
Wydana w Domu Wydawniczym Rebis. Poznań (2010).
Przełożyła Katarzyna Karłowska.
Tytuł oryginału Little Bird od Heaven.
To moje pierwsze spotkanie z tą autorką, ale nie nazwałabym go całkowicie udanym. Muszę powiedzieć, że chyba nabrałam zbyt dużego apetytu na tę lekturę. Danie nie okazało się aż tak smaczne, jak się mogłam spodziewać, że wciąż użyję kulinarnej nomenklatury.
"Niebieski ptak" to studium rozpadu rodziny. Tego, co jest dla dziecka najważniejsze, co stanowi w tak dużej części o tym, jakim będzie człowiekiem. Ta analiza mnie samą bardziej umęczyła, znużyła, niż spowodowała gonitwę myśli czy refleksji. Niestety, w mojej opinii, jest to książka mocno przegadana. Uważam, że jest zbyt obszerna, nie niosąc treści, które by usprawiedliwiały aż taką jej objętość.
Mamy amerykańską prowincję. W małej miejscowości, w której każdy zna każdego (albo tak mu się przynajmniej wydaje) zdarza się romans. Ojciec rodziny ulega urokowi Zoe, która sama nie wie, kim chce tak naprawdę być. Matką stała się zbyt wcześnie i chyba ją to przerosło, żoną zdaje się nie ma ochoty być, skoro z chęcią wdaje się w romans. Najchętniej śpiewałaby zawodowo, ale to też jakoś nie wychodzi, nie ma zbyt wielkiej siły przebicia.
Dochodzi do tragedii. Zoe pada ofiarą brutalnego mordu.
Podejrzanych jest dwóch. Jej były kochanek, ojciec narratorki, Eddy Diehl i mąż pani, z którym żyła w separacji, pozostawiwszy mu na wychowanie ich syna, Aarona.
Książka to dwie opowieści, dwie różne perspektywy. Jedna to opowieść
Kristy, córki ojca, który miał romans z Zoe, druga to wspomnienia
Aarona. Łączy ich fakt utraty rodziny i konieczność stania się dorosłymi o wiele wcześniej niż większości ich rówieśników.
Kiedy czytałam książkę zorientowałam się, że, niestety, żadna z postaci, żaden bohater nie budzi mojego współczucia. Nie wiem, czy zbytnia to papierowość i przewidywalność postaci, czy po prostu klimat książki, dość, że jak mówię, żaden bohater nie spowodował, że współczułam mu. Ani sama Zoe, która pogubiła się we własnym życiu, ani zdradzana żona, która po zbrodni wyżywała się bardziej na swoich dzieciach zamiast skupić się na tym, że oto stanęły one w perspektywie utraty poczucia bezpieczeństwa. Nie żal mi było Aarona, ani brata Kristy, agresywnego i wulgarnego młodego człowieka. Nie współczułam też jakoś specjalnie samej Kriście, której dotychczasowe życie legło w gruzach. Irytowała mnie jej uległość wobec ojca, który też nie wyglądał na takiego, który specjalnie przejmowałby się faktem, że na własne życzenie rozwalił własną rodzinę krzywdząc tym samym najbardziej dwójkę dzieci. Może tak zachowywałaby się dziesięciolatka, może. Do mnie jakoś jej postać nie przemówiła. Wciąż uległa piętnastolatka, która zachowuje się zbyt ulegle i niezbyt rozsądnie już mnie kompletnie zirytowała.
Jak mówię, miało to być studium rozbicia rodziny, ale wyszło bardziej rozdrapywanie starych ran na poziomie przeglądu bagna, w którym znaleźli się bohaterowie książki. Często to się sprawdza, wręcz skłania do rozważań na temat kondycji współczesnej rodziny i jej problemów. W tym przypadku mnie nie zachwyciło, jak już powyżej wspomniałam, wręcz zmęczyło.
Być może to tylko moje odczucia i komuś innemu ta książka odwrotnie, spodoba się bardzo. Cóż, pozostaje chyba samemu się o tym przekonać.
Moja ocena to 3.5 / 6.
