…o tym i o owym, czyli idzie wiosna…

…no i dobrze, bo już się doczekać nie mogę.
Ostatnio znowu miałam bardzo złe nastroje, nie ukrywam, że perspektywa pewnej rodzinnej rozmowy na mnie też tak wpływała, chociaż oczywiście, nie tylko. W nocy przed rozmową śnił mi się Ojciec i następnego dnia rozmowa przeszła nadspodziewanie dobrze, chociaż nerwy były, a jakże.
Jestem też trochę poirytowana, co akurat spowodowane jest pewnymi konkretami.

Usiłuję nastawiać się optymistycznie na sprawy, terapeutycznie oglądam Państwa Bielików, którzy moszczą swoje gniazdo. Pamięć zawodzi, ale to chyba Ty Zuzo podesłałaś mi na blogu ten link do estońskich kamer, z których jedna ta z gniazdem bielików ostatnio stała się dla mnie swoistą terapią. Uwielbiam wgapiać się w bieliki, które wyraźnie szykują swoje gniazdo. Układają gałęzie, wyściełają gniazdo mchem. Ściągają się wzrokiem, lubią być blisko, działają razem w taki wzruszający sposób, wyraźnie irytują, kiedy dana gałąź nie ułoży się tak, jak powinna. To działa kojąco i niezwykle wręcz. To podkreśla, że w całym tym zwariowanym świecie, w którym człowiek człowiekowi różnie, są "stałe". Takie "stałe", które krzepią. Bieliki w końcu zawsze zaczną odbudowywać zniszczone zimą gniazda. Bociany i żurawie przylecą. Jaskółki i jeżyki swoim świergotem charakterystycznym podkreślą, że lato w pełni. Słowik umili nam maj swoim koncertem mającym uwieść samiczkę i skusić ją na założenie rodziny;)

Czytam teraz "Dziewczęta z Szanghaju" Lisy See. Bardzo lubię książki tej autorki, i chociaż nie wszystkie jej wydane u nas czytałam (chyba jednej nie) to na tę czekałam i właśnie rozpoczęłam ucztę literacką, mimo, że już prawie na samym początku trudno i ciężko, jak to u autorek z Chin (i Indii, o czym być może kiedyś się rozpiszę).

W weekend, jak pogoda dopisze, a tak ma być , przynajmniej w niedzielę, chciałabym iść na cmentarz…

świętuję sobie…

…przedłużone Urodziny, bowiem wciąż docierają do mnie jeszcze prezenty. I tak Mala_mi rozpieściła mnie wysyłając mi film, a Maga-mara ciekawą książkę dotyczącą fotografii ptaków. Co prawda bardziej to dla P. prezent bo ptaki u nas fotografuje głównie On;) ale ja z wielką przyjemnością ją sobie oglądam i czytam głównie dla fantastycznych fotografii ptaków właśnie.
Dostaliśmy już dwie kartki Świąteczne. Ja swoich na razie nie wysłałam jeszcze. Tak, jak na ogół dość szybko wysyłam, tak jakoś teraz różne sprawy wpłynęły na to, że na razie je zaledwie wypisałam. Mam zamiar wysłać w przyszłym tygodniu bo boję się, że będzie i tak kocioł na poczcie.
Taki, który już jest i powoduje, że na przykład kartka Urodzinowa, jaką do mnie wysłano dziewiątego marca wciąż do mnie nie dotarła i coraz bardziej nastawiam się na fakt, że pewnie nie dotrze. Szkoda, bo podobno projektowana specjalnie z myślą o mnie.
Dostałam za to kartkę na Dzień Świętego Patryka, od Dublinii i KJŻ (Kobiety Jej Życia;). Dzięki Dziewczyny, ogromnie mi się podoba i poprawiła mi nastrój;)

