..zmęczona jestem. Zmęczona tym, że nie idzie, jak by się chciało, jak powinno, jak się miało plany itd itp. Niektórych ludzi niepowodzenia mobilizują. Być może. Mnie nie. Na mnie działają przygnębiająco, odbierają siłę do dalszych działań. Obecnie jestem w naprawdę kiepskiej formie. Kompletnie oklapłam. Czuję się pozbawiona siły. Od paru miesięcy nic tylko muszę podejmować decyzje. Pewne już zupełnie nietrafione. Ale jak to mawia K. na daną chwilę trzeba podjąć jakieś konkretne decyzje, które prędzej czy później owocują. Na daną chwilę, co logiczne, taka decyzja jest jasna i konkretna, nam wydaje się być dobra a przynajmniej w przypadku dwóch ścieżek, lepsza. Czas pokazuje, jak różnie może być. Owszem, truizmem trąci, nie zaprzeczam.
Poirytowana jestem, denerwują mnie ludzie, nie mówię, że wszyscy, ale ostatnio, niestety, większość. Szczególnie osoby z rodziny, o których lekko nadmieniłam niedawno. Skąd u ludzi bierze się tak silnie i agresywnie roszczeniowa postawa względem innych i świata? nie pojmę.
Dlatego zamykam się w sobie jeszcze bardziej, niż jest to możliwe u mnie. Nie chcę się tłumaczyć, nie chcę podawać argumentów, tym bardziej, że w mojej sytuacji sprawdza się powiedzenie, że "syty głodnego nie zrozumie" i to, co kiedyś śmieszyło teraz już tak nie bawi.
Chciałabym dorwać jakąś lekturę, która pozwoliłaby mi się oderwać od świata, przenieść w świat literacki nawet jakiś totalnie abstrakcyjny, skoro ten realny tak ostatnio daje się we znaki. Parę dni temu miałam sen ze spadającymi na mnie z nieba autobusem i innym autem. K. wtedy powiedziała, że niedobrze go interpretuje, ja jej na to, że tak się teraz czuję, za dużo spraw, o których tu nie piszę, spada mi na łeb i jakoś czuję się przytłoczona.
Upały zelżały po wczorajszej burzy i dobrze, bo ciężko się żyje w mieście bez klimy. Sypiam "po włosku" czyli pod białym, dającym przyjemne odczucie prześcieradłem, co sprawia, że jest trochę lżej. Dziś śniła mi się znajoma, która potraktowała mnie źle, takich snów też nie lubię.
Kasuję swoje konto na naszej klasie. Ich nowy, drażniący mnie regulamin to sprawił i bardzo dobrze, bo jak wiecie, nie cierpiałam tego serwisu. Nie wiedzieć, co mnie skłoniło w ogóle do założenia tam konta. Obecna sytuacja sprawiła, że nk podjęła decyzję o skasowaniu konta za mnie i dobrze, jak to fajnie, jak ktoś za mnie jakąś decyzję podjął, nieważne nawet jak głupią i błachą. Za sześć dni będzie finito i very well, jak mawiają wyspiarze;) Co tam jeszcze, jak już się tak wypisuję? Ano , z innych przyczyn zajrzałam na swoje konto niby to nieczynne na facebooku, oczywiście okazało się, że banalnie mogę je przywrócić. Oczywiście korzystać z niego nie będę, bo nigdy nie pojmę tego, jak facebook działa, być może jestem niekumata, wisi mi to szczerze mówiąc. Zajrzałam li i jedynie dlatego, bo z tegoż miejsca miałam wejścia na blog, pojęłam , kiedy odnalazłam swoją recenzję zalinkowaną tamże w koncie? książki Murakamiego "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu". Powrót , nawet taki żaden na ten serwis z kolei zaowocował spamem, jaki przyszedł mi z konta jednej z osób, którą mam w kontaktach. Oczywiście osoba ta tego nie wysyłała, ale na temat bezpieczeństwa netowego dało mi do myślenia. Tak więc na razie zmieniłam adres emailowy na taki, z którego praktycznie nie korzystam hehe. A konto pewnie zostawię na zasadzie, jak będę mieć jakieś wejścia na blog, to przynajmniej zobaczę, o co chodzi, bo P. konta na facebooku nie ma i jak mi mówi, nie zamierza mieć, więc muszę korzystać z błędu, jaki kiedyś popełniłam tam konto zakładając i przynajmniej czerpać z tego korzyści.
Zbliża się powoli moja szósta rocznica blogowania. Nie wiem, czy coś na ten temat popełnię, tym bardziej, że co ciekawe, zauważyłam, że rok temu miałam podobne refleksje, mam jakieś właśnie bardziej trzeźwe spojrzenie na blogowanie swoje i cudze. Czyżbym się wypaliła blogowo? Czy blog powinien zmienić swoje oblicze i na przykład skupić się jedynie na książkach , filmach i podróżach? Czy w ogóle go sobie darować. Nie wiem jeszcze. Może to chwilowy kryzys, całkiem prawdopodobne.
