„Chińczyk”. Henning Mankell.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. (2009).  Tłumaczenie Ewa Wojciechowska.

Uwielbienie , jakie ogarnęło masowo ludzi co do prozy Stiega Larssona mogę zrozumieć jedynie dlatego, że ja sama takowe posiadam w stosunku do prozy Henninga Mankella. Uwielbiam jego kryminały bezkrytycznie ale wyrzutów sumienia nie mam żadnych , bowiem mnie się wszystkie, które czytałam, podobały.

Nie inaczej było z "Chińczykiem", który mnie po prostu zachwycił. Obawiałam się, tak, obawiałam zetknięcia z tą książką, bo to przecież pierwszy w Polsce kryminał BEZ Wallandera. I właśnie tej nieobecności się tak obawiałam. Jak się okazało, niesłusznie.

Nie umiem do końca sprecyzować, za co wielbię tak kryminały Mankella. Chyba za to, że na wyżyny wprowadził on sztukę połączenia intrygi kryminalnej z obserwacją społeczeństw, zmian zachodzących w nich. Połączenie kryminału z książką psychologiczną niemal -to jest to! W dodatku podoba mi się sposób pisania autora. Wydawać się może czasem jakby suchy, oszczędny, ale nie, wszystko tam pasuje do siebie i nic nie jest w nadmiarze.

Ta spora objętościowo książka była bodajże pierwszą "cegłą", jaką przeczytałam bez problemu od dłuższego czasu. Od kilku miesięcy. Mało tego, jak dla mnie, mogła się nie kończyć.

Po lekturze książki mogę napisać jedno. Pragnienie zemsty (nawet powodowane jakimś urojonym i chorym uczuciem), trzymane w sercu, podsycane, hodowane jak najdroższa istota, owocować może tylko jednym-wielką tragedią.

Zemsta bowiem nie prowadzi nigdy do niczego dobrego, trawi od środka marzącego o niej i najczęściej po prostu go niszczy. Nawet jeśli on sam tego nie zauważa.

W swojej książce oprócz kryminału Mankell dostarczył nam dawkę niepokojących obserwacji na temat współczesnych Chin, które bez opamiętania prą do przodu, niszcząc niemal wszystko na swej drodze. Zarówno jako państwo, jak i zamieszkujące je jednostki. Zastanawiam się, czy po tej książce autor będzie mieć w ogóle wstęp do Chin, ale nie sądzę, aby się ewentualnym zabronieniem odwiedzin przejął. Mankell bez ogródek wytyka współczesnym krajom i ich społeczeństwom grzechy, niedopatrzenia. Widać, jak bardzo leży mu na sercu coraz bardziej widoczny podział między narodami, tymi, które bogacą się kosztem biednych i właśnie biednymi, ofiarami tychże bogatych. Z przyczyn zapewne osobistych widać wyraźnie jego troskę o Afrykę, dla której chyba nie widzi on zbyt optymistycznej przyszłości.

Przy okazji trochę obserwacji życia. Czyli kryzys wieku średniego, zorientowanie się, jak bardzo w pewnej chwili zapomniało się dawne ideały, o które w młodości kruszyło się kopie. Czy jesteśmy tymi samymi ludźmi, którym kiedyś wydawało się, że jeśli tylko zbiorą siły to zdołają uratować świat? Czy może daliśmy się ponieść wygodnemu życiu wśród dóbr. A co , i to chyba najgorsze, jeśli wyda się, że ówcześnie przez nas wyznawane ideały nie były właściwe i dopiero teraz po latach zaczynamy to dostrzegać w chwili, kiedy rozpoczynamy jakąś samoanalizę?

Jak widać w jednej książce udało się Mankellowi zawrzeć wiele ważkich problemów, a mimo to nie tworzą one wrażenia chaosu a komponują się w całość. Mnie się podobała ta wielowarstwowość książki.

A zaczyna się w chwili, kiedy w jednej z niemal zapomnianych przez ludzi wioseczek szwedzkich zostaje dokonane makabryczne odkrycie. Ktoś wymordował niemal całą wioskę. W dodatku w bardzo brutalny sposób. Przy życiu ostały się tylko trzy osoby.
Szwedzkie społeczeństwo jest zdruzgotane. Ich raj runął. Tak brutalnej zbrodni w tym kraju dawno nie było. Kto w ogóle byłby zdolny do tak okrutnego mordu niemal wszystkich mieszkańców wioski, w dodatku w większości osób bardzo już starych i niezdolnych do obrony?

Na mnie ta książka zrobiła wielkie wrażenie. Niezwykle mi się spodobała.

Moja ocena 6/6.