jestem po obejrzeniu filmu BBC…

…w telewizyjnej Jedynce. Od razu uprzedzam, dziewczyny w ciąży może niech nie czytają dalszego wpisu, nie denerwujcie się, bo temat nielekki, dotyczący choroby dziecka.

Nie wiem, czy ktoś z Was miał okazję obejrzeć ten film, na mnie zrobił on niewiarygodne wrażenie, tym bardziej, że nieco, nieco w temacie ostatnio poruszonym, bowiem dotyczył rodziny z Kanady. Młodych, naprawdę młodych ludzi (to argument dla tych, którzy nie wiedzieć, czemu mają za złe tym starszym, że chcą mieć dziecko), którzy bardzo chcieli mieć dziecko i kiedy ona zaszła w ciążę, wiadomo, nie posiadali się z radości. Jednak już w czasie ciąży przyszła mama miała szereg wątpliwości, porównywała się z koleżanką, która zaszła w ciążę w podobnym czasie i podczas, kiedy tamtej rósł brzuch, po niej samej wcale nie było widać, że spodziewa się dziecka. Nie chcę streszczać całego filmu, napiszę więc, że dlaczego, okazało się, kiedy wreszcie trafiła ona do szpitala i kiedy jednak okazało się, że dziecko nie będzie takie, jak zdrowe. Urodziła się córeczka, ale tak mała, że mieściła się w dłoni ludzkiej…lekarze nie wiedzieli, co jest grane i prorokowali jej rychłą śmierć, ta malizna jednak walczyła o życie i mimo, że wypuszczając ją do domu lekarze przekonani byli, że wypuszczają ją na śmierć, ona się nie poddała i przeżyła.
Po jakimś czasie wreszcie rodzice dowiedzieli się na co choruje ich córka, a jest to "karłowatość pierwotna". Nie ma na nią lekarstwa. Cierpiący na nią ludzie rzadko kiedy dorastają wieku 30 lat, a jednym z problemów, oprócz całego szeregu oczywiście, jest ten, że osoby nią dotknięte mają często tętniaki mózgu, które je zabijają.
Pomimo takiego ciosu, młodzi rodzice dla małej Kenadie są super rodzicami, odnoszę wrażenie, że oczywiście oprócz opieki, jaką jej zapewniają, nie chcą czynić z niej "dziwadła", jeśli wiecie, o co mi chodzi, potrafią nawet w jakiś sposób "uśmiechnąć się" do tej choroby (myślę, że to ich sposób na walczenie z depresją, która na pewno dotyka rodziców chorych dzieci).
Jestem osobą, która twierdzi  i nikt mnie nie skłoni do zmiany zdania, że zdrowie to najważniejsze dobro. Proszę mnie nie przekonywać, że jest inaczej, nic na to nie poradzę, że tak właśnie sądzę…

Co do samego dokumentu, to powiem, co mnie zaskoczyło, na minus. Odniosłam bowiem wrażenie, że matka w czasie ciąży nie miała badań na tym poziomie "wieku ciąży", co u nas w Polsce. To raz. Odnoszę wrażenie, że dopiero kiedy w 30 i którymś tygodniu poszła do specjalistów ktoś zajął się jej losem. Nie wiem, z czego to wynika, z beztroski lekarzy czy też z ubezpieczenia zdrowotnego, które nie wiem, za coś tam płaci pacjentowi a za coś innego już pacjent płacić sam musi i sami wiemy, co z tego wynika, jeśli kasy nie ma. Jednak jakoś mnie to zaniepokoiło, bo odniosłam wrażenie, że oni i tak tę dziecinę by chcieli, ale może łatwiej było by im się przygotować wiedząc , że urodzi się chore dziecko? Nie mam pojęcia, to tylko moje gdybania. Dziwny też był przekrótki czas , jaki po narodzinach to dziecko spędziło w szpitalu, w Polsce na pewno nie do pomyślenia, jak sądzę.

Druga refleksja, jaka mnie naszła, to przerażające, jak mało wciąż na świecie jest specjalistów od tej rzadkiej choroby a co za tym idzie, jak mała jeszcze pewnie wciąż o niej wiedza w środowisku lekarskim. A co z Polską? Wolę nie myśleć.

Trzecia refleksja, to to, że mała Kenadie wiedziała, kogo wybrać na swoich rodziców. Jest ona otoczona wielką miłością ze strony bliskich, chociaż miłość ta wciąż podszyta jest lękiem o jej dalsze losy, zdrowie i rozwój.

W dwóch kwestiach jednak trochę zadziwiła mnie sama jej mama, która dziwiła się, że małą czeka w przyszłości tak wiele badań, to akurat nie jest dla mnie dziwne i fakt, że na drugie dziecko, jak przynajmniej zrozumiałam, zdecydowali się bez wspomożenia ze strony lekarza a akurat w ich przypadku nie jest to wskazane, oboje bowiem są nosicielami fatalnego genu.

Zainteresowanym podsyłam link:

strona małej Kenadie

i film o niej i jej rodzicach: