daleka jestem…

… od nazywania pewnych procesów, zdarzeń ekstatycznymi określeniami cudów itd, ale podczas tych Świąt, całkiem niespodziewanie , w całym tym ciężkim nastroju przydarzyły się dwie rzeczy, które rozświetliły mój nastrój.
Pierwsze, to zaproszenie od kogoś, kto się na nas obraził jakiś czas temu i przez kogo to niezłe miałam zgryzy. Nie padliśmy sobie w ramiona, ale została wyciągnięta tak zwana ręka na zgodę (nasza zeszłoroczna najwyraźniej była "za wczesna") , a my oboje z P. nie mamy zwyczaju odrzucać gestów pojednawczych. Nie wiem, może to nowa sytuacja życiowa, jaka ich dotknęła, która powinna (tak myślę) zmieniać ludzi na lepsze, może coś tam przemyśleli, może uznali, że głupio jest tak się zachowywać, pojęcia nie mam. Nie chcę doszukiwać się drugiego dna, które trochę mi się przy tej okazji pojawiło, wolę myśleć, że była po prostu dobra wola.
Drugi gest pojednania otrzymałam od mojej dawnej penpal, z którą swego czasu urwał nam się kontakt w sposób dość nagły z jej strony. Padło wtedy trochę niepotrzebnych i gorzkich słów, było sporo goryczy i złości chyba nawet… Ja też byłam zmęczona już w pewnym momencie tą znajomością, która ewoluowała w jakimś bliżej mi nieznanym kierunku i zamiast sympatycznie zrobiło się co najmniej dziwnie.
I nagle oto, w Święta, po chyba pięciu latach, otrzymałam od niej email z przeprosinami za tamte słowa, tamto zakończenie naszej znajomości.
Odpiszę, ponieważ, co napisałam powyżej, nie mam zwyczaju odtrącać ręki wyciągniętej na zgodę. A nawet podziwiam to, że ktoś jest w stanie odrzucić złe uczucia, pokonać własną dumę i zdobyć się na naprawdę szczere przeprosiny.
Życie jest przedziwne, słodko gorzkie, przeplatają się chwile dziwne, smutne z tymi przyjemnie zaskakującymi nas, dającymi wiarę w odnowienie.