Ciekawe, czy ci, którzy w ogóle w kinie bywają, nie jak ja, zgadzają się z tegorocznymi nagrodami?
chyba po raz pierwszy…
Ciekawe, czy ci, którzy w ogóle w kinie bywają, nie jak ja, zgadzają się z tegorocznymi nagrodami?

Wydana w Wydawnictwie Videograf II. Chorzów (2011).
Przełożyła Ewa Skórska.
Tytuł oryginalny Гадюка в сиропе.
Czwarta część przygód Eulampii Romanowej zwanej przez najbliższych Lampką (a niektórych nowych znajomych nawet Elektrolampą:) rozpoczyna się w chwili, kiedy życie tej detektyw amator zmienia się na czas dłuższy. Oto gospodarze, przyjaciele, u których do tej pory mieszkała, otrzymali na rok ciekawe stypendium w Stanach Zjednoczonych, co oczywiście owocuje wyjazdem całego towarzystwa wraz ze zwierzakami do Ameryki a Lampka ma zostać na ten czas sama. Aby miała co robić, Katia, jej przyjaciółka lekarka, przed wyjazdem "nagrywa" Lampce pracę i Eulampia rozpoczyna pracę w domu słynnego autora powieści kryminalnych jako osoba prowadząca gospodarstwo domowe.
Konrad Razumow, ów autor ma córkę z pierwszego małżeństwa, rozpieszczoną nastolatkę a z drugą żoną czteroletniego synka, z którym łączy go dość dziwna pasja, jaką jest cowieczorny rytuał zabawy w wojnę. Syn pisarza ma zapewne w domu więcej zabawek militarnych niż średnio zaopatrzony sklep z bronią w Teksasie. Pewnego dnia właśnie ta przedziwna rozrywka obu panów, ojca i synka, staje się przyczyną tragedii. Oto bowiem podczas zabawy w wojnę malec zabija ojca. Jak to możliwe? Otóż okazuje się, że ktoś podrzucił dziecku zamiast zabawki prawdziwy rewolwer. Co skutkuje tym, że strzelając niby to na niby dziecko zabija swojego ojca.
Jak zwykle książka Darii Doncowej to taka, jak zwykłam przy recenzowaniu jej książek powtarzać, "bajka dla dorosłych". Na którą to bajkę ja raz na jakiś czas mam chęć. Lubię sobie poczytać o ludzkiej współpracy, życzliwości i nieobojętności na los drugiego człowieka, a to zawsze z historii Doncowej przebija.
Przy tym oczywiście dodatkowo poczucie humoru, intryga kryminalna, jak zwykle dość zakręcona, no i jak lubię, happy end.
Tak więc to jest to, co lubię.
Oczywiście, że czekam już na część następną. A jak dowiedziałam się wczoraj szukając tytułu oryginalnego na stronie autorki cykl o Eulampii liczy sobie całkiem sporą ilość książek.
Mogę się "przyczepić" jedynie do jednego, a mianowicie tytułu. Wydaje mi się, że tytuł oryginalny ma więcej wspólnego ze żmiją niż z padalcem i czemu właściwie nie mogło być "Słodka żmija" na przykład?
Moja ocena to 5 / 6.
A jeśli ktoś zainteresowany jest stroną Darii Doncowej to jest dostępna w języku rosyjskim, oczywiście, pod adresem:
http://www.dontsova.ru/
I jeszcze z ciekawostek. Wczoraj szukając informacji na temat książki autorki odkryłam, że Rosjanie już cykl o Eulampii sfilmowali, znalazłam nawet na youtubie film na podstawie tej książki właśnie. Ciekawe, czy jest szansa, żeby kiedyś dotarł ten serial do Polski.

Wydana w Wydawnictwie Albatros. A.Kuryłowicz. Warszawa (2011).
Przełożył Andrzej Szulc. Tytuł oryginału Gone tomorrow.