Łomatkokochana, się rozpisałam, jak nie ja, no serio. Ale w sumie nikt nie musi czytać, nie?
„Ostatnie tchnienie”. Denise Mina.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2010).
Przełożył Maciej Świerkocki.
Tytuł oryginału The Las Breath.
Poprzednie dwie części cyklu o dziennikarce Paddy Meehan, dziennikarce, która bez niczyjej pomocy sama wywalczyła sobie swoją pozycję w świecie nie tylko otaczającym ją, ale dokładniej w świecie dziennikarstwa podobały mi się bardzo. Na pewno dlatego, że umiejscowiono je w czasach burzliwych reform pani Tatcher, a ten rozdział w historii WB interesuje mnie . Również w dwóch poprzednich częściach "Polu krwi" i "Martwej godzinie"
Ta część, kończąca cykl o Paddy , podobała mi się najmniej. Na pewno przez fakt przesunięcia akcji o dziesięć lat, akcja książki bowiem dzieje się w roku 1990. Zabrakło mi również tych obserwacji społecznych, które tak zachwyciły mnie u świetnej obserwatorki otaczającej ją rzeczywistości w dwóch poprzednich częściach. Również intryga kryminalna jakoś najmniej mnie zainteresowała. Najbardziej interesującym wątkiem okazał się dla mnie nie ten kryminalny a ten, który swój początek ma w pierwszej części cyklu. Oto bowiem w tej części z więzienia wychodzi obecnie dorosły już, bo dziewiętnastoletni sprawca, a raczej, współsprawca okrutnej zbrodni na małym dziecku. Sprawca, który sam był dzieckiem w chwili morderstwa ofiary. Jego powrót do społeczeństwa interesował mnie szczególnie.
Natomiast sama akcja książki zaczyna się w chwili, kiedy ginie dawny kochanek Paddy, mężczyzna, który był dziennikarzem mającym rozmaite kontakty. Bywał na Bliskim Wschodzie ale i w Afryce, w rozmaitych punktach zapalnych. Pojawiają się plotki, że sprawcami są jednak osoby z IRA. Paddy nie do końca w to wierzy, jednak pewne mające nastąpić wkrótce wydarzenia sprawią, że przyjdzie jej ponownie podjąć coś w rodzaju prywatnego śledztwa. Jak zwykle Paddy jest w tym wszystkim samotna, przynajmniej ze strony policji. Tym razem jednak jest inaczej, Paddy musi być ostrożna, ma bowiem dla kogo żyć, a tą osobą jest jej synek.
W tej części najbardziej według mnie doszły do głosu prywatne opinie samej autorki, wcześniej owszem, przemycane, jednak nie aż w takim natężeniu.
W dwóch poprzednich książkach było to, co tak mnie zachwyca we współczesnych kryminałach, czyli mnóstwo obserwacji społecznych, psychologicznych. Niepokoje i lęki związane z odwiecznym konfliktem między katolikami i protestantami, poczucie zagrożenia dla rodziny po tym, jak głowy rodzin masowo traciły prace i często jedynym żywicielem licznych w przypadku katolickich rodzin z irlandzkim rodowodem stawały się dzieci tychże głów rodzin. To wszystko niby to w tle a jednak równie ważne i dające do myślenia, plus ciekawy pomysł na fabułę kryminalną, to było to.
Mimo, że mniej podobała mi się ta ostatnia część trylogii oceniam ją na 4.5 / 6.
„Zniknięcie”. Reż. Erik Poppe.
Iplex nie zawiódł i tym razem. Niedawno dodany film norweskiego reżysera, twórcy "Hawaje, Oslo" zatytułowany "Zniknięcie" obejrzałam z wielkim zainteresowaniem. Po pierwsze, jak wiecie, uwielbiam kino europejskie, takie dobre, niepopularne, nie akcji, ale takie, które niesie ze sobą refleksje, przemyślenia. Cóż, jak większość tego typu filmów, czyli dobrych, ten jest dość smutny, chociażby poprzez tematykę, jaką porusza, a porusza kwestie zbrodni, przebaczenia, dania sobie czy innym drugiej szansy.
Cóż może być gorszego dla rodzica, jak nagłe zniknięcie jego dziecka? Oto pewna kobieta podczas zwykłego spaceru z synkiem wstępuje na chwilę do kawiarni. Chwila z przyczyn od niej niezależnych, przeciąga się, a kiedy kobieta wychodzi do malca, okazuje się, że po wózku z dzieckiem nie ma śladu. Ludzie siedzący przy swoich kawach i pogrążeni w ploteczkach nic nie zauważyli. Dziecko znika, jak kamień w wodę (właściwie to kiepskie porównanie, zważywszy fakt, że jak się szybko dowiadujemy, jak malec zakończył swoje życie).
