„Rusałka”. Reż. Anna Melikyan.

Dawno, dawno temu…tak zaczynają się wszystkie bajki, prawda? I ta powinna tak się zaczynać. Cudowna "Rusałka" niesłusznie (po co w ogóle??) porównywana do "Amelii" przenosi nas bowiem w niby to realny świat, ale w konwencji baśni, opowieści. Dawne baśnie pełne były smoków i złych czarownic chcących dokuczyć królewnom, które kiedyś ktoś przeklął i zmienił w kopciuszki. Dzisiejsze bajki dzieją się w wielkich metropoliach, zmieniły się może rekwizyty ale na pewno nie bohaterowie i ich problemy. Dalej jest tak, że ktoś został zdegradowany do roli Kopciuszka, którym większość pomiata a jakaś wypindrzona królewna zjada z talerza Kopciuszka najlepsze kąski każąc mu się zadowolić resztkami. No i, co ciekawe, współczesne bajki mają prawo do nieposiadania tak zwanego happy endu.

"Rusałka" rozpoczyna się i kończy jak bajka. Opowieść relacjonuje nam sama główna bohaterka, Alisa, która poczęta w przypadkowy sposób nie będzie mieć nigdy okazji poznać swojego ojca, a jej życie toczyć się będzie w małej nadmorskiej miejscowości gdzie żyć będzie wraz z matką i babką. Kolory , przerysowana scenografia i niezwykłość ujęć podkreśla baśniowy charakter opowieści.
Alisa, co ważne dla historii, w pewnym momencie swego życia decyduje się zamilknąć. Niezbyt mądrą decyzją zostaje skierowana do szkoły specjalnej, w której jest najlepszą uczennicą. To w tamtym momencie swojego życia orientuje się, że ma moc. Potrafi spełniać cudze życzenia, pragnienia. Także swoje. Chociaż czasem ich realizacja zbliża się dość niebezpiecznie w rejony katastrofy.

Niemal tuż przed osiemnastymi urodzinami rodzinie udaje się wynieść z małej nadmorskiej wioski do metropolii. Czyli Moskwy. Faktycznie, co muszę przyznać, Moskwa w filmie przedstawiona jest świetnie. Nie wiem, jak jest naprawdę, bo tam nie byłam, ale w filmie brzmi jak metropolia, i zdaje się mieć wręcz niezwykły klimat. Klimat miasta, w którym , jak to we wszystkich wielkich miastach, dzieją się rzeczy różne i nic nie jest niemożliwe.

W tym wielkim mieście Alisa o dziwo bardzo się odnajduje. Znajduje pracę, która zaowocuje pewnymi wydarzeniami, jak również, znajduje tam miłość. Niestety, z pewnością nie spełnioną i nieszczęśliwą. Co jej nie przeszkadza czuć się spełnioną, przynajmniej na początku znajomości, która to, co ciekawe, zaczyna się w wodzie, podobnie, jak jej i jej rodziców dawno temu miało to miejsce.

Co ciekawe, od przyjazdu do Moskwy zmieniają się w filmie dwie sprawy. Po pierwsze, tracimy konwencję bajki. Stajemy mocniej i zdecydowanie realniej na ziemi. Nawet kiedy mamy do czynienia z bzdurami w stylu sprzedawania działek na Księżycu nowobogackim "nowym Rosjanom".
Może to sygnał, że wielkie miasta na ogół pozbawiają nas marzeń, złudzeń i bajkowości?
Druga zmiana, to fakt, że Alisa powraca do świata mówiących czyli miłość dodaje jej skrzydeł i Alisa znów mówi.

Opowieść moskiewska jest dłuższa i bardziej "metropolitalna". W wielkim mieście, co mówiłam, zdarzyć może się wszystko. Można spotkać kobietę udającą, że jest w ciąży albo spotkać miłość swego życia, która miłością nigdy się nie stanie. Można też po prostu zniknąć.

Podobała mi się ta opowieść o Rusałce, naiwnej dziewczynce z zielonymi, jak Ania z Zielonego Wzgórza, włosami. Chociaż, jak mówię, irytuje mnie porównywanie tego filmu do mojej ulubionej "Amelii" i również niepotrzebna przy tej okazji krytyka samej "Amelii". Oba filmy są zupełnie, zupełnie inne i nie ma nawet potrzeby ich ze sobą porównywać. Owszem, myślę, że widać zauroczenie reżyserki i autorki scenariusza francuskim filmem, ale według mnie nastąpił tu jakiś bodziec, inspiracja lekka, która potem pchnęła ją do stworzenia jej własnej opowieści, historii o współczesnych Kopciuszkach początku XXI wieku w wielkich miastach. W których takie historie dzieją się cały czas…wystarczy tylko bardziej się rozejrzeć, przyjrzeć otaczającej nas rzeczywistości.

Moja ocena filmu to 5.5 / 6.