O, la la! (Nie zapominajmy, że matka Jacka Reachera była Francuzką a sam Jack biegle posługuje się tym językiem;). Jack Reacher powraca w rewelacyjnej formie! Oklaski na stojąco. Tego mi było trzeba. Poprzednia czytana przeze mnie książka Lee Childa, "Podejrzany" według mnie była na niższym poziomie. Ta zaś ponownie śrubuje w górę i sprawia, że otrzymujemy dokładnie to, na co tak czekamy my, miłośnicy kryminałów i sensacji wychodzących spod pióra? klawiatury? autora, a mianowicie dreszcz emocji, podwyższony poziom adrenaliny, wartką akcję i ten specyficzny nieco ironiczny ton poczucia humoru Jacka.
Jack Reacher ten wieczny wędrowca bez dóbr doczesnych tak obsesyjnie gromadzonych przez współczesnych mu, bez zobowiązań, ten wolny ptak przemierzający wzdłuż i wszerz Stany Zjednoczone Ameryki i wymierzający sprawiedliwość, tym razem zawita do jednego z najbardziej znanych miast na świecie a mianowicie Nowego Jorku.
Wracając z uprawiania nocnego życia metrem około drugiej w nocy zauważa, że w wagonie, w którym oprócz niego siedzi jeszcze niewiele osób, znajduje się kobieta, która z wysokim prawdopodobieństwem okazać się może zamachowcem-samobójcą. Wskazują na to pokrywające się z tym, co widzi obserwujący ją Jack, punkty słynnej izraelskiej listy stworzonej właśnie w celu rozpoznawania potencjalnych zamachowców, terrorystów samobójców.
Jack to serduszko na dłoni, które nie może przecież przejść obojętnie wobec potencjalnego zagrożenia dla innych jak również możliwości złamania prawa, podchodzi do kobiety i rozpoczyna z nią rozmowę. Która to pogawędka nie dość, że szybko się kończy, co wywróci do góry nogami chwilowy i jak zwykle niepewny spokój Jacka Reachera na dłuższy czas.
Nie chcę zdradzać za wiele, w końcu największą przyjemność będziecie mieć z lektury poznając ją sami i odkrywając kolejne tajemnice wraz z Reacherem. Muszę powtórzyć jedno, Jack wraca tu w zdecydowanie swojej wspaniałej formie. Uprzedzam, szczególnie końcówka, jest dość brutalna, ale tak to właśnie bywa, kiedy Jack bierze się za sprzątanie po niegrzecznych ludziach.
Cóż mogę powiedzieć oprócz tego, że miłośników prozy Lee Childa czeka kolejna dobra lektura? Polecam więc.
Moja ocena to 5.5 / 6.
![]()
Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2011).
Przełożył Michał Juszkiewicz.
Tytuł oryginału House Rules.
Po odpuszczeniu sobie paru książek tej autorki, które nastąpiło w wyniku przesytu jej stylem (poza tym ostatnia książka, jaką czytałam nie podobała mi się) wróciłam do jej prozy. I mam mieszane uczucia. Z jednej strony, cieszę się, że jest autorka, która zajmuje się właściwie zawsze tematyką trudną, często chyba niechętnie podejmowaną przez innych, z drugiej, zastanawia mnie, jak to jest, że kobieta, która chyba ma całkiem udane życie osobiste pisze na tak ciężkie i generalnie zawsze przygnębiające tematy. Nie wiem, czy skuszę się na następną jej książkę, chociażby miała dobre recenzje, bo chyba znowu czuję się jednak zmęczona. Nie stylem, ale chyba właśnie ciężarem tematu, przygnębieniem, jakie mnie na ogół ogarnia podczas lektury je książek. Być może jest tak w chwili obecnej, kto wie, jak będzie za czas jakiś, ale na razie chyba ponownie mówię basta.
Po tak długim wstępie przechodzę do słów na temat samej książki "W naszym domu".
Jedno przyznaję zawsze Jodi Picoult i chylę głowę za to, że jej się chce i że poświęca na to swój czas. Zawsze odrabia dobrze lekcję, czyli pisząc na jakiś temat widać jej zaangażowanie w poznanie go dogłębne i wniknięcie a nie liźnięcie tematyki zaledwie po powierzchni.