do czego…

…może posunąć się człowiek?
Usłyszałam o tym właśnie w radio. Wczoraj francuska telewizja wyemitowała nieprawdziwy teleturniej. Nieprawdziwy dla odgrywającego rolę torturowanego za złe odpowiedzi, dla jego uczestników, którzy mogli razić go za nieprawidłowe odpowiedzi uczestników , jak rozumiem gra jak najbardziej realna była i najwyraźniej warta świeczki, skoro większość z nich gotowa była torturować inną osobę bądź nawet ją zabić aby tylko osiągnąć swój cel czyli w tym wypadku wygraną.
Nie wiem czy jest sens to skomentować, bo właściwie jak? wcięło mnie z lekka. Nie wiem, czy można to podsumować decydując się na słowa o okrucieństwie, który najwyraźniej większość tak zwanych szarych zwykłych ludzi nosi w sobie? Najwyraźniej problem musi być bardziej złożony ale to już temat dla specjalistów, psychologów a po części na pewno psychiatrów.
Przypomnę tylko dwa swoje wpisy ten i ten poniekąd traktujące na ten sam a może podobny temat, jak również
linkuję Wam artykuł.

„Cudze życie”. Frederique Deghelt.

Wydane w Świecie Książki. Warszawa (2010).
Tytuł oryginalny "La vie d’une autre".

Tłumaczyła Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak.

Tę książką nabyłam trochę z przypadku. Oczywiście najpierw wypatrzyłam ją w katalogu, ale powiem szczerze, że skusiła mnie głównie dlatego, że jest to współczesna proza francuska a tą znam mało. Raptem kilka nazwisk. Tym bardziej skusiła ta właśnie. Co prawda, po raz kolejny zastanawiam się, czy nie podjąć kolejnego zobowiązania po tym, aby nie czytać komentarzy na onecie i nie czytać niczego, co piszą na stronach samego wydawnictwa, bowiem bez sensu jest znać dokładną treść książki tuż przed lekturą;(

Mnie też trudno jest napisać Wam coś o tej książce bez zdradzania zbyt wiele z jej treści a nie chcę psuć radości z lektury potencjalnym czytelnikom, tym bardziej, że książka bardzo mi się podobała.

Pewnego ranka Marie budzi się i orientuje, że…nic nie pamięta z ostatnich…dwunastu lat! Czy to możliwe, że jest już starsza o dwanaście lat? Jest już mężatką? A trójka dzieciaków to naprawdę jej własne dzieci? Jak jest to możliwe, jeśli nie pamięta ich nic a nic , żadnej chwili z przeszłości? scen z okresów kolejnych ciąży? własnego ślubu wcześniej?
Ostatnie jej wspomnienie to chwile kiedy poznawała dopiero mężczyznę, który twierdzi, że są małżeństwem już dłuższy czas.

Dla nas czytelników interesująca jest postawa Marie, która…nie przyznaje się mężowi do tej przedziwnej amnezji. Już to staje się przynajmniej niezrozumiałe.
Marie rozpoczyna prywatne śledztwo mające na celu zyskanie opinii o jej przeszłości wśród znajomych, których numery telefonów znajduje w notatniku.
I jak rozsypane elementy dziwnej układanki usiłuje ona zebrać to, co jest jej przeszłością, jej życiem, które ona sama zapomniała z zatrważającą zgodą na owo zapomnienie.
Co najlepsze, nie jesteśmy wcale przekonani, że Marie ma tak do końca ochotę na poznanie tego, co działo się dotąd w jej życiu.

Książka zapewne ma słabsze strony, być może nie do końca pewne zachowania są dla nas w stu procentach wiarygodne (chociaż, kto wie?), ale według mnie jest jedną z lepszych, jakie ostatnio czytałam właśnie dlatego, że stawia nam różne pytania.
Jak my sami zachowalibyśmy się , gdybyśmy znaleźli się w sytuacji głównej bohaterki?
Czy zawsze dobrze jest dociekać prawdy? Czy nie pozwolić sobie na nie pamiętanie? Czy też dążyć do prawdy za każdą cenę, nawet jeśli rani nas ona?

