
Wydana w Wydawnictwie Literackim MUZA SA. Warszawa (2010).
Przełożyła Marta Szafrańska-Brandt. Tytuł oryginału "Das Wochenende".
Barnard Schlink zdaje się być autorem, który w swoich książkach rozlicza się z przeszłością i ciemniejszymi stronami historii współczesnych Niemiec. Tak było w recenzowanym przeze mnie "Lektorze", w którym rozliczał się z najgorszą jak dotąd Wojną Światową. Rozlicza się również w "Końcu tygodnia", w której to książce sięga po motyw terroryzmu w Niemczech, RAF’u.
Nie przypuszczałam biorąc tę książkę do ręki, że dosłownie parę dni potem zdarzy się atak terrorystyczny na metro w Moskwie. Nie ukrywam, że zdecydowanie zmieniło to mój odbiór indywidualny tej książki, oczywiście, że go wzmocniło, sprawiło, że refleksje nie wydały się powodowane "tylko" literacką warstwą książki, ale jak najbardziej prawdziwymi wydarzeniami, które miały miejsce.
W "Końcu tygodnia" autor przedstawia nam członka RAF’u , Jorga, który właśnie został ułaskawiony przez prezydenta. Dlaczego człowiek, który postępował tak a nie inaczej i który zabił kilka osób dostąpił zaszczytu uwolnienia? Czyżby wyraził skruchę? Zrozumiał przez dwadzieścia lat pobytu w więzieniu, że postąpił niegodnie?
Siostra Jorga urządza w swojej posiadłości, nabytej z przyjaciółką, spotkanie po latach, na które zaprasza dawnych przyjaciół. Są to dawni sympatycy lewicowego ruchu, którzy jednak nie mordowali. Ich działalność "ograniczała się" do drukowania czy projektowania plakatów i wspierania. Pytanie, czy i tak odpowiedzialność w jakiś sposób nie spływa i na nich.
Ale oto garstka przyjaciół z przeszłości ponownie się spotyka. Teraz już nie walczą z systemem, teraz stali się jego częścią. Są dostojnie mieszczańscy, mają dobrą pracę, kształcą dzieci, sami się realizują. Spotykają się aby w ciągu jednego weekendu rozliczyć się ostatecznie z tym, co ich uwiera ze wspólnej przeszłości…
Mnie podobało się to, że Schlink ich nie wyśmiał. Być może dla ideowego fanatyka zabawne okazało by się takie a nie inne przedstawienie ludzi po ponad dwudziestu latach, ludzi, skonfrontowanych z dawnymi ideałami. Które, jak się okazuje, nic dobrego nie przyniosłyby w ich życie, gdyby dali się im porwać, jak Jorg. Oni jednak wtedy tego nie uczynili. Wycofali się w odpowiednim momencie. Teraz zdają się nawet tego wstydzić, że kiedykolwiek w ogóle brali udział w takim wspólnym ogłupieniu, manipulacji ich ideałami, tym, że będąc młodym tak chętnie buntujemy się przeciw temu, co głoszą starsi. Tym ciekawsze to, że Niemcy faktycznie mogli dyskutować o fakcie buntu przeciw rodzicom, którzy dali wciągnąć się w nurt faszyzmu (oczywiście, że nie wszyscy!). Tylko, że bunt nie musi oznaczać od razu mordów. A to jak wiedzą interesujący się współczesną historią Niemiec miało miejsce podczas działań, ataków RAF’u.
Podobała mi się ta książka z rozmaitych powodów. Po pierwsze, lubię, kiedy ktoś sięga po "niepopularne" tematy i umie tak rozgrzebać je palcem, że poruszy do głębi ale nie spłyci i nie ograniczy się do chwytliwych banałów.
Podobało mi się, bo Schlink wyraźnie pokazuje, że nie mamy co mieć nadziei, że fanatycy, wszyscy ci szaleni wyznawcy chorych idei, którzy mordują w imię owych idei właśnie, odczują skruchę. Być może niektórzy-owszem. Spora część jednak zapewne nigdy i nie ma co liczyć, że można mieć na to nadzieję. Nie. Autor jednoznacznie tę nadzieję czytelnikowi odbiera.
Spodobało mi się postawienie pytania, czy wyrzeczenie się niegdysiejszych ideałów musi oznaczać przegrane życie? A może to po prostu dorośnięcie? Cieszę się też wyraźnie postawioną tezą, że silniejsze jednostki, nawet jeśli mają "romans" z jakąś wyimaginowaną ideą są w stanie oprzeć się jej i dać jej osobisty opór.
No i na koniec, co zaniepokoiło, ale czyż nie jest to prawda, a mianowicie delikatna sugestia, co tak naprawdę jest prawdą? Czy to, co nam się zdaje? Czy może być prawda a priori? A może nie? Może każdy z nas nosi w sobie swoją własną indywidualną prawdę?
To ostatnie być może "kłóci się" z tym, co napisałam o książce powyżej, ale chyba właśnie dlatego tak mnie zainteresowało, zafrapowało. Tym, że mimo, że mamy swoje własne przekonania, wierzenia, ideały, może się zdarzyć, że w zetknięciu z cudzymi stajemy się bezradni. Nie jesteśmy w stanie pokonać ich a co słabsze jednostki nawet mogę ulec cudzym, głoszonym z przekonaniem prawdom i ideom.
Miejmy nadzieję, że w swoim życiu będziemy umieli zachować siłę…
Moja ocena książki 5 / 6.
