestety, tym jakoś większy i drażniący się staje. Chyba wiem, z czego wynikł. Wygląda to tak, jakby osoba tłumacząca ten rozdział? część? nie czytała wcześniejszej, w której rodzi się dziecko, mały Albert, który umiera po miesiącu życia. Później właśnie jest wzmianka o nim, jako, że dla Alice chwile przed przyjściem na świat tego brata były z pewnych względów wyjątkowo ważne. Niestety, w opisie jej wspomnień czytamy „Przypomniała mi się zima sprzed wielu lat, sprzed przyjazdu Alberta, (…)”. Rozumiem, że nie znając wcześniejszej akcji książki kontekst angielski mógł sugerować coś innego, niż narodziny, przybycie na świat dziecka a nie towarzyską wizytę. Szkoda mi tego błędu, który fakt, jedyny wyłapany, ale miał sporą rolę bo historia ta grała ważną rolę dla małej Alice. 

To po raz kolei pokazuje, jak faktycznie umniejszana przecież coraz częściej w dzisiejszych czasach praca tłumaczy jest ważna, i jaką gra ogromną rolę podczas całego etapu wydawania książki. 

Wracając jednak do treści, to jak już pisałam, książka napisana jest interesująco, barwnie i z pewnością sprowokowała u mnie chęć poszukania większej ilości informacji na temat zarówno autora „Alicji w Krainie Czarów” jak i bohaterki tej beletryzowanej opowieści.

Swoją drogą, nasuwa się pytanie, czy łatwo było stać się dla kogoś taką muzą, przyczynkiem do powstania postaci literackiej? Czy nie było to w jakiś sposób obciążenie, szczególnie dla małego dziecka? Alice już jako starsza pani poznaje inną postać, która mogła być pierwowzorem postaci literackiej a mianowicie Petera Llwelyn’a Davies’a, który miał być pierwowzorem Piotrusia Pana. 
Dla Alice obciążeniem stała się nie tyle historia jej opowiedziana o dziewczynce o jej imieniu a raczej sama znajomość z panem Dodgsonem i dalsze jej konsekwencje, tak naprawdę mające poniekąd wpływ na jej całe życie. Tak przynajmniej sugeruje nam autorka. Co było prawdą a co nie tego raczej się już nie dowiemy, bowiem, to też interesujące, rozmaite dokumenty czy dzienniki mogące rzucić światło prawdy na tę sprawę, zostały celowo zniszczone.

Alice jednak dorosła, opuściła świat dziecięcych przygód i marzeń i tym najprawdopodobniej najbardziej zraniła przykrość dawnemu przyjacielowi.

Moja ocena tej książki to 5 / 6.

 

„Karaluchy”. Jo Nesbo.

 

Wydana w Wydawnictwie Dolnośląskim. 
Wrocław (2011).
Przełożyła Iwona Zimnicka. Tytuł oryginału Kakerlakkene.

To moje pierwsze spotkanie z kryminałami Norwega Jo Nesbo i muszę powiedzieć, że nie do końca mogę je określić jakoś precyzyjnie. Nie było nieudane, ale podczas lektury mniej więcej do ponad połowy książki nie było tak, że kiedy odkładałam książkę, to odczuwałam niecierpliwość aby jak najszybciej do lektury powrócić. I co z tym fantem zrobić? Co najciekawsze, to to, że mam wciąż ochotę na dalsze poznawanie jego książek, w tym tak podobno dobrego „Pierwszego śniegu”. 

Ta część o może niezbyt przyjemnym tytule, od której zaczęłam swoje poznawanie kryminałów Nesbo jest drugą częścią cyklu opowieści o komisarzu Harry’m Hole. Wybrałam ją ze względu na akcję dziejącą się w mieście, które jak sądzę nigdy nie znajdzie się na liście miast przeze mnie odwiedzonych a mianowicie w Bangkoku. To miasto, które ma wiele twarzy i do którego w pewnej chwili trafi Harry Hole, człowiek po przejściach. Nesbo stworzył postać swojego bohatera nie odbiegającego specjalnie od stereotypu komisarza policji do jakich zostaliśmy od jakiegoś czasu przyzwyczajeni. Oto Harry Hole, człowiek samotny, targany niepokojami, wewnętrznymi demonami, sprawami z przeszłości jego samego i osób mu bliskich, do tego wszystko ma problem z alkoholem. Przy tym wszystkim jednak dobry glina, który umie prowadzić dochodzenie w sposób, który przynieść może odkrycie , kto jest sprawcą zbrodni.