Mnie się bardzo podobała ta książka, czytało mi się ją świetnie. Moja ocena 5 / 6.

ps. mogę napisać, co mi się nie podoba, a mianowicie okładka książki, która według mnie powoduje, że sporo osób może nawet nie sięgnąć po nią w księgarni, a trochę chyba szkoda.

„Mętne szkło”. Donna Leon.

Wydana w Noir sur Blanc . Warszawa (2010). Tytuł oryginału "Through a Glass, darkly".

Tłumaczyła Alicja Skarbińska-Zielińska.

Najnowsza Donna Leon jak zwykle wzbudziła nasze zainteresowanie, tym bardziej, że zaczytujemy się nią oboje. Tym razem nawet P. pierwszy "dopadł" lekturę i tym razem to ja czekałam aż skończy ją czytać.

"Mętne szkło" to jakby spojrzenie przez właśnie mętny kawałek szkła, który gdzieś udało nam się znaleźć. Przypatrujemy się światu przez taką szybkę, szkło właśnie i nic nie wydaje się być takim, jakie jest. Kształty jakieś niewyraźne, wszystko zmienia swoją perspektywę, mętność mąci nam zarówno spojrzenie jak i nasz osobisty odbiór tego, co widzimy. Co jest prawdą? Czy to co widzimy czy to, czego mogliśmy się spodziewać a czego nie ujrzeliśmy?

Takie miałam refleksje po lekturze.
Jak zwykle u Leon, kryminał jest ale obok niego spojrzenie na współczesne Włochy, ich politykę, społeczeństwo nie tylko Wenecji zamieszkiwanej przez komisarza Brunettiego ale i jego najbliższych.

Tym razem sporo jest o ekologii i zatruwaniu przez zakłady przemysłowe laguny wokół Wenecji. Cóż, ktoś powie, temat i nam nieobcy. Oczywiście, ale czy nie znaczy to, że nie można go naświetlać? Tym bardziej, że jak znam życie, postawa autorki przemycona w książkach spotyka się zapewne z protestem pewnych środowisk.
Akcja książki rozpoczyna się, gdy jeden ze współpracowników Brunettiego prosi go o pomoc przy sprawie aresztowanego znajomego, walczącego o sprawy ekologii dotyczące Wenecji.
Kolegę udaje się bez problemu wydostać z aresztu, przy okazji Brunetti dowiaduje się kilku ciekawych informacji dotyczących zatruwania środowiska jemu najbliższego bo dotyczącego miejsca, w którym mieszka, żyje z rodziną.
Nie przypuszcza on, jak szybko temat wróci się do niego niczym bumerang, z tym, że z tragicznymi w skutki wydarzeniami, jakie będą miały miejsce w jednej z fabryk słynnego szkła z Murano.

Przy tej okazji pojawia się niesamowicie interesujący wątek psychologiczny dotyczący poczucia winy, które często zmienić może się w prywatną niemal obsesję a która potem owocować może nieodwracalnymi zdarzeniami.

Nie był to najlepszy z kryminałów Donny Leon, ale też i nie najgorszy, ja w każdym razie przeczytałam go z zainteresowaniem.
Moja ocena książki 4.5 / 6.

mówiłam, że Paryż…

…mnie przyciąga? Przywołuje najwyraźniej, skoro w tak krótkim czasie , tym razem dzięki uprzejmości Czary , otrzymałam pocztówkę z Paryża właśnie. Tym bardziej bardzo oryginalną bowiem nie z widokiem turystycznym a raczej historycznym, bowiem dokumentującym wydarzenie sprzed równo stu lat, jakie miało miejsce w mieście nad Sekwaną, która to Sekwana wylała i spowodowała powódź. Na mojej kartce widać zalane miasto, dwa domy i łodzie z przewoźnikami, którzy najwyraźniej na tym zarabiali przewożąc ludzi.
O tej powodzi sprzed stu lat dowiedziałam się z tego wpisu u Czary. Jej opis wydarzenia zainteresował tym bardziej, że napisany naprawdę interesująco.
Zawsze mówię, że z Waszych blogów sporo się uczę o świecie, serio, serio;)
Za kartkę i bardzo ciepłe na niej słowa Czarze ogromnie dziękuję.