Tym razem Picoult postanowiła zmierzyć się z problemem autyzmu, konkretnie Zespołem Aspergera, który ma Jacob, jeden z braci, bohaterów książki.
Autorka stworzyła tym razem prozę, w której mamy też drugi wątek, nie tylko dotyczący autyzmu, ale kryminalny, który nierzadko przecież pojawia się w jej książkach.
Jak wspomniałam, bohaterami książki jest dwóch braci, Jacob i Theo, jego młodszy brat i ich matka, samotnie wychowująca synów, Emma. Ojciec chłopców zdezerterował w momencie zdiagnozowania starszego syna (nota bene, dziecko zmienia się po szczepieniach, ten sam motyw występował w filmie, o którym kiedyś pisałam "Usłyszeć ciszę").
Jacob ma pasję, wręcz obsesję, jaką jest jego zainteresowanie kryminalistyką i metodami śledczymi. Interesuje się tym silnie do tego stopnia, że raz nawet pomaga miejscowej policji w rozwiązaniu wyjątkowo niejasnej zagadki zbrodni. Ma satysfakcję jednak do czasu. Do chwili, kiedy zostanie zamordowana jego nauczycielka a raczej instruktorka zachowań społecznych, młoda studentka Jess. Początkowo o mord zostaje oskarżony jej chłopak, który źle traktował dziewczynę, potem jednak sytuacja zmienia się na niekorzyść Jacoba, który zostaje oskarżony o zbrodnię na Jess.
Emma wynajmuje młodego adwokata i próbuje zrobić wszystko, aby pomóc synowi. Ale nie jest to łatwe.
To jeden aspekt książki, wątek kryminalny. Drugi, to problem niepełnosprawności a raczej nie tyle samej niepełnosprawności co istoty bycia rodzeństwem osoby niepełnosprawnej bądź ogólnie mówiąc, chorej. Poznajemy więc zarówno samego Jacoba, jego matkę ale i młodszego brata, Theo, który jak wynika z jego własnych myśli, refleksji, nie jest zachwycony sytuacją, w jakiej się znalazł. Na swój sposób na pewno kocha brata, w końcu ma go tylko jednego, jednak nie ukrywa, że życie z taką osobą, jak Jacob jest częściej, niż można przypuszczać trudne i często bardzo uciążliwe. Praktycznie całe życie rodzinne, owe tytułowe (tytuł oryginalny) "zasady tego domu" zostały podporządkowane Jacobowi i jego niepełnosprawności.
Nie wiem, na ile autorka zgłębiła dane i opinie rodzeństwa osób chorych czy niepełnosprawnych. Nie wiem więc jak jest naprawdę. Obraz wynikający z tej książki nie jest optymistyczny. Mimo, że Theo dostosowuje się do reguł, do tego, jak ma funkcjonować, nie jest szczęśliwy a efektem tego jest chociażby to, co robi czyli najpierw podgląda szczęśliwe w jego mniemaniu rodziny a następnie zaczyna włamywać się do domów takich rodzin aby pooddychać atmosferą szczęścia i prawdziwego domu.
Nie wiem, jak mówię, na ile można wierzyć samej autorce, która z tego, co się orientuję tematykę zna jedynie w teorii.
Domyślam się, że życie takie rodzeństwa nie jest lekkie, że są rodzice, którym pewnie udaje się łączyć posiadanie dziecka chorego i zdrowego i rozdanie swojej uwagi po równo, ale domyślam się też, że są i takie przypadki, w których zdrowe dziecko pozostaje same sobie. Nie podobało mi się, że autorka, tak mi się zdaje, dość tendencyjnie ujęła temat, przykłady w książce (dotyczące różnych rodzajów niepełnosprawności) potwierdzają tę druga tezę, w której raczej uwaga rodziców skupia się głównie na dziecku niepełnosprawnym, co skutkuje nieciekawymi efektami. A może autorka nie przesadza? Może to brutalna rzeczywistość? Wolę tak jednak nie myśleć, bo zwyczajnie, chyba zbyt przygnębiająca jest taka świadomość, wolę więc sądzić, że Picoult nagięła nieco dane, rzeczywistość aby bardziej uwiarygodnić swoje pomysły w książce. Nie wiem, nie wiem i prawdę mówiąc, nie chcę się nad tym zastanawiać.
