„Koniec tygodnia”. Bernard Schlink.

Wydana w Wydawnictwie Literackim MUZA SA. Warszawa (2010).
Przełożyła Marta Szafrańska-Brandt. Tytuł oryginału "Das Wochenende".

Barnard Schlink zdaje się być autorem, który w swoich książkach rozlicza się z przeszłością i ciemniejszymi stronami historii współczesnych Niemiec. Tak było w recenzowanym przeze mnie "Lektorze", w którym rozliczał się z najgorszą jak dotąd Wojną Światową. Rozlicza się również w "Końcu tygodnia", w której to książce sięga po motyw terroryzmu w Niemczech, RAF’u.

Nie przypuszczałam biorąc tę książkę do ręki, że dosłownie parę dni potem zdarzy się atak terrorystyczny na metro w Moskwie. Nie ukrywam, że zdecydowanie zmieniło to mój odbiór indywidualny tej książki, oczywiście, że go wzmocniło, sprawiło, że refleksje nie wydały się powodowane "tylko" literacką warstwą książki, ale jak najbardziej prawdziwymi wydarzeniami, które miały miejsce.

W "Końcu tygodnia" autor przedstawia nam członka RAF’u , Jorga, który właśnie został ułaskawiony przez prezydenta. Dlaczego człowiek, który postępował tak a nie inaczej i który zabił kilka osób dostąpił zaszczytu uwolnienia? Czyżby wyraził skruchę? Zrozumiał przez dwadzieścia lat pobytu w więzieniu, że postąpił niegodnie?
Siostra Jorga urządza w swojej posiadłości, nabytej z przyjaciółką, spotkanie po latach, na które zaprasza dawnych przyjaciół. Są to dawni sympatycy lewicowego ruchu, którzy jednak nie mordowali. Ich działalność "ograniczała się" do drukowania czy projektowania plakatów i wspierania. Pytanie, czy i tak odpowiedzialność w jakiś sposób nie spływa i na nich.
Ale oto garstka przyjaciół z przeszłości ponownie się spotyka. Teraz już nie walczą z systemem, teraz stali się jego częścią. Są dostojnie mieszczańscy, mają dobrą pracę, kształcą dzieci, sami się realizują. Spotykają się aby w ciągu jednego weekendu rozliczyć się ostatecznie z tym, co ich uwiera ze wspólnej przeszłości…
Mnie podobało się to, że Schlink ich nie wyśmiał. Być może dla ideowego fanatyka zabawne okazało by się takie a nie inne przedstawienie ludzi po ponad dwudziestu latach, ludzi, skonfrontowanych z dawnymi ideałami. Które, jak się okazuje, nic dobrego nie przyniosłyby w ich życie, gdyby dali się im porwać, jak Jorg. Oni jednak wtedy tego nie uczynili. Wycofali się w odpowiednim momencie. Teraz zdają się nawet tego wstydzić, że kiedykolwiek w ogóle brali udział w takim wspólnym ogłupieniu, manipulacji ich ideałami, tym, że będąc młodym tak chętnie buntujemy się przeciw temu, co głoszą starsi. Tym ciekawsze to, że Niemcy faktycznie mogli dyskutować o fakcie buntu przeciw rodzicom, którzy dali wciągnąć się w nurt faszyzmu (oczywiście, że nie wszyscy!). Tylko, że bunt nie musi oznaczać od razu mordów. A to jak wiedzą interesujący się współczesną historią Niemiec miało miejsce podczas działań, ataków RAF’u.