Okazuje się, że wózek wraz z dzieckiem porwało dwóch nastolatków. Motywy sprawców są dla mnie do dziś niejasne, szczerze mówiąc, ale myślę, że ze strony scenarzysty czy reżysera to celowy zabieg, jako, że nie na tym autorzy filmu chcą się skupić. Porywacze na sprawie sądowej wzajemnie oskarżają się, wypierają morderstwa dziecka a rodzice chłopca pozostają z przerażającą świadomością , że mogli coś zrobić aby zapobiec tragedii, jak również z faktem, że ciała dziecka praktycznie nigdy nie odnaleziono. Czy utkwiło gdzieś w rzece, do której malec został wrzucony czy jego ciało popłynęło gdzieś dalej?
Mija osiem lat i oto jeden ze sprawców zostaje warunkowo zwolniony. W więzieniu miał okazję do przemyśleń. Rozwinął też swój talent muzyczny i stał się bardzo dobrym organistą, co po wyjściu z więzienia pozwoli mu w dość przypadkowy sposób otrzymać pracę jak organista właśnie w jednym z kościołów Oslo, gdzie pastorem jest samotna matka z małym synem (co ciekawe, malec fizycznie bardzo podobny jest do osiem lat temu zaginionego chłopca).
Dalej fabuła w pewnej chwili zdaje się być dość przewidywalna, bohater, przyjmujący po wyjściu z więzienia, swoje drugie imię, Thomas poznaje Annę, pastor, i zaczynają powoli nawiązywać znajomość i zacieśniać relacje. Thomas jednak nie mówi Annie o swojej przeszłości, licząc zapewne, że być może nigdy nie wyjdzie ona na wierzch lub , że Anna do tego czasu pokocha go. Stają się sobie bliscy do tego stopnia, że Thomas może odbierać synka Anny z przedszkola, co też idzie uczynić i kiedy dosłownie na sekundę spuszcza dziecko z oka, wraca się przeszłość, jak zły sen choć w jakby innych proporcjach, choć tu Thomas staje bezradny wobec faktu, że dziecko znika.
Tu nagle akcja cofa się w czasie i poznajemy Agnes, matkę zaginionego przed laty chłopca, właśnie po wyjściu Thomasa z więzienia i zaczynamy postrzegać akcję filmu poprzez jej perspektywę, nieco inną od tej, jaką mieliśmy przed chwilą, kiedy widzieliśmy ją oczami Thomasa.
Z perspektywy kobiety znowu mamy niebezpiecznego mordercę i małego, bezbronnego chłopca, który ma kontakt ze zbrodniarzem.
Agnes zdaje się mieć nowe, uporządkowane po stracie syna, wraz z mężem adoptowali dwie dziewczynki (zastanowiło mnie to właśnie, że dziewczynki a nie syna), ale to ona wciąż przechowując buciki synka, wykrada się do garażu, aby odkopać wśród gratów wózek synka i wąchać go w nadziei na złapanie zaginionego już przecież zapachu dziecka, któremu dała kiedyś życie.
Być może można zarzucić autorom filmu pewną popularną symbolikę, woda wszak przedstawiona jest jako ta, która może oczyścić nas z grzechów, jak również jako żywioł, który może zabrać coś najważniejszego. Mnie to jednak nie raziło. Ten film z niewiarygodnie piękną i niezwykłą muzyką na organach (nie, nie, daleko jej do statecznych koncertów znanych z kościołów) pokazuje w spokojny i niezwykle prawdziwy sposób to, jak długo zająć nam może przebaczenie, wybaczenie, komuś, ale i nam samym sobie. Agnes nie może, nie umie i nie chce wybaczyć Thomasowi tego, co się stało, nie umie ułożyć swojego życia. Mimo pozornej stabilizacji widać, że to wszystko, co wraz z mężem ułożyła przez te osiem lat od śmierci synka, jest jak baaardzo krucha konstrukcja z niepewnie ułożonych klocków, która runąć może praktycznie w każdej chwili.
Czy Agnes będzie umiała ułożyć wszystko to w sobie? Czy zło raz wyrządzone komuś daje się w ogóle kiedyś wymazać? Czy nie wraca ono do sprawcy w najmniej spodziewanych chwilach?
I w końcu, zastanawiające mnie zakończenie a raczej to, co mówi matce Thomas na samym prawie końcu. Nie chcąc zdradzać za wiele, powiem jednak, że nie jest ono jak dla mnie możliwe, niemniej jednak pokazuje, jak wiele znaczy to dla Agnes, jak czasem relatywizm przynieść może ukojenie i spokój.