Szczerze mówiąc, to ten właśnie temat bardziej zajął mnie podczas lektury, niż sam wątek kryminalny.
Mimo, że samą książkę oceniam ogólnie dobrze, to jak wspomniałam, zamierzam ponownie odpocząć od jej prozy, chyba zbyt przygnębiająco na mnie działa.
Moja ocena to 5 / 6.
Mnie się podoba ta piosenka.

Wydana w Domu Wydawniczym Rebis. Poznań (2010).
Przełożyła Katarzyna Karłowska.
Tytuł oryginału Little Bird od Heaven.
To moje pierwsze spotkanie z tą autorką, ale nie nazwałabym go całkowicie udanym. Muszę powiedzieć, że chyba nabrałam zbyt dużego apetytu na tę lekturę. Danie nie okazało się aż tak smaczne, jak się mogłam spodziewać, że wciąż użyję kulinarnej nomenklatury.
"Niebieski ptak" to studium rozpadu rodziny. Tego, co jest dla dziecka najważniejsze, co stanowi w tak dużej części o tym, jakim będzie człowiekiem. Ta analiza mnie samą bardziej umęczyła, znużyła, niż spowodowała gonitwę myśli czy refleksji. Niestety, w mojej opinii, jest to książka mocno przegadana. Uważam, że jest zbyt obszerna, nie niosąc treści, które by usprawiedliwiały aż taką jej objętość.
Mamy amerykańską prowincję. W małej miejscowości, w której każdy zna każdego (albo tak mu się przynajmniej wydaje) zdarza się romans. Ojciec rodziny ulega urokowi Zoe, która sama nie wie, kim chce tak naprawdę być. Matką stała się zbyt wcześnie i chyba ją to przerosło, żoną zdaje się nie ma ochoty być, skoro z chęcią wdaje się w romans. Najchętniej śpiewałaby zawodowo, ale to też jakoś nie wychodzi, nie ma zbyt wielkiej siły przebicia.
Dochodzi do tragedii. Zoe pada ofiarą brutalnego mordu.
Podejrzanych jest dwóch. Jej były kochanek, ojciec narratorki, Eddy Diehl i mąż pani, z którym żyła w separacji, pozostawiwszy mu na wychowanie ich syna, Aarona.
Książka to dwie opowieści, dwie różne perspektywy. Jedna to opowieść
Kristy, córki ojca, który miał romans z Zoe, druga to wspomnienia
Aarona. Łączy ich fakt utraty rodziny i konieczność stania się dorosłymi o wiele wcześniej niż większości ich rówieśników.
Kiedy czytałam książkę zorientowałam się, że, niestety, żadna z postaci, żaden bohater nie budzi mojego współczucia. Nie wiem, czy zbytnia to papierowość i przewidywalność postaci, czy po prostu klimat książki, dość, że jak mówię, żaden bohater nie spowodował, że współczułam mu. Ani sama Zoe, która pogubiła się we własnym życiu, ani zdradzana żona, która po zbrodni wyżywała się bardziej na swoich dzieciach zamiast skupić się na tym, że oto stanęły one w perspektywie utraty poczucia bezpieczeństwa. Nie żal mi było Aarona, ani brata Kristy, agresywnego i wulgarnego młodego człowieka. Nie współczułam też jakoś specjalnie samej Kriście, której dotychczasowe życie legło w gruzach. Irytowała mnie jej uległość wobec ojca, który też nie wyglądał na takiego, który specjalnie przejmowałby się faktem, że na własne życzenie rozwalił własną rodzinę krzywdząc tym samym najbardziej dwójkę dzieci. Może tak zachowywałaby się dziesięciolatka, może. Do mnie jakoś jej postać nie przemówiła. Wciąż uległa piętnastolatka, która zachowuje się zbyt ulegle i niezbyt rozsądnie już mnie kompletnie zirytowała.
