„Drugie dziecko”. Charlotte Link.

 

Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2011). 

Z niemieckiego przełożył Dariusz Guzik.

Tytuł oryginału Das Andere Kind.

Z radością odkryłam, że w tej książce Charlotte Link wróciła do swojego stylu i formy.
Bardzo lubię tę niemiecką autorkę, która akcję swoich książek zawsze umieszcza na angielskiej prowincji, co zapewne spowodowane jest jakąś jej indywidualną sympatią do tego kraju.
I uznaję, że „Grzech aniołów” , którą oceniłam najgorzej ze wszystkich czytanych jej książek jest po prostu, nazwijmy to „wypadkiem przy pracy”.

Co lubię w kryminałach Charlotte Link? Fakt, że nie są to tylko po prostu kryminały, ale że zawsze jest w nich jeszcze ta wielowątkowość i akcja dziejąca się również w przeszłości, ciekawie opowiedziana jakaś jeszcze historia. Historia z przeszłości, która najczęściej wpływa na życie bohaterów teraźniejszości.

Nie inaczej jest w „Drugim dziecku”, w którym to akcja zaczyna się w teraźniejszości, kiedy pewna pani doktor, której właśnie rozpadło się ostatecznie dotychczasowe życie, Leslie, udaje się na przyjęcie zaręczynowe Gwen, swojej dawnej koleżanki z dzieciństwa, która mieszka wraz z ojcem na nieco zbyt zaniedbanej farmie w Yorkshire. Znają się od dawna, bowiem ojca przyszłej narzeczonej, Gwen i babkę Leslie, łączy jakaś niezwykle silna więź. Czy jest to tylko przyjaźń? Nie wiadomo. Jeśli tak to jest to wyjątkowo mocna przyjaźń.

Jakiś czas temu w okolicy miało miejsce brutalne zabójstwo młodej dziewczyny,nie zostało ono jednak wyjaśnione. Niestety, wydarza się kolejna zbrodnia, tym razem uderzająca bezpośrednio w bohaterów opowieści. Policja będzie się starała rozwiązać zagadkę, chociaż okaże się to łatwe chociażby dlatego, że osoby, które właściwie powinny pomagać w rozwiązaniu zagadki więcej ukrywają niż powinny. Czemu? Czy mają jakieś konkretne powody aby tak właśnie się zachowywać?

Jak już wspomniałam, w historiach pisanych przez Charlotte Link, zawsze jest jeszcze „drugie dno”, jakaś historia z przeszłości, która jak to często przecież w życiu bywa, wpływa na teraźniejszość.

Błędy z przeszłości, brak jasnego przeciwstawienia się złu dziejącemu się w niby to odległym czasie bo w latach IIWŚ (nie ma tu jednak martyrologii wojennej wbrew temu, co ktoś może myśleć) to wszystko nie zostanie zapomniane. Są świadkowie dawnych zdarzeń, osoby, które nie umieją przejść do porządku dziennego nad tym, jak kiedyś ktoś postąpił.
Autorka przedstawia też konsekwencje obojętności, jaką często darzą się osoby wydawało by się najbliższe sobie. Obojętności, która prowadzić może do zaniedbania a w skrajnym przypadku do tragedii wręcz.

Mnie ta książka bardzo wciągnęła i naprawdę się podobała.
Moja ocena to 5 / 6.

A o innych książkach Charlotte Link pisałam tu:

„Dom sióstr”

„Echo winy”

„Ostatni ślad”.

 

 

 

12 lat…

…nie napiszę, jak jeden dzień, bo aż tak to nie ale zleciało, zleciało, nie będę mydlić oczu, że nie.
Tamtego dnia było słonecznie po dłuższym czasie pochmurności i deszczu i nie padało. Ale rześko było, chociaż chyba nie aż tak, jak dziś chociaż może grzały emocje, to na pewno.

