
Książka wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2008).
Przełożyła Marta Jabłońska0Majchrzak. Tytuł oryginału Run.
Skuszenie się na książkę pod wpływem faktu obniżki, którą spostrzegło się w sklepie jak również wrażenia niezłych recenzji na zaprzyjaźnionych blogach książkowych skutkuje jak podejrzewam miłym zaskoczeniem jak i rozczarowaniem. W tym przypadku było to rozczarowanie. Nie znam osławionej książki tejże autorki jaką jest "Belcanto", ale muszę się przyznać, że po tej jej książce raczej nie zamierzam po nią sięgać (no, chyba, że nie musiałabym na nią wydać pieniędzy, to może, kiedyś…). Nie jest tak, że odłożyłam ją na bok nie kończąc lektury, ale w pewnej chwili miałam ochotę wykonać tytułowe polecenie "Run" i uciec.
Nie do końca wiem, co miałam wynieść z tej akurat książki. Bo jak sądzę, nie było zamierzeniem autorki przekonanie mnie o tym, że w rodzinach na ogół panują słodziutkie układy (z bardzo małymi wyjątkami, w tej książce w dodatku najbardziej zarysowanymi i jak to bywa na ogół najbardziej możliwymi do zaistnienia). Nie, chyba nie chodzi o to, abym uwierzyła, że jest słodko, przytulnie. Nie sądzę też, że miałam przekonać się o tym, że bostońskie procedury adopcyjne prowadzone są z minimalnymi środkami bezpieczeństwa i dyskrecji. No i chyba nie chodziło o to, abym zyskała przekonanie, że Boston to mała mieścina, w której wszyscy wszystkich znają. Niestety, ta książka nie trafiła do mnie niczym specjalnym. Nie wyniosłam z niej nic, co mnie akurat by fascynowało, nie skłoniła mnie do przemyśleń innych poza tymi, jak bardzo nasze dane osobowe są chronione przez instytucje za to odpowiedzialne i jak to różnie może wyglądać w różnych krajach.
No, niewypałem może tej książki nie nazwę, bo dokończyłam, ale odkryciem roku, niestety, również nie.
Atmosfera książki budowana przez opis zasypującego Boston śniegu najwyraźniej aż nazbyt zakryła to, co miało być mi przekazane albo zwyczajnie nie była to książka "moja" i nie ten czas na jej lekturę, co też się zdarza.
Poznajemy byłego burmistrza Bostonu, którego kariera załamała się pod wpływem pewnego wydarzenia z przeszłości. Burmistrz ma jednego syna biologicznego, z żoną, która zmarła dość wcześnie i dwóch adoptowanych synów. Co jest w pewien sposób istotne dla książki, są to ciemnoskórzy chłopcy. Pewnego dnia on sam wraz z owymi adoptowanymi dorosłymi już synami wybiera się na polityczne wystąpienie a po owym wiecu ma miejsce wypadek jednego z synów byłego burmistrza, po którym to nic już nie będzie takie samo. Wyjdą na jaw pewne do tej pory skrywane sprawy. Okaże się, że nie wiemy kto i kiedy śledzi nasze życie na granicy obsesji wręcz.
Książka była według mnie mocno schematyczna, silnie przedstawiała dość oklepane kontrasty, co na mnie akurat podziałało dość rozdrażniajaco i taka mało realna jak dla mnie. Zbyt wiele słodu, ja wiem, że czasem potrzebujemy bajek dla dorosłych, jak ja to mówię, ale zbyt dużo nieprawdopodobieństw nie podziałało w tym przypadku zbyt przekonująco. Przynajmniej na mnie nie.
Moja ocena tej książki to 3.5 / 6.