W „Karaluchach” Hole trafia do Bangkoku, gdzie zostaje oddelegowany do śledztwa w sprawie morderstwa dokonanego na ambasadorze Norwegii tamże. „Góra” chce jak najszybciej rozwiązać sprawę ale nadto zasypać pod dywan niewygodne fakty, to, że ambasador został znaleziony w motelu, gdzie czekał na zamówioną prostytutkę, jak również, co wychodzi na jaw szybko, znaleziona zostaje przy nim pornografia dziecięca.

Harry Hole chyba zaskakuje niektórych, kiedy zamiast spędzać czas nad butelka poświęca go faktycznie prowadzeniu śledztwa. I oto szybko odrywa, że sprawa przy której pracuje zdaje się być jak matrioszka, która skrywa w sobie kilka różnych postaci. Co otwiera się jedną, ukazuje się następna, potem kolejna itd. W tej sprawie jest podobnie czyli co i ruch ujawniane zostają nowe fakty. Jak tytułowe karaluchy wyłażą na światło dzienne nowe problemy, grzechy ludzkie jak i same niezbyt pozytywne postaci. 
Nie wiem, jak w innych książkach Nesbo, ale w tej akcja dzieje się szybko i wartko, nie ma miejsca na obserwacje społeczne czy kulturowe. Nie ma zadawanych czy to sobie samemu przez autora czy też czytelnikowi pytań o współczesny świat i jego jakość. Autor stawia na pomysł i akcję. Intryga kryminalna jest według mnie udana, potrafi zaskoczyć a to w kryminale jest mile widziane. 

Moja ocena to 4.5 / 6.

 

 

 

 

 

co to za kraj?

…nie, nie gdzie cytryna dojrzewa, ale tak mi się skojarzyło, w związku z faktem, że idąc na wieczorny spacer mogę za jednym zamachem podziwiać pięknego dorodnego bambusa, następnie szpaler platanów, mogę minąć passiflorę i następnie dotrzeć do miłorzębu dwuklapowego (mimo, że błędna podobno, zdecydowanie wolę nazwę miłorząb japoński)…Ogród Botaniczny? coś w rodzaju palmiarni? Nie, to Kabaty w pełnej roślinnej krasie;) Obecnie mocno jesiennej, więc miłorząb prawie już wyłysiał. Byle do wiosny.

Bambus na Kabatach

„Rok 1Q84.3”. Haruki Murakami.

1984. Murakami.

 

Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2011).
Przełożyła z japońskiego Anna Zielińska-Elliott.
Tytuł oryginalny 1Q84 ichi-kew-hachi-yon.

Niestety, ostatnia część trylogii o dziwnym roku 1Q84 nie zachwyciła mnie tak, jak się spodziewałam i jak tego tak naprawdę oczekiwałam.

Pierwsza część spodobała mi się, w drugiej odczułam zmęczenie, nawet coś w rodzaju zawodu, oczekiwałam, że część trzecia będzie lepsza i niestety, nie. Oczywiście, co powtarzam zawsze,  to to, że jest to moja osobista opinia, nie jest powiedziane nigdzie, że trzeba ją podzielać. Ja wiem jedno, trylogia ta nie będzie moją ulubioną książką tego autora i na pewno nie będzie tą, do której będę miała chęć wracać i wracać.