Podobała mi się ta książka z rozmaitych powodów. Po pierwsze, lubię, kiedy ktoś sięga po "niepopularne" tematy i umie tak rozgrzebać je palcem, że poruszy do głębi ale nie spłyci i nie ograniczy się do chwytliwych banałów.
Podobało mi się, bo Schlink wyraźnie pokazuje, że nie mamy co mieć nadziei, że fanatycy, wszyscy ci szaleni wyznawcy chorych idei, którzy mordują w imię owych idei właśnie, odczują skruchę. Być może niektórzy-owszem. Spora część jednak zapewne nigdy i nie ma co liczyć, że można mieć na to nadzieję. Nie. Autor jednoznacznie tę nadzieję czytelnikowi odbiera.
Spodobało mi się postawienie pytania, czy wyrzeczenie się niegdysiejszych ideałów musi oznaczać przegrane życie? A może to po prostu dorośnięcie? Cieszę się też wyraźnie postawioną tezą, że silniejsze jednostki, nawet jeśli mają "romans" z jakąś wyimaginowaną ideą są w stanie oprzeć się jej i dać jej osobisty opór.
No i na koniec, co zaniepokoiło, ale czyż nie jest to prawda, a mianowicie delikatna sugestia, co tak naprawdę jest prawdą? Czy to, co nam się zdaje? Czy może być prawda a priori? A może nie? Może każdy z nas nosi w sobie swoją własną indywidualną prawdę?
To ostatnie być może "kłóci się" z tym, co napisałam o książce powyżej, ale chyba właśnie dlatego tak mnie zainteresowało, zafrapowało. Tym, że mimo, że mamy swoje własne przekonania, wierzenia, ideały, może się zdarzyć, że w zetknięciu z cudzymi stajemy się bezradni. Nie jesteśmy w stanie pokonać ich a co słabsze jednostki nawet mogę ulec cudzym, głoszonym z przekonaniem prawdom i ideom.
Miejmy nadzieję, że w swoim życiu będziemy umieli zachować siłę…

Moja ocena książki 5 / 6.

Portugalia…

…dziś do mnie dotarła, a konkretnie Lizbona tak przeze mnie lubiana;) A to za sprawą Una invitada, której wielkie dzięki za pocztówkę. Na kartce widnieje ujęcie z roku 1940, z Alfamy. Widać uliczkę, dwie kamienice, widać sznury z praniem a przed nim nieopodal rosłego drzewa na trójkołowym rowerku bawi się jakaś dziewczynka. Wszystko to w kolorze sepii. Uwielbiam takie kartki. Ale, co jeszcze piękniejsze, jak tak spojrzałam na tę kartkę to tak, jakbym sobie przypomniała Alfamę z naszego pobytu tamże, w roku 2003. Nic się jakby nie zmieniło. Te same kamieniczki stoją, te same wąskie uliczki prowadzące w górę, po których snuć sie można całymi godzinami. Takie samo pranie, o którym nawet wspominałam w swoich zapiskach o Portugalii. No, może nie to samo dokładnie, ale tak samo wisi pomiędzy domami i cieszy oko;)
Dziękuję za przypomnienie mi o tym, dlaczego tak radosna byłam i szczęśliwa w tym mieście.
A w tym linku, jeśli się otworzy, jest ta pocztówka, którą dostałam:

http://www.jfd19deabril.com/portfolio.php?cat_id=31

to ta z prawej.

A to ja naprzeciw Torre de Belem w Lizbonie właśnie.

przeraża…

…dzisiejszy świat. Tak naprawdę nigdy pewnie nie zdawał się przeciętnemu człowiekowi miejscem bezpiecznym i słodkim. Ale nic na to nie poradzę, że nagły powrót rozwoju terroryzmu, który dla mnie Europejki datuje się akurat owego osławionego już jedenastego września 2001, mnie osobiście zatrważa. Z dzieciństwa pamiętam przebłyski wiadomości telewizyjnych, w których wciąż pokazywali jakiś rozbity samolot, z tym, że wtedy ta tragedia nie powodowana była wadą konstrukcyjną, ale właśnie atakiem terrorystycznym. Wielka Brytania, Izrael, wszystkie te państwa stały się "nieszczęsnymi pionierami" w walce w terroryzmem, z tego, co pamiętam, swego czasu w Londynie nie było koszy na śmieci, po prostu. Bo to było miejsce, w którym można było ukryć bombę.
Dzisiaj rano obudził mnie głos z radia mówiący o atakach terrorystycznych w moskiewskim metrze. I znowu uczucie przerażenia. Bo ktokolwiek by nie stał za owym zamachem powiedzieć mogę jedno, w czyjejś głowie znowu urodziły się chore idee, chore myśli, które doprowadziły do tego a nie innego. Czyli pragnienia uderzenia w jak zwykle, najmniej winnych, tak zwanych szarych, przeciętnych ludzi. Spieszących do często niesatysfakcjonującej , źle opłacanej pracy, do szkoły, którą chce się skończyć, jeśli chce się coś w życiu osiągnąć, kto wie, może do przychodni przyszpitalnej z dzieckiem z przewlekłą chorobą?
Nie mogę zrozumieć. Wiem, jestem naiwna i pewnie niejednemu wydam się zabawna nie umiejąc pojąć, ale nie umiem. Tego, że ktoś postanawia unicestwić życie nie tylko kogoś, kogo zamorduje, ale również osób bliskich tejże osobie, rodzicom, rodzeństwu, przyjaciołom, bliskim.
Wszystkie te ataki, w Japonii na metro, w Madrycie na kolejkę, niejeden już w Moskwie , budzą refleksje, że ktoś tam bawi się w gównianą politykę a obrywa jak zwykle niewinny.
Wiem, rzucam tu truizmami, ale siedzi mi to w głowie, odkąd się obudziłam i usłyszałam o ataku.
Acha, proszę o niepolitykowanie w niniejszym wpisie. Osoby, które na przykład chcą rzucić obelgą na Rosjan zapraszam w jakieś inne miejsce gdzie mogą dać upust własnym frustracjom. Tu , w tej chwili nie chodzi o Japończyków, Rosjan, Londyńczyków, Izraelczyków, Amerykanów, którzy padli ofiarą zamachów terrorystycznych. Tu chodzi wyłącznie o drugiego człowieka. Który nie zasługuje na taką śmierć. Po prostu.