Film z pewnością niezwykle mądry, dający możliwości poruszenia naprawdę wielu dyskusji na tematy przeróżne.
Mimo, że smutny, podobał mi się bardzo i moja jego ocena, to 5.5 / 6.
Wielka Brytania, Holandia, Grecja…
…odwiedziły mnie na pocztówkach.
Wielka Brytania z pocztówkami z Brighton i z domu Darwina, Down House.
Holandia na pocztówce z przepięknym wrzosowiskiem z Parku Hoge Veluwe, który to jak mniemam dopiero wczesną jesienią pokaże całą krasę, kiedy rozkwitnie wrzosem.
No i Grecja ukochana, tym razem na pocztówce z Wyspy Evia, u nas figurująca pod nazwą Eubea (Evia bardziej mi się podoba).
Skasowałam wpis, który popełniłam wcześniej, to info dla tych, którzy czytali. Czasem dobrze jest wypisać , co nam na sercu leży, ale niekoniecznie to zostawiać, to jak z tą kartką, na której piszemy pretensje, żale, smutki a potem ją wyrzucamy. Daliśmy ujście z serca smutkom, nie kisimy w sobie, ale nie ma potrzeby epatowania tym.
Podsumuję jednak jednym zdaniem, nie wiem, czy z całą rodziną, ale z niektórymi jej członkami to naprawdę najlepiej wychodzi się na fotkach a i to nie zawsze, serio serio;)
„Etnolog w Mieście Grzechu. Powieść kryminalna jako świadectwo antropologiczne”. Mariusz Czubaj.

Wydana w Wydawnictwie Oficynka.
Gdańsk (2010).
Po "Stuleciu
detektywów", które czytałam jakiś czas temu
miałam okazję przeczytać kolejną "pozycję obowiązkową" dla miłośników
kryminałów.
I na
wstępie, wielkie dzięki panu Mariuszowi Czubajowi, że zdecydował się na
taką pracę, tak solidne, poparte obszerną bibliografią i własnymi
refleksjami i opiniami, opracowanie literatury kryminalnej.
Nasz
rynek wciąż dość po macoszemu traktuje zarówno piszących i chcących
wydać kryminał jak i samych czytelników (owo słynne parę razy wypominane
przeze mnie chociażby wydawanie serii , cykli nie po kolei, jak to
miało miejsce w przypadku książek Marininy chociażby). Na szczęście od
paru lat powoli, powoli coś się w tej kwestii u nas zmienia, co można
poznać zarówno po zwiększaniu się liczby wydawanych na naszym rynku
kryminałów jak i po sięganiu przez wydawnictwa po nowych, mniej może
popularnych i rozreklamowanych a równie dobrych autorów. Dalej jednak
odnoszę wrażenie, że przyznanie się do lubienia, zaczytywania się wręcz
kryminałami budzi w sporej ilości osób coś w rodzaju lekceważenia być
może nie tyle samego czytelnika co raczej samego gatunku literackiego. A
niesłusznie. Oczywiście nie zamierzam tu teraz dyskutować nad tym, czy
ktoś ma skusić się na kryminały czy nie, jak wiecie, sama jestem
miłośnikiem, ale nie mam jakiejś misji wmawiania innym tychże, natomiast
cieszę się ogromnie, że wreszcie i u nas ktoś na poważnie a nie z
przymrużeniem oka zajął się literaturą kryminalną. Zarówno w samej
książce jak i na końcu książki w solidnej, o czym wspomniałam,
bibliografii autor podaje tytuły prac anglojęzycznych poważnie
traktujących literaturę kryminalną. Warto wspomnieć chociażby
wielokrotnie przypominanego przez Czubaja w jego pracy nazwisko Stephena
Knighta, niekwestionowany autorytet w dziedzinie powieści kryminalnej.
Dobrze,
że i u nas takie opracowanie się pojawiło.
Książka
Czubaja, to dzieło, co wyraźnie się czuje, antropologa kultury mające
cechy wywodu naukowego a jednak podane w sposób jak najbardziej
przystępny dla przeciętnego, nie zajmującego się antropologią,
człowieka. Poruszające tak ciekawe tematy i zagadnienia, że książka
wciąga tak, że trudno jest się od niej oderwać, naprawdę. Ja ją
dosłownie pochłonęłam i wiele miałam podczas niej rozmaitych przemyśleń
sprowokowana przez to, jakie aspekty kryminałów omawiał autor.
Ogromnie
spodobała mi się idea mitologizacji literatury kryminalnej jako podanej
nam współczesnej walki zaczerpniętej z mitu odwiecznie znanej nam walki
dobra ze złem.
Literatura
kryminalna, co ciekawe, pojęta obszernie nie tylko jako powieść stricte
detektywistyczna, ale i thriller, kryminał etniczny , poruszający
problemy mniejszości seksualnych czy kryminał feministyczny, zmusza
bowiem do refleksji i nawet dyskusji. Oto bowiem w Szwecji po
kryminałach Mankella ruszyła dyskusja na temat zachowań Szwedów zarówno
wobec obcych, jak i ich samych. Po wydaniu "Kodu Leonarda da Vinci"
Browna mieliśmy do czynienia z protestami ze strony Kościoła. Literatura
ta więc, nie omawiając jej pod kątem jakości i nie porównując autorów
wzajemnie, powoduje jednak ogromne emocje i wyzwala pytania, oskarżenia,
budzi gniew lub zmusza do przyznania się do porażek, jak chociażby
przyznania się do takiego czy innego traktowania obcych, cudzoziemców,
mniejszości każdego rodzaju, co ważne również mniejszości etnicznych ( w
niektórych przypadkach jest to ironia ponieważ te mniejszości to ni
mniej ni więcej a rdzenni mieszkańcy owych kontynentów).
Czubaj
skupił się w swojej pracy na tym, iż kryminał możemy potraktować jako
swoistego rodzaju narrację o społeczeństwie. Rodzaj lustra, w którym
społeczeństwo może się przeglądać i wyciągać z widoku jaki ujrzymy
wnioski.
Nie bez
kozery większość kryminałów dzieje się w miastach. Miasto bowiem
stanowi, o czym pisałam przypadkowo nie tak dawno recenzując film
"Rusałka" pozbawia nas złudzeń, marzeń, powoduje, że stajemy mocno na
ziemi. Urbanizacja, nowoczesność to również dobra możliwość do
anonimowości, co idzie za tym, więcej jest możliwości zarówno do
popełnienia zbrodni jak i ukrycia się w większej aglomeracji. Mamy też
jednak nurt kryminałów dziejących się na wsi, w społeczeństwach małych,
wydaje się, że takich, w których nic nie da się ukryć, a jednak.
Ważne
jest również umiejscawianie przez piszących kryminały akcji swoich
książek w konkretnych realiach tak aby uwiarygodnić akcję książki.
Ciekawym
rozdziałem książki jest ten, w którym Czubaj porusza problematykę
kryminałów etnicznych u nas niestety, najmniej dotąd popularnych i
nieznanych praktycznie, siłą rzeczy, gdyż o ile się nie mylę, to
praktycznie nie wydawanych. Oprócz serii o sędzim Di, nie mamy do
czynienia z tego typu literaturą kryminalną a szkoda, według mnie. To
ona bowiem powoduje kolejne refleksje na temat współczesnego świata ale
i, problemów kulturowości w obrębie społeczeństwa czy właśnie
mniejszości etnicznej. W tychże kryminałach na pierwszy plan obok samej
fabuły i zbrodni wysuwa się pytanie o to czy faktycznie następują
apokaliptyczne wręcz zagłady dotychczasowego porządku, wzorca, jak
również, czy nie jest tak, że asymilacja jest jednak nieodwracalnym
procesem.
Tak
pojmowana literatura staje się nawet wręcz dokumentem społecznym.
Ów
poruszany a u nas mało znany kryminał etniczny przyznam, że mnie samą
zainteresował ogromnie. Jednak jego brak na naszym rynku widzę jako
efekt tego, że być może nie ma u nas zainteresowania tego typu tematyką
wplecioną w fabułę kryminału. O ile bowiem przemyślenia Mankella czy
ogólnie mówiąc Skandynawów są nam bliskie z tego względu, że praktycznie
to, o czym piszą , nie jest obce nam samym, naszym własnym
społeczeństwom, owo zobojętnienie na drugiego człowieka, samotność, brak
akceptacji tego, co Inne (celowo używam dużej litery) tak problematyka
rdzenności mieszkańców, na których popełnia się zbrodnię dwa razy,
symbolicznie, raz tworząc fabułę, a wcześniej jak najbardziej realnie
wypleniając ich z ich własnych terytoriów i traktując tak, jak miało to
miejsce w Stanach czy Australii jest nam, konkretnie w Polsce, obce. Nie
podejrzewam, aby było na tego typu literaturę zapotrzebowanie. Mamy też
niewielkie doświadczenie z mniejszościami etnicznymi czy kulturowymi,
chociaż powoli i my możemy niebawem pokusić się o powstanie kryminału z
bohaterami z krajów, z którego mamy coraz większą liczbę uchodźców, czy emigrantów , co
szczególnie po roku 1989 ma przecież miejsce. Już przecież Krajewski w
swojej książce "Wilcza Wyspa" ofiarą czyni obywatela Indii, który od lat
mieszka w Polsce. Powoli przecierane są szlaki, według mnie dające
mnóstwo interesujących możliwości dla autorów kryminałów
zainteresowanych nie tylko samą ciekawą fabułą, ale i przemyśleniami
społecznymi.