Dużo się wydarzyło przez te lata a już ostatni rok był przedziwny i zło się stało. Już to pisałam w kilku miejscach, wiem, że się powtarzam, ale trudno, dobrze, że człowiek nie zna przyszłości i tamtego słonecznego, szczęśliwego dnia (chociaż na pewno nie najszczęśliwszego w moim życiu, jak zresztą zawsze powtarzałam) nie wiedzieliśmy co się zdarzy jedenaście lat później. Inna perspektywa jednak…

No, ale jak to mamy na ślubnych obrączkach. Zawsze Razem. 

właśnie wróciłam z…

…Grecji, do której to odbyłam całkiem niespodziewaną (a za sprawą tego wielce przyjemną) podróż filmową za sprawą obejrzanego na iplex.pl filmu grecko-cypryjsko-niemieckiego? „Małe grzeszki”. Dzięki komuś, kto z niewiadomych mi przyczyn umiejscowił na tym serwisie ten film w dziale „kryminały”. Kryminału dziś nie obejrzałam, za to odbyłam cudowną podróż na małą , grecką wysepkę, z tych naprawdę małych, w których, jak to zwykle bywa, każdy zna każdego i niby to o sobie wszyscy wszystko wiedzą, a różnie z tym bywa.
„Małe grzeszki” określiłabym raczej jako pogodne kino obyczajowe z odcieniem, no dobra, romansu, ale lightowego, żadne to na szczęście komedie romantyczne, które same w sobie całkiem czasem lubię, nie mówię, że nie, ale tym razem bardziej o życiu na takiej właśnie greckiej wysepce opowieść to była. 

„Małe grzeszki” w reżyserii Christosa Georgious’a zaczynają się, kiedy jeden z mieszkańców wyspy, Zaharias,  zostaje znaleziony martwy na urwisku. Miejscowy policjant, chłopak, który służbę tu traktuje raczej początkowo jako zsyłkę woląc zdecydowanie pracę w Atenach, rozpoczyna prywatne śledztwo. To właściwie pierwsze jego śledztwo w tym miejscu i można mieć poważne podejrzenia, że raczej ostatnie a już na pewno w sprawie podejrzanej śmierci, być może morderstwa? Nie toczy się ono w zawrotnym tempie, co można mu wybaczyć, ja też wolałabym pogawędzić cały wieczór w miejscowej tawernie rozprawiając o wszystkim i o niczym a także mieląc miejscowe ploteczki, ale powoli jakoś się toczy. Co więcej Leonidas nie tylko po drodze upora się z zagadką, co tak naprawdę stało się z Zahariasem ale uda mu się zdobyć serce pięknej gwiazdy porannego programu telewizyjnego, Angeliki.

Nie jest to kino ambitne, nie niesie za sobą tak naprawdę żadnej głębokiej refleksji, ale cieszy oko super widokami, ładnymi zdjęciami i jakimś takim ciepłem. Które nie jest chyba tylko wynikiem położenia geograficznego miejsca, w którym się dzieje.

Jedyny minus, zabrakło mi mojego ukochanego odgłosu Grecji a mianowicie darcia się cykad!

Moja ocena jak na taki właśnie fajny, ciepły, lekki film, 4.5 / 6.

piosenka na dziś…z wygraną w tle…

Polska animacja autorstwa Bartka Kulasa zajęła pierwsze miejsce na festiwalu animacji (ależ niespodzianka:) w Bukareszcie. Animacja faktycznie niesamowita, ale również interpretacja Katarzyny Groniec świetna. Przy okazji polecam obejrzenie w necie interpretacji Kingi Preis, muszę przyznać, że również wspaniała (mimo, że inna od tej w wykonaniu Katarzyny Groniec ale to właśnie plus). W ogóle z „Przekleństwem Millheaven” autorstwa Nicka Cave tu w tłumaczeniu Romana Kołakowskiego zmagało się kilka polskich wykonawczyń, z mniejszym bądź większym sukcesem, polecam jutuba, można sobie znaleźć, porównać, zastanowić się, która bardziej się podoba.