Jak mówię, miało to być studium rozbicia rodziny, ale wyszło bardziej rozdrapywanie starych ran na poziomie przeglądu bagna, w którym znaleźli się bohaterowie książki. Często to się sprawdza, wręcz skłania do rozważań na temat kondycji współczesnej rodziny i jej problemów. W tym przypadku mnie nie zachwyciło, jak już powyżej wspomniałam, wręcz zmęczyło.
Być może to tylko moje odczucia i komuś innemu ta książka odwrotnie, spodoba się bardzo. Cóż, pozostaje chyba samemu się o tym przekonać.
Moja ocena to 3.5 / 6.

Wydana w wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (2010).
Moje dzieciństwo było super. Nic nie poradzę na to, że mając pokomplikowaną sytuację rodzinną wciąż ten okres życia wspominam jako jeden z najlepszych w życiu.
A częścią, ważną częścią tego dobrego dzieciństwa na pewno były książki, w końcu, niby dlaczego czytam od czwartego roku życia? Elementem lektury dzieciństwa były oczywiście małe książeczki z cyklu "Poczytaj mi mamo" znoszone do domu przez Mamę, oczywiście. Te wydawane na jak sądzę po latach, pewnie nie rewelacyjnej jakości papierze, za to z treścią i ilustracjami, jakich na pewno po tylu latach nie muszą się wstydzić. To był czas starannego dobierania lektur dla dzieci. To był czas, kiedy autorzy dla dzieci nie mogli (wynikało to zapewne z prostej peerelowskiej rzeczywistości i realiów) założyć, że na swoich książkach zbiją fortunę. A mimo to tworzyli wspaniałości.
Zupełnie przypadkowo odkryłam na stronie internetowego sklepu, że oto w zeszłym roku wydano pierwszy zbiór owych książeczek znanych na pewno, o to mogę się śmiało założyć, niejednemu czytelnikowi mojego bloga.
Oczywiście, że nabyłam. Powroty w krainy szczęśliwości są takie słodkie. Przypomina się czas niewinności, przekonania, że jedynym problemem jest fakt tego, że trzeba iść spać zaraz po "dobranocce"…
I oto wkroczyłam w świat swojej przeszłości. Czy się bałam? No jasne, że tak. A jak okaże się, że to było nie to, a jak teraz mnie to już nie rozbawi, nie wzruszy?? Nie. Jakże się myliłam. Oczywiście, że okazało się, że (gdzie ten mózg gromadzi takie informacje, te wspomnienia, o których wydaje się, że się już nie pamięta) pamiętam większość z opowiadań w tym tomie. A te, których nie pamiętam, to jak sądzę dlatego, że tych książeczek po prostu nie miałam w tamtych czasach w moim zbiorze.
Ha, okazuje się, że niektóre teksty ("gdzie się podziały moje daktyle?…") człowiek nawet fragmentarycznie, ale pamięta.
Zbiór to dość skromny, jak na swoją cenę, bo opowiadań jest według mnie trochę mało, bo tylko dziesięć, ale…wydawnictwo i tak ma we mnie klienta na ciąg dalszy, taka prawda, że najłatwiej "żerujemy" na wspomnieniach szczęśliwości, w końcu, jak pokazały badania, podobno lubimy zapach wanilii i czekolady, bo z dzieciństwem się właśnie kojarzy;) Zresztą, na stronie wydawnictwa cena jest niższa, niż w sklepach, myślę, że zainteresowani warto aby tam dokonali zakupu, różnica jest znaczna.
Jak wspomniałam opowiadań jest dziesięć, autorstwa Danuty Wawiłow, Sławomira Grabowskiego, Marka Nejmana, Janiny Porazińskiej, Heleny Bechlerowej, Joanny Papuzińskiej.
Wszystkie, to solidna dziecięca literatura. Oczywiście na poziomie tego wczesnego dzieciństwa, przedszkolnego według mnie. Opowiadania zaś ozdobione są wspaniałymi, barwnymi ilustracjami, które podobały mi się tak samo, jak wtedy, kiedy je oglądałam sama dzieckiem będąc.