Poruszane
są również kwestie kryzysu męskości i upadku stereotypu macho, czego
przykładem jest według Czubaja chociażby "Utracona" Karin Fossum,
która tak mi się podobała.
"Etnolog w Mieście Grzechu. Powieść
kryminalna jako świadectwo antropologiczne" porusza
naprawdę wiele interesujących kwestii, jak chociażby kwestię ważności
"ciała" dla gatunku, ciała, które traktowane jest jako swoisty
mikrokosmos społeczny.
Ja
jednak w swojej recenzji napomknęłam o paru z nich, tych, które mnie osobiście poruszają
podczas lektury kryminałów, jak również po prostu jako zachętę dla
miłośników książek kryminalnych, dla których, o czym jestem pewna, ta
książka jest obowiązkowa. Nie bójmy się jednak tego słowa. Takie
obowiązki to czysta przyjemność.
Moja
ocena tej książki to 5.5 / 6.
dysk…
…wczoraj padł mi w kompie. Na szczęście, to akurat można wymienić, co też uczyniliśmy, niemniej jednak chwilowo na pocztę wchodzę tylko przez strony www. No, ale i tak dobrze, że to nic poważniejszego nie jest. Komp dawał mi znaki, pracował coraz gorzej, zawieszał się, więc kwestia wyjaśnienia, co jest nie tak, była kwestią czasu.
Wczoraj zmartwiła mnie wiadomość, która według mnie nic dobrego nie zapowiada, a mianowicie informacja, że Empik kupił Merlina. Obawiam się, że Merlin po prostu zniknie, bo i jak? Śmieszne byłoby dla nowego właściciela utrzymywanie sklepu, w którym jest chociażby taniej. Ja jestem zmartwiona, bo w Merlinie naprawdę sporo kupujemy, to raz, dwa, mieliśmy odbiór w sklepie ich nie tak dawno. No i mnie podobała się opcja możliwości zamówienia prezentów dla kogoś w innym państwie, czy mieście i fakt dowozu kurierem prezentu i opakowania go w imieniu nadawcy.
No, ciekawe, jak to będzie.
„Mogliby w końcu kogoś ZABIĆ”. Praca zbiorowa.

Wydana w Wydawnictwie Oficynka. Gdańsk (2010).
"Mogliby w końcu kogoś ZABIĆ" to zbiór opowiadań kryminalnych polskich autorów takich, jak (w kolejności jakiej są opowiadania) Jacek Skowroński, Piotr Schmandt, Katarzyna Rogińska, Ewa Ostrowska, Adrianna Ewa Stawska, Katarzyna Gacek, Łukasz Śmigiel, Agnieszka Szczepańska, Artur Górski, Piotr Rowicki.
Moje pierwsze spotkanie z niedawno powstałym wydawnictwem okazało się zdecydowanie pozytywne. Ponieważ ostatnio mam ochotę albo na lekturę totalnie optymistyczną albo na właśnie kryminały, ten zbiór okazał się dobrym pomysłem.
I tak oto podczas lektury można zastanowić się całkiem na serio, kto tak naprawdę dokonał zabójstwa prezydenta Gabriela Narutowicza, czy potencjalna ofiara aby na pewno jest ofiarą, co można zrobić dla kogoś innego z miłości a co z nienawiści czy zazdrości a także poznać, na ile bajki ma w sobie z założenia mający być beztroskim świat dziecka.
I tak niby to po prostu zbiór opowiadań kryminalnych z założenia ma w sobie opowiadania nie tylko kryminalne, ale o miłości, z tłem społeczno psychologicznym, ale i sensacyjne, z klimatem gotyckim czy wręcz retro (który to kryminał święci ostatnio stał się przecież tak popularnym kierunkiem, sama taki lubię).
Oczywiście każde z opowiadań jest napisane w innym stylu, ale każde na swój sposób ciekawi, zajmuje. Mnie najbardziej podobały się "Blondynki", "Zbrodnia w bibliotece", "Fotografia z wystawy".
Moja ocena tego zbioru to 4.5 / 6.
świat…
…nie przestaje mnie rozśmieszać. Wczoraj (jako, że nie jestem kibicem jakimś tam zapalonym) dopiero usłyszałam o najsłynniejszej chyba na świecie ośmiornicy, zwanej Paul (brawo marketing Aquarium w Oberhausen!;), która ni miej ni więcej a wieszczy. Wieszczy zwycięstwa lub przegrane dla drużyny niemieckiej. Do tej pory ośmiornica nie myliła się i przewidziała wszystkie wygrane Niemców. Obecnie na Niemców rzekomo padł blady strach bowiem bezlitosna wielbicielka mięczaków wróży zwycięstwo Hiszpanii a nie Niemców. I co teraz? pytają zatrwożeni kibice i wyciągają z szaf wszelkie przedmioty mające wspomóc szczęście drużyny, skoro wróżbitka postraszyła przegraną. A właściwie wróżbita, skoro to Paul, hmmm.