 


 

„Ziarno prawdy”. Zygmunt Miłoszewski.

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2011). 

Po horrorze „Domofon” i kryminale „Uwikłanie”, o którym pisałam tu to kolejny kryminał autorstwa Miłoszewskiego, który przeczytałam. Kryminał to bardzo dobry, z którym jednak poniekąd mam pewien problem. Miał być kryminał a trochę, jak w najnowszej Donnie Leon, na którą zresztą narzekałam, wyszedł to też po trochu pamflet polityczny. Sądzę, że główny bohater, inspektor Teodor Szacki prezentuje poglądy autora. Oczywiście mogę się mylić, ale tak mi to brzmi. Muszę powiedzieć, że tym właśnie elementem książki poczułam się wręcz znużona. Po trochu poczułam się jakby tak starannie omijana przeze mnie w tym roku przedwyborcza gorączka, w czasie której nie miałam ochoty słuchać, kto jest prawdziwym Polakiem, kto prawdziwym katolikiem a kto wrogiem ateistów, wróciła do mnie jednak jakimś niezwykłym rykoszetem niecałe dwa tygodnie po wyborach. A tak chciałam tego w tym roku uniknąć…

Autor książki porusza w książce tematy niełatwe,  nasze narodowe tematy tabu, tym razem antysemityzm, już nie grzeszki Polaków a grzechy ciężkie a bywało, że śmiertelne. W „Ziarnie prawdy” prokurator Teodor Szacki zmienia miejsce zamieszkania i z gwarnej stolicy przenosi się skuszony urokiem serialowego miasteczka, do Sandomierza. Miasteczko, rozreklamowane przez telewizyjny serial, którego akcja dziwnym trafem dzieje się głównie wiosną i latem, tu staje się zarówno nowym miejscem zamieszkania Szackiego, jak i miejscem okrutnej zbrodni. Ale również miejscem, w którym wciąż żyją dawne upiory, stare potworne historie, w którym wciąż niektórzy wierzą w mordy rytualne dokonywane przez Żydów, jak i inne przesądy dotyczące tej nacji.

Miłoszewski lubi w swoich książkach podkreślać jak bardzo przeszłość ma wpływ na teraźniejszość. Nie jest to być może nic odkrywczego, ale jednak on potrafi bardzo sprawnie wszystkie stare i nowe wątki połączyć w interesującą całość. 

Dlaczego więc pisałam, że mam z tą książką pewien problem? Bowiem ja osobiście, jakoś zbyt wiele w niej stereotypów znalazłam. Trochę na zasadzie „jak antysemita to oczywiście wierzący Katolik  i praktykujący”. A pomiędzy Palikotem a Rydzykiem jest masa innych postaw, zachowań. I naprawdę kanalie zdarzają się tak samo wśród osób wierzących jak i ateistów.
Nie lubię takiego wrzucania wszystkich do jednego worka, „wszyscy” „każdy”, „większość”. Statystyka kłamie (żeby nie użyć pewnego angielskiego powiedzonka, właściwie najlepiej odzwierciedlającego to co mam na myśli). Jak dla mnie zbyt wiele stereotypów właśnie tam było i zbyt toporne skontrastowania. Takiej często wręcz łopatologii.
Jak ktoś napisał na Forum Kryminały i Sensacje, jest ostatnio moda na polactwo ale on tego nie chwyta.
I nie, nie chcę powiedzieć, że nie znam ludzi, którzy głoszą krytykowane przez Szackiego (autora?) poglądy, ale też nie jest tak, że wszyscy Polacy jak jeden mąż je głoszą, jak zresztą. I nie zaprzeczam temu, że mamy swoje własne narodowe grzechy.
Jednak po raz kolejny muszę powiedzieć, że jakoś tym motywem czułam się wręcz zmęczona. Czemu to miało służyć? Jakiemuś narodowemu katharsis? Nie jestem przekonana. Być może w ogóle dorabiam jakąś gębę tej książce? Nie poprawia zapewne mojego odbioru fakt, że jak i w poprzedniej opowieści o Szackim, tak i w tej nie przepadam za samym bohaterem książki. Jak mnie irytował ten facet, tak irytuje i teraz i nie chodzi tu o styl jego życia, rozwodnik żyć sobie może jak chce, nie przyprawia już rogów własnej żonie, ale jakoś nie jest to mój ulubiony bohater literacki.   

