
Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2010).
Przełożył Paweł Lipszyc.
Tytuł oryginału On the Black Hill.
Kolejny raz muszę powiedzieć, że zdecydowałam się na lekturę zupełnie przypadkowo i, co świetne, okazało się, że moja intuicja nie zawiodła a książka okazała się świetną lekturą. Tak właśnie było w przypadku tej książki, po którą sięgnęłam niejako na zasadzie "zobaczymy, czym to się je". I jak zaczęłam czytać, tak wsiąkłam i nie mogłam się od niej oderwać.
Po raz kolejny, bo już kilka razy to pisałam, kiedy przyszło mi czytać tego typu literaturę, zadam pytanie "opowieści, opowieści, kto z nas ich nie lubi?". Ja uwielbiam i dlatego właśnie tak fascynują mnie książki, które stwarzają wrażenie, że siedzę w ciepłym pokoju (może ogrzewanym kominkiem?), w ręku trzymam kubek ciepłej herbaty a naprzeciwko mnie siedzi ktoś, kto snuje historię… Historię, w której odnajdujemy podobieństwa do własnego lub znajomych życia. Do zawiedzionych lub szczęśliwych miłości, do zrealizowanego bądź jedynie projektowanego szczęścia.
Jedni mają dar do snucia opowieści, niby to zwykłych, a inni nie. Bruce Chatwin w swojej książce opowiadającej o osiemdziesięciu latach życia bliźniaków z Czarnego Wzgórza udowodnił, że on sam niewątpliwie ów dar posiadał.
Znacie na pewno książki, w których każde zdanie jest potrzebne. Ma swój sens. Ta książka jest właśnie taką. Lubię takie właśnie książki, bo wyciągam z nich sens i wartość. Smak dobrej literatury.
Taką powieść chciałabym kiedyś umieć sama napisać, ale jak wspomniałam powyżej, to sztuka pisać o zwykłych ludziach bez nadęcia, bez próby przegadania i z jakąś ciepłą nutą.
Moja ocena to 6 / 6.