wiosenny wpis…

…wreszcie, wreszcie można było odbyć spacer do lasu, taki porządny, z długim łażeniem, wypatrywaniem i nasłuchiwaniem ptaków, poczuciem solidnego zmęczenia…
Ja wiem, że są osoby, które zimę lubią, wiem też, że Wy wiecie, że ja zimy nie cierpię. Co zawsze rozumiem z większą mocą w ten pierwszy naprawdę wiosenny dzień, kiedy aby wyjść na spacer nie muszę wdziewać stosów krępujących ciuchów, kiedy powietrze pachnie tak, że aż się w głowie kręci, kiedy las, do którego się idzie aż krzyczy z życia. Taką porę roku kocham. Zimy nie, bo kojarzy mi się ze śmiercią. Rozumiem, że ona podobno po coś jest, ale kochać jej nie muszę, z roku na rok mniej dobrze znoszę , za to wiosnę witam z coraz większą radością;) Tak czy inaczej, dziś poszliśmy do lasu, który jak napisałam aż krzyczał z radości za sprawą ptaków. Darły się albo śpiewały kusząco zięby, kosy, kowaliki, widzieliśmy pełzacza. Chyba słyszeliśmy rudzika. Nie wiem, co z dzięciołami bo coś mało ich słyszeliśmy w porównaniu z zeszłym rokiem. A dzięcioły wiadomo muszą być w lesie, bo mu jak mało które ptaki oddają przysługę.
A na polu już są skowronki:)
Niech żyje wiosna;)

„Zjazd szkolny”. Simone van der Vlugt.

Wydana w Wydawnictwie MUZA. Warszawa (2010). Przełożyła Dorota Szafrańska-Poniewierska. Tytuł oryginalny "De reunie".

Tak sobie zdałam sprawę gdy zainteresował się tą książką, że z literatury holenderskiej znam chyba właściwie jak dotąd jedynie listy Van Gogha do brata Theo i vice versa, które zostały opublikowane. No i tyle. Dlatego z wielką chęcią sięgnęłam po książkę z Holandii, ze sporą rolą Amsterdamu w tle, tym bardziej, że reprezentowała gatunek, który lubię czyli kryminał i thriller. Niestety, muszę przyznać, że to, co zrobił ktoś na stronie wydawnictwa streszczając intrygę i praktycznie UJAWNIAJĄC rozwiązanie kryminalnej zagadki w jak rozumiem notce redakcyjnej mającej zachęcić czytelnika do lektury budzi moją irytację. Jak tak można???? Przecież my, czytelnicy, zaglądamy na strony Wydawnictw, to stamtąd czerpiemy wiedzę o zapowiedziach wydawniczych, nowościach.
Powiem tak, całą, całą lekturę miałam cichą nadzieję, że to, co ktoś na stronie wydawnictwa ujawnił okaże się taką zmyłką dla czytelnika. Niestety, tak się nie stało;( lektura w ten sposób została jednak zubożona o 90% tego, co w kryminale lubię najbardziej, element zaskoczenia, to, kiedy nie domyślę się prawie do ostatniej strony, kto jest sprawcą.
Dlatego ci, którzy sięgną po tę książkę-apeluję-nie czytajcie notki wydawniczej, inaczej po prostu w ogóle nie macie po co sięgać po książkę.

A książka jest dobra i interesująca. Zaczyna się w chwili, kiedy Sabine, młoda kobieta po silnym załamaniu nerwowym wraca do swojej pracy. Na razie na pół etatu. Podenerwowana jest nie tylko tym, jak po długiej nieobecności przyjmą ją koledzy z pracy, ale również faktem, który przywołuje na myśl jakieś niechciane wyparte fragmenty wspomnień a mianowicie informacją o mającym się odbyć niedługo zjeździe szkolnym.
Sabine nie bardzo ma chęć pojawić się na owym zjeździe. Nie tylko dlatego, że swego czasu w szkole jej dokuczano, ale również dlatego, że to przypomnienie czasów szkolnych przypomniało jej i zaginięcie dawnej jej przyjaciółki, Isabel. Do tej pory Sabine jakby w ogóle nie pamiętała o jej zaginięciu, ale teraz do jej głowy zaczyna dobijać się coraz więcej wspomnień, jakichś kawałków dziwnej układanki, którą Sabine zdawała się wyrzucić do kosza. Kto jest wrogiem a kto przyjacielem? Co tak naprawdę stało się z jej przyjaciółką Isabel? Czy padła ofiarą przestępstwa czy uciekła z domu?
Sabine czuje się coraz bardziej niepewnie, tym bardziej, że dziwnym zbiegiem okoliczności w dość krótkim czasie w jej życie wdziera się nie tylko wspomnienie przeszłości ale i parę osób z przeszłości, których wydawało się, że Sabine nie pamięta.

Oprócz intrygi kryminalnej książka pomieścić zdołała kilka innych ważnych współczesnemu światu problemów takich, jak dokuczanie słabszym w szkole, ale i mobbing w pracy.

Gdyby nie to, że wcześniej jednak wiedziałam kto i co, miałabym z tej lektury wiele przyjemności a tak, niestety, została ona mocno zaćmiona. Szkoda.
Ale Wy możecie mieć okazję na dobra lekturę i tego Wam życzę.

Moja ocena książki 4.5 / 6.

update:
z przyjemnością informuję, że mój email zgłaszający błąd Wydawnictwu MUZA został wzięty jak najbardziej pod uwagę, informacje o książce na stronie Wydawnictwa zostały więc skorygowane. Błędy nie zdarzają się tylko tym, którzy nic nie robią.

„Mój pierwszy rok w Toskanii”. Małgorzata Matyjaszczyk.


Wydana w Wydawnictwie JK. Łódź (2009).


O autorce i jej blogu słyszałam zanim sięgnęłam po książkę ale jakoś nie złożyło się chyba abym była na jej blogu. Może raz, jak tak usiłuję sobie przypomnieć.
Jednak po słowach zachwytu jakie słyszałam na temat bloga chętnie sięgnęłam po książkę, która jest owocem codziennych zapisków nowego życia autorki książki, jakie rozpoczęła w Toskanii właśnie.
Wiecie, że uwielbiam czytać opowieści ludzi, którzy zmienili swoje życie i są z tej zmiany ogromnie zadowoleni. Taka zmiana, radykalna, jakby nie była, opisana jest właśnie w książce, składającej się właśnie z notatek wcześniej na blogu publikowanych.
Autorka opisuje życie osoby, któr po prostu z jakichś tam swoich własnych przyczyn poczuła, że musi coś w swoim życiu zmienić. I postawiła wszystko na jedną kartę. Wyjeżdżając do Toskanii by tam stać się ni mniej ni więcej a gospodynią na plebanii polskiego księdza.
Zawiodą się ci, którzy oczekiwać będą opisów ognistych romansów z jakimiś przystojnymi Włochami. Nie, najwyraźniej nie po to akurat ta pani tam wyjechała;) Mnie akurat to pasowało, ot, opowieści zwykłej osoby, która zdecydowała się na krok niezwykły zapewne dla większości jej rówieśników, którzy pewnie pukali się w czoło, kiedy oznajmiała im swoje plany. Niby zwykłe życie a ciekawe i przede wszystkim zapiski są szczere, to się czuje, opisują życie takim, jakie jest czyli i słodkie i gorzkie.
Autorka ma wykształcenie plastyczne i to się czuje w jej języku, który opisuje to, co ja lubię najbardziej czytać w  tego typu zapiskach, ludzi, okolice, ale i zwykłe życie. Zwykłe życie, które przecież tak naprawdę jest najciekawsze.
Być może dla niektórych niestrawny wyda się opis życia na plebanii. Siłą rzeczy jest tam sporo o życiu kościelnym, a raczej o codziennej pracy polskiego księdza w parafii włoskiej. Mnie to nie przeszkadzało, ale wiem, że są osoby, które nijak się nie przymuszą i to dla nich problem, a więc uprzedzam. Jak mówię, dla mnie to było oczywiste, skoro Matyjaszczyk wybrała takie a nie inne życie jako gospodyni księdza właśnie.
Nie to jednak, że wszystko jest temu podporządkowane, nie nie, autorka opisuje też własne pasje i zainteresowania (ach, te świece są piękne:), są opisy spotkań ze znajomymi. No i oczywiście, jakżeby inaczej w przypadku książki o Toskanii, wspaniałe jedzenie. Jak zwykle, kiedy czytam książkę z tamtego regionu podczas całej lektury odczuwałam ogromny głód.
To okrucieństwo pastwić się nad czytelnikami w taki sposób;)