Wiosna 2009, czas tuż po Wielkanocy. Dochodzi do wyjątkowo brutalnej zbrodni. Ktoś zabija panią Budnik, osobę znaną w mieście ze swojej społecznej działalności, żonę miejscowego działacza politycznego. Zabija ją w sposób, który ma natychmiast obudzić niby to uśpione a tak naprawdę czuwające demony przeszłości, zwrócić uwagę na dawny przesąd o mordzie rytualnym, którego to mogą znów zacząć się obawiać porządni obywatele. Nie jest to pierwszy trup jaki będzie w tym kryminale i każdy kolejny ma tylko podsycać ogień nietolerancji, nienawiści wręcz. Tym bardziej, że jak sęp na padlinę, na wieści o mordzie rytualnym zlatują się media, ci współcześni bajkopisarze, którzy tworzą coś z niczego najczęściej. 

Dalej to już rola Szackiego, przedrzeć się przez las dawnych uprzedzeń, niechęci i grzechów. Oddzielić to, co jest prawdą od tego co jest jedynie wyreżyserowanym spektaklem. Podobno w każdej historii jest ziarno prawdy pomimo, że jak mówi pewien stary prokurator do Szackiego „wszyscy kłamią”. Warstwa kryminalna dobra, pomysł na intrygę zręczny, ku mojej radości nie domyśliłam się do ostatnich stron, o co chodzi, więc tu na plus. Mimo, że nastrój książki nieco mnie wymęczył, daję ocenę 5 / 6. 

I na koniec mały cytacik, który spowodował uśmiech na mojej twarzy:

„-Mieszkał pan kiedyś poza Warszawą?
-Dopiero teraz.
-Czyli gówno pan wie o życiu”.

Po lekturze „Kobiety bez twarzy” i teraz wiem jedno, prawdziwe życie omija Warszawę,toczy się na polskiej prowincji…i dzięki temu mamy takie zacne książki;)

 

 

 

 

rozmaitości…

…niedawno dostałam kartki z Indii, za które bardzo dziękuję. Kartki tym razem nie z wyjazdu turystycznego, a z pobytu na dłużej. Jedna z blogowiczek wyjechała tam do pracy. Chętnie podpytuję o to i owo, bo lubię takie spostrzeżenia szczególnie te dotyczące tak zwanych zwykłych ludzi, ich codziennego życia, obyczajów, zwyczajów itd. Nie jakieś tam wydumane refleksje a zwyczajności, to mnie interesuje najbardziej. Chyba zawsze najbardziej ciekawi mnie człowiek…

