„Tysiąc dni w Orvieto”. Marlena de Blasi.

Wydana w Wydawnictwie "Wydawnictwo Literackie". (2010). Tłumaczyła Małgorzata Hesko-Kołodzińska.
Tytuł oryginalny "The lady in the palazzo: at home in Umbria".

Hmmmm…nastawiłam się na kolejną ucztę dla ducha i trochę dla ciała (mimo, że nie spożywałam wraz z autorką, to opisy uczt czy smakowitych potraw do tej pory zamieszczanych w dwóch jej poprzednich książkach tej i tej zawsze działały na mnie krzepiąco) i jednak się zawiodłam. Według mnie (powtarzam, moje opinie o książkach to tylko moje, wyłącznie moje odczucia, jak najbardziej subiektywne) to najgorsza z "trylogii" de Blasi, jak ja sobie na swój prywatny użytek ją nazwę.
Po pierwsze, zabrakło mi tego specyficznego klimatu, który był w części poprzedniej, czyli w opisie życia jej i jej męża w Toskanii. Według mnie w ogóle "Tysiąc dni w Toskanii" jest najlepszą ze wszystkich części. I na pewno dlatego, że jest jakaś taka najcieplejsza, najbardziej "bliska" drugiego człowieka. Zapewne za sprawą wspaniałych , ciepłych osób, jakie na swej drodze miała szczęście napotkać de Blasi. Według mnie trzecia część jest chyba najmniej interesująca właśnie dlatego, że jakoś "tych" osób, "takich" osób mi zabrakło. Zdecydowanie.
Za dużo tam osobistego zamieszania w związku z nieudanym remontem , którego efekt się odwleka, a za mało tego ciepła. Kto wie, być może faktem jest, że życie na wsi wcale nie jest nudne, jak sądzą zapewne niektórzy i właśnie na wsi a raczej w mniejszych miejscowościach wbrew pozorom więcej się dzieje a na pewno jest jakoś spokojniej, można odkryć samego siebie. Życie w mieście nie zawsze zaś musi dla każdego być ekscytujące…
Ta część mnie najmniej zaciekawiła, mimo, a to ciekawe, to z niej wypisałam cytaty, którymi koniecznie muszę się z Wami podzielić, jako, że są mi niezwykle bliskie.

I to uczynię na zakończenie podsumowania tej książki.

"Mogłam zachować się słodko i ulegać presji, dzięki czemu od czasu do czasu dopuszczano by mnie do cudzego grona, ale zapłaciłabym za to zdradą samej siebie. Mogłam też mówić, co czuję i myślę, w efekcie ryzykując, że przyjdzie mi wieść żywot pustelnicy. W większości wypadków wybierałam to drugie. Nigdy w życiu nie zdarzyło mi się prosić o aprobatę ani jęczeć o sympatię. Z całą pewnością nigdy nie łasiłam się w nadziei, że ktoś mnie pokocha".

i jeszcze:

"Zawsze byłam nieufna , kiedy miałam do czynienia z kimś rzekomo nieskazitelnym, bo moim zdaniem to oznaka fałszywego serca albo zwykłej głupoty".

i jeszcze:

Jeśli fantazja lub pragnienie pozostaje nieosiągalne, może zmienić się w torturę. W takiej sytuacji , dla własnego bezpieczeństwa , ludzie odsuwają od siebie marzenie, zastępują je innym."

I za te właśnie niesamowite zbieżności myśli tej właśnie książce daruję ocenę:

4 / 6.

Update:

na stronie wydawnictwa znalazłam stronę autorki, w tym widzę, że jest tłumaczony jej blog, podaję adres:

http://www.marlenadeblasi.pl/