Ciekawe, czy ośmiornica dobrze przewidziała wynik, jak sądzicie?
Ja za to wczoraj miałam wielką niespodziankę ze strony Una invitada, która to przysłała mi kartkę z miasta Szekspira, a mianowicie Stratford upon Avon. Wspomniałam o nim przy okazji ostatnio przeze mnie czytanego kryminały Marthy Grimes, czyli "Pod Zawianym Kaczorem", którego akcja dzieje się właśnie w tym mieście.
Kartka jest z rysunkami przedstawiającymi miejsca związane z życiem Szekspira i jest przy nich krótki opis, gdzie został ochrzczony czy gdzie uczęszczał do szkoły. Bardzo się z tej kartki ucieszyłam, stanowi dopełnienie lektury kryminału i na pewno ciekawostkę dla mnie jako dla zarówno czytelnika, jak i zbieracza kartek. Dzięki wielkie za pomysł i pamięć;)
Nie może mi ta ośmiornica z głowy wyjść, co ją sobie przypomnę, to się śmieję.
O ośmiornicy można poczytać tu.
Update:
Ośmiornica miała rację. Hiszpania-Niemcy 1:0.
Update 11 lipca 2010:
Ośmiornica miała rację i Mistrzami świata zostali Hiszpanie;)
„Samsara. Na drogach, których nie ma”. Tomek Michniewicz.

Wydana w Wydawnictwie Otwarte. Kraków (2010).
Z wielką przyjemnością przeczytałam książkę Tomka Michniewicza. Pewnie dla niejednego mojego czytelnika jego nazwisko nie jest obce, szczególnie dla słuchaczy Radiowej Trójki czy Radia Bis. Podejrzewam, że i ja zetknęłam się z jego reportażami czy artykułami, bo czytam "Podróże", do których pisywał autor, niemniej jednak jakoś nie przypominałam sobie wcześniej nazwiska, tak więc po książkę sięgnęłam nieco "w ciemno" skuszona jak zwykle uroczą i wygodną ogromnie możliwością popodróżowania za cudze, jak ja to określam. Czyli-przeniesienie się w wiele niezwykłych miejsc i krajów , za cudze (czyli w tym przypadku Michniewicza;) pieniądze, w dodatku nie ruszając się z domu. Wspaniała możliwość, szczególnie kiedy jest się osobą taką, jak ja, którą kompletnie nie kusi styl podróżowania autora, jak backpacking, z tym, że dla odmiany lubi poznawać niekoniecznie tylko opisane w przewodnikach miejsca na świecie opisane w dodatku z totalnie subiektywnym zacięciem. Co odczułam w czasie lektury książki.
Jestem ogromnie zadowolona, że po okresie pewnej literackiej hegemonii, jaką mieliśmy na rynku tego typu literatury odkryłam dla siebie nowe nazwisko. Jestem chyba zmęczona owszem, mnie zajmującą swego czasu, mocno podkoloryzowaną literaturą podróżniczą autorstwa Cejrowskiego czy Pawlikowskiej. Oboje zmęczyli mnie czym innym. Cejrowski właśnie tym podkoloryzowaniem i po czasie odczuwalną przeze mnie, jakąś nużącą jednotorowością spojrzenia na swoje podróże, Pawlikowska tym, że, przynajmniej w jej ostatniej książce, jaką czytałam (po najnowszą już właśnie nie miałam chęci sięgać) więcej jest jakiejś jej własnej filozofii a mniej podróży. A ja sięgając po tego typu literaturę oczekuję właśnie podróży a nie wyśmiewania kogoś tam, że według autorki nie odnalazł się on w takich czy innych realiach. Mnie to męczy. Chyba w ogóle jakoś zmęczyło mnie jej spojrzenie na ludzi i świat. Odnajduję je w nieco bliższym kontakcie i zapewne stąd również moja niechęć. Tak czy siak, ten przydługi wywód miał na celu podkreślenie, że osobiście ucieszyłam się z nowego, chyba jak na razie mało przereklamowanego (co uważam za zaletę) nazwiska osoby, która podróżując w sposób dzielący lata świetlne od tego, w jaki ja się poruszam po świecie, umiała mnie jak najbardziej zaciekawić, zachęcić i spowodować, że nie mogłam się od książki oderwać. Co ważne, autor nie gloryfikuje samego siebie, nie ma rozdmuchanego ego (ufff), jak również cechuje się ogromnym poczuciem humoru. Nie raz i nie dwa naprawdę nieźle się uśmiałam, szczególnie przy scenie zamawiania "wreszcie bezpiecznego kurczaczka" w którejś z chińskich jadłodajni.