Parę ostatnich weekendów pod znakiem nie tylko wizyt u Emilii ale i ponownego przypominania sobie uroków Warszawy. Dwa tygodnie temy, kiedy był taki ostatni w tym roku zapewne ciepły, wręcz letni weekend odwiedziliśmy Ogrody Wilanowa. Bardzo piękne. Byliśmy tam dobre parę lat temu, wtedy jakieś remonty ich trwały, nie mogliśmy zwiedzić całości. Teraz widać, jak odnowiono, naprawdę pięknie to wygląda. 
Dwa ostatnie weekendy to z kolei Łazienek przypominania. Tłumów masa, obcokrajowców ogromna ilość (nie wiedziałam, że tylu ich odwiedza Warszawę). Wyjątkowo udało nam się zaopatrzyć w orzechy, toteż ruszyliśmy na poszukiwanie wiewiórek. O indywidualną wiewiórę nie było łatwo, ludzie stosując sztuczki znane z wielkich korporacji podbierali sobie kolejne Basie i starali się przekabacić na swoją stronę niby to korzystniej i smaczniej wyglądającymi orzechami. Już myślałam, że wyjdziemy bez obdarowania chociaż jednej orzechami! Na szczęście, udało się pójść w nieco mniej nawiedzaną część parku, gdzie już i tłumy mniejsze (bo nie to, że nie słychać było ludzi wędrujących , rozglądających się i stukających dwoma trzymanymi w dłoniach orzechami (nie wiedziałam, że tak się wabi wiewiórki, to chyba jakaś nowość?). Udało się i nam i dwie rudaski zostały obdarowane orzechami i ganiały potem z wyrazem paniki w oczach nie wiedząc, gdzie zakopać, aby natychmiast nie został ów orzech skradziony przez wszędobylskie wrony siwe. Jedna z wron widząc nas z workiem z orzechami śledziła nas! W końcu P. stwierdził, że da jej orzech i dopiero to pozbawiło zadziornego ptaka chęci bawienia się w naśladowcę detektywa…Orzechy jeszcze zostały, więc pewnie kolejne weekendy spędzimy na podkarmianiu wiewiór. 
W obu parkach oczywiście masa ludzi, i oczywiście Młode Pary, szczególnie wczoraj dużo, widać, że jednak Łazienki wciąż są niezłym miejscem do pleneru, chociaż ciepło pewnie szczególnie paniom nie było.

W naszej okolicy osiedliły się puszczyki i niedawno kilka razy słychać było ich rozdzielanie terenów. Najbardziej „horrorowy” odgłos sowy, który twórcy tychże filmów tak lubią wykorzystywać, to właśnie rozlegało się niedawno w naszej okolicy. Wspaniale mieć tak blisko naturę. „Nasz” puszczyk chyba wiemy, gdzie mieszka, mam nadzieję, że go nikt nie przepłoszy, ostatnio widziałam dziewczyny świecące latarkami po drzewach. Po co? I tak go nie znajdą, jak go zirytują, to i tak bezszelestnie przeleci sobie na inne drzewo. P. nagrywał puszczyka, kiedy, to ciekawe, przeleciało nad nami stado gęsi. Pora była zdecydowanie nie na przeloty, bo po 21.00 (popełniowy księżyc dodawał atmosfery), więc sądzę, że ktoś chyba te gęsi musiał przestraszyć, bo skąd o tej porze by się znalazły na niebie?
Tak to u nas właśnie się mieszka, niby w mieście, a jak na wsi. Nie narzekam na to właśnie. Ostatnio coraz bardziej nie lubię tłoku, tłumów. Nigdy nie lubiłam, ale teraz szczególnie. Wolę spacery w naszej okolicy, spokojniejsze, szczególnie kiedy wieczorem, bo i ciekawe odgłosy usłyszeć właśnie można.  

15 października-Dzień Dziecka Utraconego.

Dla każdego rodzica, który stracił Dziecko, czy to w wyniku poronienia, czy po Jego narodzinach czy też nieco później zapewne każdy dzień następny jego życia jest takim dniem.

Ustanowiono jednak 15 października Dniem Dziecka Utraconego aby pamiętać tego dnia bardziej a może raczej aby uświadamiać, że osieroceni rodzice żyją wśród nas. Was. Jest ich więcej, teraz to wiem, niż moglibyśmy przypuszczać. Nie mówią, cierpią w sobie, najczęściej nie mają komu się zwierzyć poza naprawdę paroma osobami. Przeżywają, drżą o zdrowie i siłę dla swoich partnerów i siebie, martwią się o przyszłość swoją i swoich związków. Bardzo często spotykają się z reakcją otoczenia „zdarzyło się, trzeba przeżyć i do przodu!”. Pewnie dlatego potrzebują i takich dni, w których uświadamiają innym, że często naprawdę niewiele trzeba, aby chociaż na chwilę odebrać im część smutku czy ciężar, brzemię nieszczęścia. A nie traktować ich jak obarczonych zakaźną chorobą. Nieszczęściem się nie zaraża, ono po prostu zwala się na głowę, nie pytając i nie wybierając, może każdemu.
Swoją drogą, życie jest nieprzewidywalne i dziwne, rok temu nie przypuszczałam, że stanę w tej grupie ludzi……. 

A tu możecie poczytać:

http://www.15pazdziernika.info/

„Kobieta bez twarzy”. Anna Fryczkowska.

 

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2011).

Najpierw to, co chodzi mi od jakiegoś czasu po głowie, czyli jak ja się cieszę, że polscy autorzy przestali bać się pisania kryminałów! Uff…Ten po macoszemu do niedawna traktowany u nas gatunek zaczyna mieć swoich wielbicieli i przyjemnie jest oprócz rewelacyjnych na ogół Skandynawów przedstawicieli własnego narodu zajmującego się nim w sposób naprawdę dobry.

Po tym wstępie następna uwaga. Często bywa tak, że im bardziej coś chwalone na forach tym bardziej nieufnie do tego podchodzę. Wtedy zaglądam na forum Kryminały i Sensacje i poznaję opinie znajomych stamtąd i już wiem, warto po coś sięgnąć. Oczywiście, że nie wszystkie opinie pokrywają się z moimi, jednak zachwyty nad „Kobietą bez twarzy” Anny Fryczkowskiej, właściwie same zachwyty, jakie tam wyczytałam, okazały się jak najbardziej prawdziwe! I dobrze.

Dawno już coś aż tak mnie nie wciągnęło! To jedna z tych książek, które jak się zacznie, tak trudno jest się od nich oderwać. 

Fryczkowska akcję „Kobiety bez twarzy” umiejscowiła w wiosce Świątkowice. To do tej wioski trafiają główni bohaterowie, czyli rodzina w kryzysie, Hanna Cudny i jej dwoje dzieci, dziesięciolatka Michalina i trzynastolatek Maks. Taty w tym układzie nie ma, jakiś czas temu bowiem wymiksował się z rodziny wybrawszy zamiast zmagania się z życiem śmiertelny skok przez okno. Jedyna głowa rodziny, którą z konieczności stała się Hania, będzie uczyć w miejscowy zespole szkół języka angielskiego a dzieci mają poznać nowe, spokojniejsze życie i dojść do siebie po strasznych przejściach.
Hanna Cudny zna wioskę, bowiem to w niej spędzała wakacje swego dzieciństwa, kiedy to jesteśmy mali, beztroscy i jak wszystko dobrze idzie, generalnie nie mamy się zbyt wiele czym przejmować.

Teraz Hanka ma na głowie wiele spraw, którymi musi się przejmować, swoją depresję po samobójczej śmierci męża, z którą kompletnie sobie nie radzi i coraz to dziwniejsze zachowania własnych dzieci. Być może chociażby powodowane tym, że jedno z nich wkracza w piekło wieku dojrzewania, drugie zaś, młodsza córka, znajduje w wioskowym stawie kobietę. 

To taki kryminał, jaki lubię najbardziej czyli z obyczajowym tłem, licznymi obserwacjami współczesnego świata, kondycji człowieka, grupy, rodziny, stada. Obserwacje, które generalnie nie wychodzą na plus, niestety.