Zainteresowanym zapiskami pani Małgorzaty polecam jej stronę:

http://toskania.matyjaszczyk.com/


mnie się ta książka podobała, nastawiła optymistycznie, przede wszystkim przesłaniem, że w życiu na zmiany zawsze jest czas, że życie rozpieszcza nie tylko tych pięknych i młodych, ale tych nieco starszych też i to jest właśnie w nim cudowne.

Moja ocena ksiązki 4.5 / 6.

ptasie kamery

Ponieważ wpis o gnieździe Bielików

http://www.eenet.ee/EENet/

i tam klikamy w Merikotkakaamera albo przełączamy się na angielski (po lewej stronie i tam już po angielsku się poruszamy, ja już czuję, że uczę się powoli estońskiego;)

wzbudził zainteresowanie, podaję
namiary na inne ptasie kamery.


1. Gniazdo Sokołów w Warszawie, na Pałacu Kultury.




http://webcam.peregrinus.pl/warszawa-pkin-podglad-z-warszawy




trwa wysiadywanie…




2. G
niazdo Sokołów we Włocławku, gdzie również trwa wysiadywanie. Jeśli
kamera Wam nie zadziała, polecam "przełączyć się" na kamerę nr 2.




http://webcam.peregrinus.pl/wloclawek-mpec-podglad-z-wloclawka




3. gniazdo Bocianów pod Poznaniem (na razie w nim chyba cisza):




http://poznan5-1.radio.pionier.net.pl:8000/bocianie-gniazdo.ogg




„Dziewczęta z Szanghaju”. Lisa See.

Wydana w Świecie Książki. Warszawa (2010). Tłumaczenie z angielskiego Magdalena Słysz. Tytuł oryginału Shanghai Girls.

Naczekałam się na tę książkę Lisy See i nie zawiodłam się. To dobrze. Nie lubię tego poczucia rozczarowania, jakie bywa, kiedy naczekam się długo na kolejną książkę lubianego przeze mnie autora bądź autorkę i …lektura rozczarowuje.
Jeśli chodzi o "Dziewczęta z Szanghaju" nic takiego nie miało miejsca.

Za co lubię książki Lisy See? Za to, że przedstawia ona siłę kobiet, ich współpracę. Możliwość pomagania sobie nawzajem.
Tak było w książce "Kwiat Śniegu i Sekretny Wachlarz", po której zdecydowałam się napisać do autorki. Nie wiem, czy to fakt, że była dopiero początkująca czy jej po prostu fajny charakter, spowodował, że odpisała do mnie. Owszem, nie elaborat, ale zdecydowanie ona, krótki email ale bardzo sympatyczny.

"Dziewczęta z Szanghaju" to opowieść o dwóch siostrach Pearl, która jest starszą siostrą i młodszej-May.
Oczekujący sagi z wciąż niespodziewanymi wydarzeniami zawiodą się. Owszem, jest tu opisana historia rodziny i przedstawione wydarzenia nawet częstokroć dramatyczne, ale ogólnie to opowieść o życiu. Podkreślam to bo ostatnio na pewnym portalu z zaskoczeniem znalazłam zestawioną moją recenzję innej książki, japońskiej sagi "Ulica tysiąca kwiatów" wraz z opinią innej blogowiczki, która zawiedziona była książką podczas kiedy ja wręcz odwrotnie. Toteż podkreślam. Ci, którzy oczekują niesamowitego napięcia akcji, zapraszani są do innego działu biblioteki. Ci, którzy chcą poznać życie Chińczyków, którzy zdarzeniem losu trafią do Stanów Zjednoczonych i których życie tam, niełatwe, jest przedstawione, zdecydowanie w tej książce znajdą coś dla siebie.

