Iplex nie zawiódł i tym razem. Niedawno dodany film norweskiego reżysera, twórcy "Hawaje, Oslo" zatytułowany "Zniknięcie" obejrzałam z wielkim zainteresowaniem. Po pierwsze, jak wiecie, uwielbiam kino europejskie, takie dobre, niepopularne, nie akcji, ale takie, które niesie ze sobą refleksje, przemyślenia. Cóż, jak większość tego typu filmów, czyli dobrych, ten jest dość smutny, chociażby poprzez tematykę, jaką porusza, a porusza kwestie zbrodni, przebaczenia, dania sobie czy innym drugiej szansy.
Cóż może być gorszego dla rodzica, jak nagłe zniknięcie jego dziecka? Oto pewna kobieta podczas zwykłego spaceru z synkiem wstępuje na chwilę do kawiarni. Chwila z przyczyn od niej niezależnych, przeciąga się, a kiedy kobieta wychodzi do malca, okazuje się, że po wózku z dzieckiem nie ma śladu. Ludzie siedzący przy swoich kawach i pogrążeni w ploteczkach nic nie zauważyli. Dziecko znika, jak kamień w wodę (właściwie to kiepskie porównanie, zważywszy fakt, że jak się szybko dowiadujemy, jak malec zakończył swoje życie).
Okazuje się, że wózek wraz z dzieckiem porwało dwóch nastolatków. Motywy sprawców są dla mnie do dziś niejasne, szczerze mówiąc, ale myślę, że ze strony scenarzysty czy reżysera to celowy zabieg, jako, że nie na tym autorzy filmu chcą się skupić. Porywacze na sprawie sądowej wzajemnie oskarżają się, wypierają morderstwa dziecka a rodzice chłopca pozostają z przerażającą świadomością , że mogli coś zrobić aby zapobiec tragedii, jak również z faktem, że ciała dziecka praktycznie nigdy nie odnaleziono. Czy utkwiło gdzieś w rzece, do której malec został wrzucony czy jego ciało popłynęło gdzieś dalej?
Mija osiem lat i oto jeden ze sprawców zostaje warunkowo zwolniony. W więzieniu miał okazję do przemyśleń. Rozwinął też swój talent muzyczny i stał się bardzo dobrym organistą, co po wyjściu z więzienia pozwoli mu w dość przypadkowy sposób otrzymać pracę jak organista właśnie w jednym z kościołów Oslo, gdzie pastorem jest samotna matka z małym synem (co ciekawe, malec fizycznie bardzo podobny jest do osiem lat temu zaginionego chłopca).
Dalej fabuła w pewnej chwili zdaje się być dość przewidywalna, bohater, przyjmujący po wyjściu z więzienia, swoje drugie imię, Thomas poznaje Annę, pastor, i zaczynają powoli nawiązywać znajomość i zacieśniać relacje. Thomas jednak nie mówi Annie o swojej przeszłości, licząc zapewne, że być może nigdy nie wyjdzie ona na wierzch lub , że Anna do tego czasu pokocha go. Stają się sobie bliscy do tego stopnia, że Thomas może odbierać synka Anny z przedszkola, co też idzie uczynić i kiedy dosłownie na sekundę spuszcza dziecko z oka, wraca się przeszłość, jak zły sen choć w jakby innych proporcjach, choć tu Thomas staje bezradny wobec faktu, że dziecko znika.
Tu nagle akcja cofa się w czasie i poznajemy Agnes, matkę zaginionego przed laty chłopca, właśnie po wyjściu Thomasa z więzienia i zaczynamy postrzegać akcję filmu poprzez jej perspektywę, nieco inną od tej, jaką mieliśmy przed chwilą, kiedy widzieliśmy ją oczami Thomasa.
Z perspektywy kobiety znowu mamy niebezpiecznego mordercę i małego, bezbronnego chłopca, który ma kontakt ze zbrodniarzem.
Agnes zdaje się mieć nowe, uporządkowane po stracie syna, wraz z mężem adoptowali dwie dziewczynki (zastanowiło mnie to właśnie, że dziewczynki a nie syna), ale to ona wciąż przechowując buciki synka, wykrada się do garażu, aby odkopać wśród gratów wózek synka i wąchać go w nadziei na złapanie zaginionego już przecież zapachu dziecka, któremu dała kiedyś życie.
Być może można zarzucić autorom filmu pewną popularną symbolikę, woda wszak przedstawiona jest jako ta, która może oczyścić nas z grzechów, jak również jako żywioł, który może zabrać coś najważniejszego. Mnie to jednak nie raziło. Ten film z niewiarygodnie piękną i niezwykłą muzyką na organach (nie, nie, daleko jej do statecznych koncertów znanych z kościołów) pokazuje w spokojny i niezwykle prawdziwy sposób to, jak długo zająć nam może przebaczenie, wybaczenie, komuś, ale i nam samym sobie. Agnes nie może, nie umie i nie chce wybaczyć Thomasowi tego, co się stało, nie umie ułożyć swojego życia. Mimo pozornej stabilizacji widać, że to wszystko, co wraz z mężem ułożyła przez te osiem lat od śmierci synka, jest jak baaardzo krucha konstrukcja z niepewnie ułożonych klocków, która runąć może praktycznie w każdej chwili.
Czy Agnes będzie umiała ułożyć wszystko to w sobie? Czy zło raz wyrządzone komuś daje się w ogóle kiedyś wymazać? Czy nie wraca ono do sprawcy w najmniej spodziewanych chwilach?
I w końcu, zastanawiające mnie zakończenie a raczej to, co mówi matce Thomas na samym prawie końcu. Nie chcąc zdradzać za wiele, powiem jednak, że nie jest ono jak dla mnie możliwe, niemniej jednak pokazuje, jak wiele znaczy to dla Agnes, jak czasem relatywizm przynieść może ukojenie i spokój.
Film z pewnością niezwykle mądry, dający możliwości poruszenia naprawdę wielu dyskusji na tematy przeróżne.
Mimo, że smutny, podobał mi się bardzo i moja jego ocena, to 5.5 / 6.
Wielka Brytania, Holandia, Grecja…
…odwiedziły mnie na pocztówkach.
Wielka Brytania z pocztówkami z Brighton i z domu Darwina, Down House.
Holandia na pocztówce z przepięknym wrzosowiskiem z Parku Hoge Veluwe, który to jak mniemam dopiero wczesną jesienią pokaże całą krasę, kiedy rozkwitnie wrzosem.
No i Grecja ukochana, tym razem na pocztówce z Wyspy Evia, u nas figurująca pod nazwą Eubea (Evia bardziej mi się podoba).
Skasowałam wpis, który popełniłam wcześniej, to info dla tych, którzy czytali. Czasem dobrze jest wypisać , co nam na sercu leży, ale niekoniecznie to zostawiać, to jak z tą kartką, na której piszemy pretensje, żale, smutki a potem ją wyrzucamy. Daliśmy ujście z serca smutkom, nie kisimy w sobie, ale nie ma potrzeby epatowania tym.
Podsumuję jednak jednym zdaniem, nie wiem, czy z całą rodziną, ale z niektórymi jej członkami to naprawdę najlepiej wychodzi się na fotkach a i to nie zawsze, serio serio;)