Frczykowska stawia brutalną tezę, w obecnym świecie nie ma miejsca na prywatne Arkadie. Oto wioska, która do dziś wydawała się być oazą spokoju i nudy wręcz, w której niby to nic się nie dzieje, staje się areną wydarzeń strasznych i paskudnych. Wiele jest w tych niby przyzwoitych jej mieszkańcach obłudy, fałszu i zła właśnie, jakiejś odwróconej moralności. Owszem, według mnie autorka nieco zbyt popadła w schematyzm (też znam trochę współczesną wieś i wiem, że nie jest tak, że naprawdę wszyscy jej mieszkańcy uczęszczają do Kościoła, podobnie, jak mam nadzieję, że nie jest tak, jak przed moim ślubem stwierdziła córka gospodarzy z mazurskiej wsi, która stwierdziła, że u nich na wsi to do Ślubu idzie się tylko w ciąży) ale rozumiem poniekąd jej zamysł. Jak inaczej pokazać utratę złudzeń, że po traumie, potwornym zniszczeniu, które miało miejsce w życiu, da się dojść do siebie w ongiś niewinnym miejscu wśród ludzi, którzy jak się zdaje, znają się od wieków, wszak wzrastali od zawsze wśród siebie?
Jak inaczej pokazać, że to, co kiedyś wydawało nam się bezpieczne i stałe zupełnie czymś takim nie jest i nawet być nie może?
Miasto kontra wieś, zdaje się mówić autorka i w tej konfrontacji miasto wbrew początkowym ułudom i nadziejom może jednak czuć się zwycięzcą. To wieś bowiem skrywa już nie tyle grzeszki, co grzechy śmiertelne i to tam owo dziejące się zło, na które przymyka się oczy, zdaje się tym straszniejsze, że nie ma tam owej anonimowości, jak dotąd oskarżanej najbardziej o znieczulicę wobec tego, co dzieje się wokół nas.

Fryczkowska , jak wspomina się w licznych recenzjach, faktycznie jest bacznym obserwatorem współczesnego świat. Intryga kryminalna wydaje się być jak najbardziej zrównoważona przez opis tła społeczno obyczajowego, które jak już wspomniałam, nie jest optymistycznym obrazem. W tym wszystkim są bardzo dobrze nakreślone postaci wszystkich bohaterów książki, zarówno głównych jak i tych drugoplanowych. Nikt tu nie jest przerysowany o co nietrudno gdy chce się napisać coś co ma z założenia wstrząsnąć czytelnikami. Niby to przecież zwykła wieś, jakich w Polsce wiele, tacy to zwykli przecież ludzie, których spotykamy w Kościele, sklepie, na wywiadówce dziecka, gdziekolwiek. I chociaż nie polubiłam głównej bohaterki to chyba nawet plus dla autorki, bowiem udało się jej stworzyć postać niemal z krwi i kości, budzącej konkretne emocje. 

Od Autorki wiem, że następny Jej kryminał ma ukazać się w przyszłym roku i muszę powiedzieć, że na pewno będę na niego czekać z niecierpliwością i mam nadzieję, że będzie TYLKO lepszy od debiutu kryminalnego (bowiem ten literacki autorka ma już dawno za sobą, przypominam, że czytałam Jej książkę:) 

 

http://chiara76.blox.pl/2007/06/Straszne-historie-o-otylosci-i-pozadaniu-Anna.html

zajrzałam do recenzji tamtej książki i ponownie muszę stwierdzić, że i tym razem nie podoba mi się okładka, coś autorka nie ma do nich szczęścia. Najważniejsze jednak, że książka dobra.
Moja ocena to 5 / 6. 

 

gratka dla miłośników Murakamiego…

W Warszawie w ramach Piątego Festiwalu Filmowego Pięć Smaków odbędzie się w kinie Muranów premiera filmu powstałego na podstawie książki Murakamiego, czyli „Norwegian Wood”. Pokazy w kinie Muranów odbędą się w ramach festiwalu dwa, pierwszy 21 a drugi 24 października. Po tym drugim ma odbyć się dyskusja o książkach, które wyszły spod pióra Murakamiego.
Muszę przyznać, że brzmi to interesująco, jak również i inne atrakcje w ramach festiwalu, jak chociażby koreańska noc grozy. Może ktoś z Was zainteresowany będzie wybraniem się na niego, stąd moja informacja o tym. Z tego co czytam na stronie, w listopadzie festiwal odbędzie się w Poznaniu i w Krakowie. 

Więcej przeczytać można na stronie festiwalu.