Moje ulubione opowiadania (po latach również;) to "Kolczatek", "Chcę mieć przyjaciela", "Przygoda na balkonie", "Agnieszka opowiada bajkę".
Na koniec zbioru, przedstawione są sylwetki zarówno autorów opowiadań, jak również ilustratorów właśnie, co stanowi interesujący dla mnie dorosłej już teraz, dodatek do książki.
Powiem tak. Jeśli nie macie tych książeczek we własnych zbiorach, jako po prostu pozostałości własnego dzieciństwa, a macie ochotę poczytać je komuś, kogo znowu te opowieści ucieszą, zachwycą i sprawią mu odrobinę szczęścia, oczywiście-waszym dzieciom-nie wahajcie się. Zapewniam, spędzicie wspaniały czas, nie tylko dając czas i mądrą lekturę własnemu dziecku, ale zapewnicie sobie wspaniały powrót do dobrych, szczęśliwych lat.
Moja ocena 5.5 / 6.
…fajny tytuł, co? Testuję, czy wrzucą mojego blogaska na główną, zauważyłam bowiem, że im bardziej dziwny temat wpisu, tym chętniej umieszczają (poza tymi stałymi blogami, które kotłują się tam w nieskończoność, ale to już inna historia).
O pismach znowu będzie. Ostatnio ponarzekałam (kolejny raz) na "Zwierciadło", że się popsuło, że klimat wsiąkł, jak rozlana kawa w wykładzinę, że to, że tamto.
"Twój Styl" kupuję baaardzo okazyjnie. Najczęściej numer lutowy, który zawsze ma chiński horoskop (przypominam, że dziś rozpoczyna się nowy chiński rok, tym razem Rok Królika). Tak więc znam to pismo raczej okazyjnie. Swego czasu, na samym początku regularnie przeglądałam je u M. Matka M. je kupowała, więc przy okazji przyjacielskich pogaduch zawsze sobie je przeglądałyśmy. Wtedy, na kieszeń nastolatki, było dla mnie za drogie i traktowało nie zawsze o tematach, jakie mnie interesowały w tamtym momencie, na początku było mocno o ciuchach, kosmetykach, wszystko to polane było mocno ekskluzywnością, przynajmniej jak na tamte czasy po przełomie takie się nam wydawało.
No i jak mówię, jakoś się z tym pismem nie zaprzyjaźniłam, ale czasem nabywałam, a już zawsze ten numer z horoskopem.
Wczoraj też nabyłam, z racji, jak wyżej.
Zaglądam i marudzę do P. "O, a co to za nowość? Naczelnym kobiecego pisma jest facet?". P. nic, nawet powieka mu nie drgnęła, dalej kroił sałatkę, jakby to było najbardziej pasjonujące zajęcie na świecie. (A już sobie wyobrażam, co by usłyszał ode mnie, gdyby mi ponarzekał, że jego ukochane pisma komputerowe zostały objęte przez naczelną babę;).
Zaczęłam czytać i…wsiąkłam!! Totalny odjazd. Szok, ale taki pozytywny. Ha. Pismo dla mnie. Właściwie prawie każdy artykuł w nim mnie zainteresował.
I tak oczywiście przeczytałam wywiad z Colinem Firthem, którego bardzo lubię i dla zasadzie przekory ten z Alicją Bachledą-Curuś (nic ciekawego, szczerze mówiąc, blado i nijako, niestety). Pośmiałam się na wspomnieniach, w kim w ciągu dwudziestu lat się podkochiwałyśmy (z przymrużeniem oka, ale zdjęcie Lisa sprzed tylu lat , haha, bezcenne).
Zaciekawił mnie artykuł dotyczący postawy matek, które matkami się stając nie chcą wyrzec się kobiecości i własnych zainteresowań,. pasji, (co tak jest potępiane często w naszym społeczeństwie) i bardzo zainteresował ten na temat agresji kobiet.
