
Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2011).
Po horrorze „Domofon” i kryminale „Uwikłanie”, o którym pisałam tu to kolejny kryminał autorstwa Miłoszewskiego, który przeczytałam. Kryminał to bardzo dobry, z którym jednak poniekąd mam pewien problem. Miał być kryminał a trochę, jak w najnowszej Donnie Leon, na którą zresztą narzekałam, wyszedł to też po trochu pamflet polityczny. Sądzę, że główny bohater, inspektor Teodor Szacki prezentuje poglądy autora. Oczywiście mogę się mylić, ale tak mi to brzmi. Muszę powiedzieć, że tym właśnie elementem książki poczułam się wręcz znużona. Po trochu poczułam się jakby tak starannie omijana przeze mnie w tym roku przedwyborcza gorączka, w czasie której nie miałam ochoty słuchać, kto jest prawdziwym Polakiem, kto prawdziwym katolikiem a kto wrogiem ateistów, wróciła do mnie jednak jakimś niezwykłym rykoszetem niecałe dwa tygodnie po wyborach. A tak chciałam tego w tym roku uniknąć…
Autor książki porusza w książce tematy niełatwe, nasze narodowe tematy tabu, tym razem antysemityzm, już nie grzeszki Polaków a grzechy ciężkie a bywało, że śmiertelne. W „Ziarnie prawdy” prokurator Teodor Szacki zmienia miejsce zamieszkania i z gwarnej stolicy przenosi się skuszony urokiem serialowego miasteczka, do Sandomierza. Miasteczko, rozreklamowane przez telewizyjny serial, którego akcja dziwnym trafem dzieje się głównie wiosną i latem, tu staje się zarówno nowym miejscem zamieszkania Szackiego, jak i miejscem okrutnej zbrodni. Ale również miejscem, w którym wciąż żyją dawne upiory, stare potworne historie, w którym wciąż niektórzy wierzą w mordy rytualne dokonywane przez Żydów, jak i inne przesądy dotyczące tej nacji.
Miłoszewski lubi w swoich książkach podkreślać jak bardzo przeszłość ma wpływ na teraźniejszość. Nie jest to być może nic odkrywczego, ale jednak on potrafi bardzo sprawnie wszystkie stare i nowe wątki połączyć w interesującą całość.
Dlaczego więc pisałam, że mam z tą książką pewien problem? Bowiem ja osobiście, jakoś zbyt wiele w niej stereotypów znalazłam. Trochę na zasadzie „jak antysemita to oczywiście wierzący Katolik i praktykujący”. A pomiędzy Palikotem a Rydzykiem jest masa innych postaw, zachowań. I naprawdę kanalie zdarzają się tak samo wśród osób wierzących jak i ateistów.
Nie lubię takiego wrzucania wszystkich do jednego worka, „wszyscy” „każdy”, „większość”. Statystyka kłamie (żeby nie użyć pewnego angielskiego powiedzonka, właściwie najlepiej odzwierciedlającego to co mam na myśli). Jak dla mnie zbyt wiele stereotypów właśnie tam było i zbyt toporne skontrastowania. Takiej często wręcz łopatologii.
Jak ktoś napisał na Forum Kryminały i Sensacje, jest ostatnio moda na polactwo ale on tego nie chwyta.
I nie, nie chcę powiedzieć, że nie znam ludzi, którzy głoszą krytykowane przez Szackiego (autora?) poglądy, ale też nie jest tak, że wszyscy Polacy jak jeden mąż je głoszą, jak zresztą. I nie zaprzeczam temu, że mamy swoje własne narodowe grzechy.
Jednak po raz kolejny muszę powiedzieć, że jakoś tym motywem czułam się wręcz zmęczona. Czemu to miało służyć? Jakiemuś narodowemu katharsis? Nie jestem przekonana. Być może w ogóle dorabiam jakąś gębę tej książce? Nie poprawia zapewne mojego odbioru fakt, że jak i w poprzedniej opowieści o Szackim, tak i w tej nie przepadam za samym bohaterem książki. Jak mnie irytował ten facet, tak irytuje i teraz i nie chodzi tu o styl jego życia, rozwodnik żyć sobie może jak chce, nie przyprawia już rogów własnej żonie, ale jakoś nie jest to mój ulubiony bohater literacki.
Wiosna 2009, czas tuż po Wielkanocy. Dochodzi do wyjątkowo brutalnej zbrodni. Ktoś zabija panią Budnik, osobę znaną w mieście ze swojej społecznej działalności, żonę miejscowego działacza politycznego. Zabija ją w sposób, który ma natychmiast obudzić niby to uśpione a tak naprawdę czuwające demony przeszłości, zwrócić uwagę na dawny przesąd o mordzie rytualnym, którego to mogą znów zacząć się obawiać porządni obywatele. Nie jest to pierwszy trup jaki będzie w tym kryminale i każdy kolejny ma tylko podsycać ogień nietolerancji, nienawiści wręcz. Tym bardziej, że jak sęp na padlinę, na wieści o mordzie rytualnym zlatują się media, ci współcześni bajkopisarze, którzy tworzą coś z niczego najczęściej.
Dalej to już rola Szackiego, przedrzeć się przez las dawnych uprzedzeń, niechęci i grzechów. Oddzielić to, co jest prawdą od tego co jest jedynie wyreżyserowanym spektaklem. Podobno w każdej historii jest ziarno prawdy pomimo, że jak mówi pewien stary prokurator do Szackiego „wszyscy kłamią”. Warstwa kryminalna dobra, pomysł na intrygę zręczny, ku mojej radości nie domyśliłam się do ostatnich stron, o co chodzi, więc tu na plus. Mimo, że nastrój książki nieco mnie wymęczył, daję ocenę 5 / 6.
I na koniec mały cytacik, który spowodował uśmiech na mojej twarzy:
„-Mieszkał pan kiedyś poza Warszawą?
-Dopiero teraz.
-Czyli gówno pan wie o życiu”.
Po lekturze „Kobiety bez twarzy” i teraz wiem jedno, prawdziwe życie omija Warszawę,toczy się na polskiej prowincji…i dzięki temu mamy takie zacne książki;)