„Martwa natura z wędzidłem”. Zbigniew Herbert.

Wydane -Fundacja Zeszytów Literackich , Warszawa (2003).

Dobrze jest sięgnąć po coś naprawdę smakowitego literacko. Smakowitego zarówno pod kątem literackim właśnie jak i sztuki, którą dana książka traktuje.
Większość z Was zna zapewne "trylogię" Herberta, "Barbarzyńcę w ogrodzie", "Labirynt nad morzem" i "Martwą naturę z wędzidłem", jego osobiste refleksje na temat sztuki. Ja na pewno czytałam "Labirynt nad morzem" (Grecja:) , który otrzymałam od koleżanki daaawno temu, "barbarzyńcy" nie jestem pewna, bo wydaje mi się, że chyba czytałam, ale tak samo myślałam o "Martwej naturze z wędzidłem" ale na biblionetce ocenę dałam dopiero teraz. Chociaż wciąż mam wrażenie, że dawno, ale jednak czytałam.
Sięgnęłam po wznowienie tej książki z prostego powodu. Uwielbiam , uwielbiam malarstwo holenderskie. Szczególnie siedemnastowieczne. Tak, jak innych zachwycają renesansowe dzieła tak mnie właśnie holenderska dosłowność albo i symbolizm. Ich spojrzenie na świat i otaczającą rzeczywistość. Szczególnie lubię przedstawienia ówczesnych żyjących, ale nie portrety a raczej sceny obyczajowe, "portrety" miast czy wsi ze scenkami z życia, jak również bardzo lubię przedstawienia z życia mieszczaństwa , świąt, obyczajów, wnętrza domostw z pozostawionymi przedmiotami. Najmniej lubię samą martwą naturę lub kwiaty z owadami (motylami, larwami itd).

Spojrzenie Herberta na sztukę mnie zachwyca. Nie sili się on na historycznosztuczne dywagacje. Opisuje to, co on czuje, to, co jego poruszyło podczas wnikliwego podziwiania dzieła. Zachwycają go, podobnie, jak mnie, mało dla innych warte szczegóły. Które jednak dla niego odgrywają wielką rolę. Owszem, podaje ważne szczegóły, ale bardziej skupia się na swoich emocjach aniżeli datach czy wpływach a mi to się podoba, bo zdaje się płynąć z serca.

Tym, którzy nie znają, polecam, tym, którzy znają, polecam raz na jakiś czas sobie przypomnieć;)

Moja ocena książki 5.5 / 6.

Indie…

…dotarły do mnie wczoraj za pomocą pocztówki od Emilii;) Ale się ucieszyłam. Emilia podpytała mnie o to, jaką bym chciała dostać pocztówkę a ja odpowiedziałam, że jak najbardziej turystyczną i najchętniej właśnie z Goa, gdyż wiedziałam, że podczas swojej podróży do Indii zahaczą i o to miejsce właśnie.
Dostałam więc obłędnie wakacyjną pocztówkę z palmami leniwie pochylonymi nad plażą ze złotym piaseczkiem, pięknie lazurową wodą i rybacką łódką na pierwszym planie, a pocztówka prezentuje ni mniej ni więcej a tę plażę, czyli
Palolem, sami popodziwiajce zalinkowane zdjęcia z tejże
…raj na ziemi, co?
Czasem mam chęć na totalne leniuchowanie na plaży z książką pod ręką, dobrym blokerem na nosie (dlaczego mój nos opala się najszybciej , najintensywniej i zawsze potem wyglądam jak renifer Rudi?) i coś czuję, że plaże na Goa są takim super miejscem na lenistwo słodkie właśnie;)
Za kartkę dziękuję ogromnie;)

„Tysiąc dni w Orvieto”. Marlena de Blasi.

Wydana w Wydawnictwie "Wydawnictwo Literackie". (2010). Tłumaczyła Małgorzata Hesko-Kołodzińska.
Tytuł oryginalny "The lady in the palazzo: at home in Umbria".

Hmmmm…nastawiłam się na kolejną ucztę dla ducha i trochę dla ciała (mimo, że nie spożywałam wraz z autorką, to opisy uczt czy smakowitych potraw do tej pory zamieszczanych w dwóch jej poprzednich książkach tej i tej zawsze działały na mnie krzepiąco) i jednak się zawiodłam. Według mnie (powtarzam, moje opinie o książkach to tylko moje, wyłącznie moje odczucia, jak najbardziej subiektywne) to najgorsza z "trylogii" de Blasi, jak ja sobie na swój prywatny użytek ją nazwę.
Po pierwsze, zabrakło mi tego specyficznego klimatu, który był w części poprzedniej, czyli w opisie życia jej i jej męża w Toskanii. Według mnie w ogóle "Tysiąc dni w Toskanii" jest najlepszą ze wszystkich części. I na pewno dlatego, że jest jakaś taka najcieplejsza, najbardziej "bliska" drugiego człowieka. Zapewne za sprawą wspaniałych , ciepłych osób, jakie na swej drodze miała szczęście napotkać de Blasi. Według mnie trzecia część jest chyba najmniej interesująca właśnie dlatego, że jakoś "tych" osób, "takich" osób mi zabrakło. Zdecydowanie.
Za dużo tam osobistego zamieszania w związku z nieudanym remontem , którego efekt się odwleka, a za mało tego ciepła. Kto wie, być może faktem jest, że życie na wsi wcale nie jest nudne, jak sądzą zapewne niektórzy i właśnie na wsi a raczej w mniejszych miejscowościach wbrew pozorom więcej się dzieje a na pewno jest jakoś spokojniej, można odkryć samego siebie. Życie w mieście nie zawsze zaś musi dla każdego być ekscytujące…
Ta część mnie najmniej zaciekawiła, mimo, a to ciekawe, to z niej wypisałam cytaty, którymi koniecznie muszę się z Wami podzielić, jako, że są mi niezwykle bliskie.

I to uczynię na zakończenie podsumowania tej książki.

"Mogłam zachować się słodko i ulegać presji, dzięki czemu od czasu do czasu dopuszczano by mnie do cudzego grona, ale zapłaciłabym za to zdradą samej siebie. Mogłam też mówić, co czuję i myślę, w efekcie ryzykując, że przyjdzie mi wieść żywot pustelnicy. W większości wypadków wybierałam to drugie. Nigdy w życiu nie zdarzyło mi się prosić o aprobatę ani jęczeć o sympatię. Z całą pewnością nigdy nie łasiłam się w nadziei, że ktoś mnie pokocha".

i jeszcze:

"Zawsze byłam nieufna , kiedy miałam do czynienia z kimś rzekomo nieskazitelnym, bo moim zdaniem to oznaka fałszywego serca albo zwykłej głupoty".

i jeszcze:

Jeśli fantazja lub pragnienie pozostaje nieosiągalne, może zmienić się w torturę. W takiej sytuacji , dla własnego bezpieczeństwa , ludzie odsuwają od siebie marzenie, zastępują je innym."

I za te właśnie niesamowite zbieżności myśli tej właśnie książce daruję ocenę:

4 / 6.

Update:

na stronie wydawnictwa znalazłam stronę autorki, w tym widzę, że jest tłumaczony jej blog, podaję adres:

http://www.marlenadeblasi.pl/