Ogromnie ciekawy okazał się reportaż o paniach, które mają nietypowe i mocno stresujące zawody, szczególnie moją sympatię wzbudziła pani neurochirurg, która wprost powiedziała, że przy jej stylu życia na rodzinę miejsca się znaleźć nie dało,ale ona jest szczęśliwą osobą.
Ciekawy jest artykuł o monarchiach Europy, a raczej ich podejściu do wydawania pieniędzy.
Przede mną jeszcze trochę lektury. Bo jest jeszcze wywiad z Wojciechem Mannem, jeszcze dwa artykuły o kobietach (tych z zasadami i tych, które rozpoczęły własną działalność gospodarczą).
O kosmetykach też jest ciekawie i tyle, co mi pasuje, czyli ani dużo ani mało, o ciuchach też w sam raz.
No, pismo dla mnie (przynajmniej ten numer). No i ten chiński horoskop nie najgorszy, czyli jakoś to będzie.
Po lekturze, która umila mi walkę z choróbskiem (kaszlę jak najprawdziwszy górnik przodowy) poszłam do P., spuściłam skruszona głowę i mówię "Pamiętasz, jak narzekałam, że naczelnym jest facet?". Łypnął okiem. Pamięta. Ja "No więc, odszczekuję moje narzekania. Facet stworzył pismo, które mi pasuje. Nie udaje (pismo, nie facet) innego, niż ma być. Nie sili się na pseudofilozofię i wydumany klimat, zaciekawia i interesuje, sprawia,że mam chęć na więcej. Chyba się z nim polubię".
No i jak tu nie stwierdzić, że kierując się w życiu stereotypami (nawet tymi nieuświadomionymi, jak widać) możemy coś stracić czy uda nam się coś przeoczyć.
Macie swoje ulubione pisma? Czytujecie coś regularnie?
ps. acha, a jeszcze w tym lutowym numerze jest płyta dvd z filmem o Coco Chanel, może kogoś to zainteresuje.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2010).
Przełożył Paweł Lipszyc.
Tytuł oryginału On the Black Hill.
Kolejny raz muszę powiedzieć, że zdecydowałam się na lekturę zupełnie przypadkowo i, co świetne, okazało się, że moja intuicja nie zawiodła a książka okazała się świetną lekturą. Tak właśnie było w przypadku tej książki, po którą sięgnęłam niejako na zasadzie "zobaczymy, czym to się je". I jak zaczęłam czytać, tak wsiąkłam i nie mogłam się od niej oderwać.
Po raz kolejny, bo już kilka razy to pisałam, kiedy przyszło mi czytać tego typu literaturę, zadam pytanie "opowieści, opowieści, kto z nas ich nie lubi?". Ja uwielbiam i dlatego właśnie tak fascynują mnie książki, które stwarzają wrażenie, że siedzę w ciepłym pokoju (może ogrzewanym kominkiem?), w ręku trzymam kubek ciepłej herbaty a naprzeciwko mnie siedzi ktoś, kto snuje historię… Historię, w której odnajdujemy podobieństwa do własnego lub znajomych życia. Do zawiedzionych lub szczęśliwych miłości, do zrealizowanego bądź jedynie projektowanego szczęścia.
Jedni mają dar do snucia opowieści, niby to zwykłych, a inni nie. Bruce Chatwin w swojej książce opowiadającej o osiemdziesięciu latach życia bliźniaków z Czarnego Wzgórza udowodnił, że on sam niewątpliwie ów dar posiadał.
Znacie na pewno książki, w których każde zdanie jest potrzebne. Ma swój sens. Ta książka jest właśnie taką. Lubię takie właśnie książki, bo wyciągam z nich sens i wartość. Smak dobrej literatury.
Taką powieść chciałabym kiedyś umieć sama napisać, ale jak wspomniałam powyżej, to sztuka pisać o zwykłych ludziach bez nadęcia, bez próby przegadania i z jakąś ciepłą nutą.
Moja ocena to 6 / 6.
Recenzje, Fakty i wiele innych...
nie tylko o książkach
Czytelnicze okno z widokiem na morze
Życie w Irlandii, Podróże po Irlandii i Europie, Tarot
Książki, kawa, święty spokój