Mam zamiar przekazać książkę do czytania P. bowiem jestem przekonana, że i jemu się spodoba, zresztą, co czynię tylko przy lekturze, która naprawdę mi się podoba, wiele fragmentów czytałam P. na głos.
Co mi się jeszcze spodobało? Oprócz ciekawych opowieści, spostrzeżeń z podróży Michniewicza do Nepalu, Indii, Wietnamu, Malezji, Chin, Tajlandii, Etiopii, Laosu, z książki wyłania się portret ciekawej postaci człowieka, który zdaje się nie dziwić niczemu i szanującemu to, co obce a przy tym nie tracącemu rozsądku . Podobała mi się też wrażliwość autora na kwestię traktowania zwierząt, w tej książce akurat chodzi o kwestię traktowania słoni. Muszę przyznać, że czytając na głos te fragmenty też, jak sam autor, miałam łzy pod powiekami.
Poza tym lubię, jak autor książki o podróżach opisuje jakieś miejsca, które dla większości typowych turystów pewnie byłyby nieważne. I tak na przykład wiem, że gdybym kiedyś jakimś niezwykłym zrządzeniem losu trafiła do Bangkoku, na pewno udałabym się na targ amuletów;)
Co mnie zdziwiło, to co przynajmniej ja czułam, jakby tłumaczenie się autora w stronę czytelnika z faktu, że bacznie zwraca uwagę na to, co je w czasie swojej podróży. Ja nawet rozumiem to tłumaczenie autora, aczkolwiek nie popieram takiego tłumaczenia się innym, że jest się rozważnym. Może dlatego, że sama wróciłam z pewnej podróży ciężko chora a efekt tej choroby zniszczył pewne sprawy raz na zawsze. Domyślam się, że autor może mieć wśród znajomych takich, sama się z tego typu osobami spotkałam, które uwielbiają się chwalić, jak to one zawsze z każdej podróży wracają zdrowe i nigdy nic im nie zaszkodziło. P. miał w pracy kolegę, który był kiedyś na misji wojskowej w pewnym egzotycznym kraju. Wrócił i pilnie się badał. Wydawało się, że jest zdrowy, jak tur. Umarł z dnia na dzień, kiedy po latach najprawdopodobniej odezwała się bakteria, którą nabył na wyjeździe właśnie i obecności której rzecz jasna nawet nie wiedział. Ja od czasu swojej podróży i po tego typu historiach nigdy bym się nie śmiała z kogoś, kto pilnuje tego, jak i co je, nawet jeśli czasem oznacza to jakieś ograniczenia. Ale to moje prywatne zdanie.
Ogólnie, bardzo mi się książka podobała. Znalazłam w niej trochę wzruszeń, trochę powieści awanturniczej, trochę tego niezwykłego luzu, jaki obecny jest w życiu przeciętnego człowieka tak naprawdę tylko wtedy, kiedy "wyrwie się" z domu, nawet jeśli podróż nie jest jakaś bardzo daleka.
Na stronie 326 autor podaje nam swoją "receptę" na podróżowanie.
Pisze on "Nieważne dokąd jedziesz i po co, ważne, że masz odwagę jechać. Ja nie podróżuję, żeby wspiąć się na jakąś górę. Ja podróżuję dla tych tysięcy drobnostek, o których czytaliście. Moje góry to każdy kolejny kilometr stopem, talerz zupy z pędami bambusa albo ruiny świątyń. (…) Moim szczytem do zdobycia jest przeżycie każdego dnia tak, by go pamiętać do końca życia".
Bardzo mi się ta teoria podoba.
Możecie poczytać stronę autora pod adresem:
http://www.tomekmichniewicz.pl/
jak również na stronie wydawnictwa pod adresem:
http://www.otwarte.eu/samsara
Moja ocena książki to 5 / 6.
kosmetycznie…
…bo czuję,że czasem powinnam napisać coś, jak kobieta z krwi i kości na tym blogu;) Zdradziłam do tej pory chwaloną przeze mnie Ziaję i nawet YR na rzecz maseł do ciała Bielendy. Rozkochałam się po prostu w ich masłach. I tak na przykład baaardzo sobie chwalę ich masło do ciała karotenowe, ale również z innej serii, jaką jest Eco Care. Mogę polecić z czystym sumieniem, bo i daje przyjemne uczucie na skórze i jakoś nie powoduje uczucia lepkości. No i skóra naprawdę przyjemna jest po używaniu tegoż.
Możecie poczytać o produktach na stronie firmy, która jest w necie.
Jak dla mnie świetne kosmetyki za przyzwoitą cenę.
Brzmi jak płatna reklama, ale takową nie jest a po prostu chęcią polecenia czegoś ciekawego a jak to mówią, każdy swój rozum ma i albo się skusi albo nie;)
![]()