Trzecia część, która przynosi rozwiązanie jest właściwie dość przewidywalna. Być może autor chciał popełnić coś jednak z wydźwiękiem optymistycznym. Myślę, że odkroiwszy pseudofilozofię, jaką można by chcieć dodać w tej książce, zostanie coś, co samo w sobie może się obronić, a mianowicie opowieść o miłości, która w końcu po latach się spełnia. To taki motyw Haruki Murakamiego, do którego wraca wielokrotnie a mianowicie urwany związek, dawne uczucie, które nie mogło się spełnić i powrót po latach. Na ogół nie mający szczęśliwego zakończenia, o dziwo, w tej właśnie książce owo uczucie dostaje swoją drugą szansę i możliwość spełnienia się, zrealizowania. I tego właśnie postanowiłam się trzymać w tej części, tej opowieści o dwojgu ludziach, którzy przez lata o sobie wspominając, czekają na siebie. Ile razy na coś czekamy, prawda? Na miłość, na przyjaźń, na to czy tamto, są wśród tych oczekiwań sprawy banalne, ale są i sprawy życia i śmierci. Oczekujemy. Pragniemy. To oczekiwanie często wypełnione jest wręcz bólem, wzmaganym niepewnością jakie też okażą się rezultaty tego oczekiwania. Czy to, na co czekamy przyjedzie, czy też pozostanie nam jedynie uczucie niedosytu?

Przypomnę, że w tej części ponownie spotykamy bohaterów dwóch poprzednich części, a mianowicie Tengo i Aomame. Jest też podążający śladem Aomame, która wypełniła powierzone jej zadanie dawny prawnik, który prawnikiem już nie jest a obecnie zajmuje się raczej brudną robotą.

Uwaga, może być spoiler.

Jest motyw niezwykłej ciąży i oczekiwania na dziecko. Zmiany odczuwania świata z tym związane, poczucie odpowiedzialności za nowo powstałe życie, które jest całkowicie podległe matce. Jak to często bywa w życiu, obok radości z nowego życia pojawia się strata życia czyjegoś, kogoś z bliskiego otoczenia. Nic nowego, można powiedzieć, i być może i tak jest, z tym, że Murakami w tej części umie w jakiś niezwykle spokojny sposób o tym po prostu opowiedzieć. To prawda, że z tej ostatniej części bije właśnie jakaś atmosfera spokoju i uporządkowania, pomimo, że całą książkę odczuwamy niemal ślad śledczego na plecach to mimo to mamy świadomość, że cała ta historia będzie musiała mieć pozytywne zakończenie…

Jak wspomniałam na początku, nie stanie się ta książka moją ulubioną ale i też na pewno nie zniechęci mnie do sięgnięcia po następną książkę Murakamiego, kiedy tylko ukaże się ona na naszym rynku.

Moja ocena 4.5 / 5.

O pierwszej części pisałam tu.

 

A o drugiej tu.

mamy…

…nowego listonosza , co chyba będzie zmianą na lepsze (ale może nie zapeszać?), w każdym razie po dwumiesięcznym bezkrólewiu, w czasie którego dostałam chyba jedną kartkę (wiem o kilku rzeczach do mnie wysłanych, które nigdy nie trafiły) dostaliśmy wczoraj trochę zaległej korespondencji, w tym zaległe życzenia na Rocznicę Ślubu. 
Wczoraj otrzymałam kartkę z Chin, z widokiem pekińskiego hutongu. Jak napisała na kartce osoba, od której kartkę dostałam, kraj ten jest w trakcie nieustających zmian co owocuje chociażby tym, że właśnie te miejsca, jak hutongi powoli znikają a ich miejsce zajmują coraz to wyższe i nowocześniejsze budowle. Wcale to nie jest dobre według mnie, ale…cóż.  

Za kartkę dziękuję:)

prywatne odkrycie…

…czasem wystarczy fantastyczny dobór muzyki w Jedynce radiowej 1 listopada, abyś wieczorem poznała, przypomniała sobie raczej głos, który zachwyca…Randy Crawford. Czemu mam wrażenie, że tak się już nie śpiewa? Ten klimat, przynoszący na myśl spokojny wieczór , nie wiem, dlaczego, bo nie mam ale przy kominku, z cicho sypiącymi się płatkami białego śniegu za oknem. Takie poczucie otulenia muzyką, ciepłem…No, mój prywatny zachwyt i ocena 6 na 6. Wtedy w radio usłyszałam „Rainy night in Georgia” ale jej pozostałe piosenki są po prostu świetne. Oczywiście w mojej prywatnej opinii. Polecam.