Ja nie oczekuję po książce fajerwerków i wyśrubowanych sytuacji często graniczących z niemożliwością. Ja lubię historie z życia, które są słodko gorzkie. Ale które są prawdziwe. I to znalazłam w tej książce. Jak już wspomniałam jest to historia dwóch sióstr, które los rzuci do Stanów lat 1937-1957. Życie "degraduje" je, ale one się nie poddają. Walczą. Z całych sił starają się odnaleźć w nowej ojczyźnie i chociaż ich serce po części zawsze będzie w Chinach, starają się prowadzić w Stanach normalne życie.
Mnie zaciekawił opis życia Chińczyków w Stanach właśnie w tych latach. Owszem, już z "Chińczyka" Mankella wiem, że Chińczycy trafiali tam nie zawsze z własnej woli, ale tam opisywane były losy emigrantów dużo wcześniej trafiających na amerykański ląd. Tu zaś ciekawe było dla mnie traktowanie emigrantów z Chin właśnie już w latach trzydziestych i dalej. Nie ma co się łudzić. Nie byli chętnie widzianymi nowymi mieszkańcami , w dodatku traktowanymi zdecydowanie jak obywatele gorszej kategorii.
Lisa See jednak uniknęła zbytniego dramatyzowania. Ona nie oskarża, a raczej przedstawia w swojej opowieści niełatwe losy tych, którzy przecież również budowali amerykański złoty sen.

Oprócz tego spodobał mi się sam motyw wspólnoty sióstr, pewnie dlatego, że sama , jako jedynaczka, o siostrze mogę sobie tylko pomarzyć. I chociaż relacje przedstawione na kartach książki nie zawsze są łatwe, to i tak wiemy jedno, jakkolwiek by było, dla bohaterek to siostra właśnie jest tą najbliższą, najlepiej znającą ją osobą.

Mnie się podobała. Moja ocena książki to 5 / 6.

pierwsze jajko;)



Niniejszym informuję zainteresowanych życiem Państwa Bielików, że w gnieździe pojawiło się pierwsze jajo;)
Mieliśmy to ogromne szczęście, że "uczestniczyliśmy" w tym niezwykłym wydarzeniu. I to mój Mąż odgadł, dlaczego Pani Bielikowa wydaje takie a nie inne odgłosy, ha!
Obecnie Pani Bielikowa wysiaduje. Ciekawe, kiedy pojawi się następne bo nie ukrywam, że liczę na jeszcze jedno przynajmniej.
Szkoda, że Pan Bielik nie uczestniczył w fakcie. Niedługo przed niesieniem zniknął gdzieś , można powiedzieć, że wyniósł się dyplomatycznie.
Niech się tylko jajko zdrowo chowa i żeby się wykluło zdrowe pisklę z niego.

prace ogrodowe…

…niebawem czas zacząć;) oczywiście z uśmiechem to piszę, jako, że my ogrodu nie posiadamy ani ani (a szkoda, bo jak kiedyś pisałam, marzę o ogrodzie , marzę i już). Ale na balkonie dziś porządek po zimie został zrobiony i to fest. Niestety, zima dała się we znaki, zarówno roślinom (bambus nie przetrwał mimo chochoła a do domu nie mogliśmy na zimę go wziąć bo jakieś muszki straszne go oblazły, co nam w domu niezłe zamieszanie narobiły:( ) jak i balkonowi nieco.
Czy ktoś wie, kiedy siać bratki z nasion? Do tej pory byłam przekonana, że czerwiec to będzie odpowiednia pora, ale osoba, od której dostałam nasiona sugeruje już wysianie. Mnie się z kolei wydaje to za wczesne, jako, że nie mając domu a mieszkanie jedynie nie mam możliwości tachania donic do wnętrza bo zwyczajnie nie mam na nie miejsca.
No i pas.
Jakby ktoś był specem od bratków (jednych z moich ukochanych kwiatów) to proszę o radę.