„Dziewczęta z Szanghaju”. Lisa See.

Wydana w Świecie Książki. Warszawa (2010). Tłumaczenie z angielskiego Magdalena Słysz. Tytuł oryginału Shanghai Girls.

Naczekałam się na tę książkę Lisy See i nie zawiodłam się. To dobrze. Nie lubię tego poczucia rozczarowania, jakie bywa, kiedy naczekam się długo na kolejną książkę lubianego przeze mnie autora bądź autorkę i …lektura rozczarowuje.
Jeśli chodzi o "Dziewczęta z Szanghaju" nic takiego nie miało miejsca.

Za co lubię książki Lisy See? Za to, że przedstawia ona siłę kobiet, ich współpracę. Możliwość pomagania sobie nawzajem.
Tak było w książce "Kwiat Śniegu i Sekretny Wachlarz", po której zdecydowałam się napisać do autorki. Nie wiem, czy to fakt, że była dopiero początkująca czy jej po prostu fajny charakter, spowodował, że odpisała do mnie. Owszem, nie elaborat, ale zdecydowanie ona, krótki email ale bardzo sympatyczny.

"Dziewczęta z Szanghaju" to opowieść o dwóch siostrach Pearl, która jest starszą siostrą i młodszej-May.
Oczekujący sagi z wciąż niespodziewanymi wydarzeniami zawiodą się. Owszem, jest tu opisana historia rodziny i przedstawione wydarzenia nawet częstokroć dramatyczne, ale ogólnie to opowieść o życiu. Podkreślam to bo ostatnio na pewnym portalu z zaskoczeniem znalazłam zestawioną moją recenzję innej książki, japońskiej sagi "Ulica tysiąca kwiatów" wraz z opinią innej blogowiczki, która zawiedziona była książką podczas kiedy ja wręcz odwrotnie. Toteż podkreślam. Ci, którzy oczekują niesamowitego napięcia akcji, zapraszani są do innego działu biblioteki. Ci, którzy chcą poznać życie Chińczyków, którzy zdarzeniem losu trafią do Stanów Zjednoczonych i których życie tam, niełatwe, jest przedstawione, zdecydowanie w tej książce znajdą coś dla siebie.

Ja nie oczekuję po książce fajerwerków i wyśrubowanych sytuacji często graniczących z niemożliwością. Ja lubię historie z życia, które są słodko gorzkie. Ale które są prawdziwe. I to znalazłam w tej książce. Jak już wspomniałam jest to historia dwóch sióstr, które los rzuci do Stanów lat 1937-1957. Życie "degraduje" je, ale one się nie poddają. Walczą. Z całych sił starają się odnaleźć w nowej ojczyźnie i chociaż ich serce po części zawsze będzie w Chinach, starają się prowadzić w Stanach normalne życie.
Mnie zaciekawił opis życia Chińczyków w Stanach właśnie w tych latach. Owszem, już z "Chińczyka" Mankella wiem, że Chińczycy trafiali tam nie zawsze z własnej woli, ale tam opisywane były losy emigrantów dużo wcześniej trafiających na amerykański ląd. Tu zaś ciekawe było dla mnie traktowanie emigrantów z Chin właśnie już w latach trzydziestych i dalej. Nie ma co się łudzić. Nie byli chętnie widzianymi nowymi mieszkańcami , w dodatku traktowanymi zdecydowanie jak obywatele gorszej kategorii.
Lisa See jednak uniknęła zbytniego dramatyzowania. Ona nie oskarża, a raczej przedstawia w swojej opowieści niełatwe losy tych, którzy przecież również budowali amerykański złoty sen.

Oprócz tego spodobał mi się sam motyw wspólnoty sióstr, pewnie dlatego, że sama , jako jedynaczka, o siostrze mogę sobie tylko pomarzyć. I chociaż relacje przedstawione na kartach książki nie zawsze są łatwe, to i tak wiemy jedno, jakkolwiek by było, dla bohaterek to siostra właśnie jest tą najbliższą, najlepiej znającą ją osobą.

Mnie się podobała. Moja ocena książki to 5 / 6.

pierwsze jajko;)



Niniejszym informuję zainteresowanych życiem Państwa Bielików, że w gnieździe pojawiło się pierwsze jajo;)
Mieliśmy to ogromne szczęście, że "uczestniczyliśmy" w tym niezwykłym wydarzeniu. I to mój Mąż odgadł, dlaczego Pani Bielikowa wydaje takie a nie inne odgłosy, ha!
Obecnie Pani Bielikowa wysiaduje. Ciekawe, kiedy pojawi się następne bo nie ukrywam, że liczę na jeszcze jedno przynajmniej.
Szkoda, że Pan Bielik nie uczestniczył w fakcie. Niedługo przed niesieniem zniknął gdzieś , można powiedzieć, że wyniósł się dyplomatycznie.
Niech się tylko jajko zdrowo chowa i żeby się wykluło zdrowe pisklę z niego.