„Samsara. Na drogach, których nie ma”. Tomek Michniewicz.



Wydana w Wydawnictwie Otwarte. Kraków (2010).

Z wielką przyjemnością przeczytałam książkę Tomka Michniewicza. Pewnie dla niejednego mojego czytelnika jego nazwisko nie jest obce, szczególnie dla słuchaczy Radiowej Trójki czy Radia Bis. Podejrzewam, że i ja zetknęłam się z jego reportażami czy artykułami, bo czytam "Podróże", do których pisywał autor, niemniej jednak jakoś nie przypominałam sobie wcześniej nazwiska, tak więc po książkę sięgnęłam nieco "w ciemno" skuszona jak zwykle uroczą i wygodną ogromnie możliwością popodróżowania za cudze, jak ja to określam. Czyli-przeniesienie się w wiele niezwykłych miejsc i krajów , za cudze (czyli w tym przypadku Michniewicza;) pieniądze, w dodatku nie ruszając się z domu. Wspaniała możliwość, szczególnie kiedy jest się osobą taką, jak ja, którą kompletnie nie kusi styl podróżowania autora, jak backpacking, z tym, że dla odmiany lubi poznawać niekoniecznie tylko opisane w przewodnikach miejsca na świecie opisane w dodatku z totalnie subiektywnym zacięciem. Co odczułam w czasie lektury książki.

Jestem ogromnie zadowolona, że po okresie pewnej literackiej hegemonii, jaką mieliśmy na rynku tego typu literatury odkryłam dla siebie nowe nazwisko. Jestem chyba zmęczona owszem, mnie zajmującą swego czasu, mocno podkoloryzowaną literaturą podróżniczą autorstwa Cejrowskiego czy Pawlikowskiej. Oboje zmęczyli mnie czym innym. Cejrowski właśnie tym podkoloryzowaniem i po czasie odczuwalną przeze mnie, jakąś nużącą jednotorowością spojrzenia na swoje podróże, Pawlikowska tym, że, przynajmniej w jej ostatniej książce, jaką czytałam (po najnowszą już właśnie nie miałam chęci sięgać) więcej jest jakiejś jej własnej filozofii a mniej podróży. A ja sięgając po tego typu literaturę oczekuję właśnie podróży a nie wyśmiewania kogoś tam, że według autorki nie odnalazł się on w takich czy innych realiach. Mnie to męczy. Chyba w ogóle jakoś zmęczyło mnie jej spojrzenie na ludzi i świat. Odnajduję je w nieco bliższym kontakcie i zapewne stąd również moja niechęć. Tak czy siak, ten przydługi wywód miał na celu podkreślenie, że osobiście ucieszyłam się z nowego, chyba jak na razie mało przereklamowanego (co uważam za zaletę) nazwiska osoby, która podróżując w sposób dzielący lata świetlne od tego, w jaki ja się poruszam po świecie, umiała mnie jak najbardziej zaciekawić, zachęcić i spowodować, że nie mogłam się od książki oderwać. Co ważne, autor nie gloryfikuje samego siebie, nie ma rozdmuchanego ego (ufff), jak również cechuje się ogromnym poczuciem humoru. Nie raz i nie dwa naprawdę nieźle się uśmiałam, szczególnie przy scenie zamawiania "wreszcie bezpiecznego kurczaczka" w którejś z chińskich jadłodajni.
Mam zamiar przekazać książkę do czytania P. bowiem jestem przekonana, że i jemu się spodoba, zresztą, co czynię tylko przy lekturze, która naprawdę mi się podoba, wiele fragmentów czytałam P. na głos.
Co mi się jeszcze spodobało? Oprócz ciekawych opowieści, spostrzeżeń z podróży Michniewicza do Nepalu, Indii, Wietnamu, Malezji, Chin, Tajlandii, Etiopii, Laosu, z książki wyłania się portret ciekawej postaci człowieka, który zdaje się nie dziwić niczemu i szanującemu to, co obce a przy tym nie tracącemu rozsądku . Podobała mi się też wrażliwość autora na kwestię traktowania zwierząt, w tej książce akurat chodzi o kwestię traktowania słoni. Muszę przyznać, że czytając na głos te fragmenty też, jak sam autor, miałam łzy pod powiekami.

Poza tym lubię, jak autor książki o podróżach opisuje jakieś miejsca, które dla większości typowych turystów pewnie byłyby nieważne. I tak na przykład wiem, że gdybym kiedyś jakimś niezwykłym zrządzeniem losu trafiła do Bangkoku, na pewno udałabym się na targ amuletów;)

Co mnie zdziwiło, to co przynajmniej ja czułam, jakby tłumaczenie się autora w stronę czytelnika z faktu, że bacznie zwraca uwagę na to, co je w czasie swojej podróży. Ja nawet rozumiem to tłumaczenie autora, aczkolwiek nie popieram takiego tłumaczenia się innym, że jest się rozważnym. Może dlatego, że sama wróciłam z pewnej podróży ciężko chora a efekt tej choroby zniszczył pewne sprawy raz na zawsze. Domyślam się, że autor może mieć wśród znajomych takich, sama się z tego typu osobami spotkałam, które uwielbiają się chwalić, jak to one zawsze z każdej podróży wracają zdrowe i nigdy nic im nie zaszkodziło. P. miał w pracy kolegę, który był kiedyś na misji wojskowej w pewnym egzotycznym kraju. Wrócił i pilnie się badał. Wydawało się, że jest zdrowy, jak tur. Umarł z dnia na dzień, kiedy po latach najprawdopodobniej odezwała się bakteria, którą nabył na wyjeździe właśnie i obecności której rzecz jasna nawet nie wiedział. Ja od czasu swojej podróży i po tego typu historiach nigdy bym się nie śmiała z kogoś, kto pilnuje tego, jak i co je, nawet jeśli czasem oznacza to jakieś ograniczenia. Ale to moje prywatne zdanie.

Ogólnie, bardzo mi się książka podobała. Znalazłam w niej trochę wzruszeń, trochę powieści awanturniczej, trochę tego niezwykłego luzu, jaki obecny jest w życiu przeciętnego człowieka tak naprawdę tylko wtedy, kiedy "wyrwie się" z domu, nawet jeśli podróż nie jest jakaś bardzo daleka.
Na stronie 326 autor podaje nam swoją "receptę" na podróżowanie.

Pisze on "Nieważne dokąd jedziesz i po co, ważne, że masz odwagę jechać. Ja nie podróżuję, żeby wspiąć się na jakąś górę. Ja podróżuję dla tych tysięcy drobnostek, o których czytaliście. Moje góry to każdy kolejny kilometr stopem, talerz zupy z pędami bambusa albo ruiny świątyń. (…) Moim szczytem do zdobycia jest przeżycie każdego dnia tak, by go pamiętać do końca życia".
Bardzo mi się ta teoria podoba.

Możecie poczytać stronę autora pod adresem:

http://www.tomekmichniewicz.pl/

jak również na stronie wydawnictwa pod adresem:

http://www.otwarte.eu/samsara


Moja ocena książki to 5 / 6.