O tym, że mój był jednym z najgorszych w ostatnich kilkunastu latach już Wiecie.
Bo naprawdę był. Nie wyszło wiele planów. Zdrowie pokazało, że żółta kartka trafia się nie tylko na boisku. A końcówka, to już w ogóle.
Dlatego mam po prostu nadzieję, że ten Nowy Rok 2010 okaże się dla mnie i dla Was lepszy. Nawet dla tych, dla których ten mijający był dobry. Co Wam szkodzi przyjąć życzenia lepszego?
Życzę więc aby był LEPSZY.
Niech dopisuje nam Zdrowie, Miłość, Szczęście, Radość. Niech obok nas będą serdeczni nam ludzie, przyjaciele. Niech wiadomości będą tylko te dobre i wesołe a złe wieści niech opuszczają nasze progi.
Niech spełnią się marzenia, nawet te, które skrywamy na dnie serca i sami boimy się o nich pomyśleć. Ale wiemy, że są.
Szczęśliwego Nowego Roku 2010!!!
od dziś…
…jestem półsierotą. Po północy zmarł mój Ojciec.
Cała sytuacja była koszmarna , od diagnozy, którą otrzymał w połowie listopada, aż po samą chorobę (rodzaj raka, jaki Go dopadł) aż po to, jak się kończy życie z nią właśnie. Ostatnie półtora miesiąca pamiętam, jak przez mgłę. Coś się działo. Ludzie kotłowali się na nadchodzące Święta i Nowy Rok. Dla mnie to były najgorsze Święta w moim życiu. I w ogóle najgorszy jak dotąd, najbardziej stresujący czas, jakiego przyszło mi doświadczyć. Co to znaczy wiedzą ci, którzy przez coś takiego przeszli. Makabra.
W tym wszystkim zrozumiałam , o czym już pisałam, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie. I nie jest to czczy frazes.
Niektóre osoby, na które liczyłam, zawiodły, szczególnie w rodzinie a przecież rodzina to podstawa, prawda?
Ale też okazało się, że jest wiele osób dobrej woli, które wsparły mnie bardzo spontanicznie, które dodawały mi sił, obiecywały modlitwę, której potrzebowałam, nawet jeśli nie wiedziały do końca, z czym się zmagamy.
Mam Wspaniałą Mamę i Męża. P. był dla mnie wsparciem, jakie każdy w takiej sytuacji może sobie wymarzyć. Za to Mu dziękuję.
Dziękuję też moim Przyjaciołom. Wam, których poznałam w necie. I nie jest ważne, że niektórych osób nie poznałam osobiście a znamy się tylko z pisania. Wasza pomoc, wsparcie, to jedne z niewielu wspaniałych i dobrych rzeczy, jakich doświadczyłam w tym mijającym roku.
I tak dziękuję bardzo Nekosowi (za to, że nawet kiedy pisałam głupoty nie zwracał na to uwagi), Obiezy_swiatce, za to, że wiedziała, co i jak pisać, Judycie, za to, że wyczuwała mnie , Monoli, za to, że jest, Froginthefogg, za to, że była przy mnie, mimo, że nie powiedziałam jej dokładnie o co chodzi. Jestem pewna, że dobro musi się wrócić i chcę, życzę Wam aby kiedyś do Was wróciło się to dobro, jakie wysyłaliście w moją stronę.
daleka jestem…
… od nazywania pewnych procesów, zdarzeń ekstatycznymi określeniami cudów itd, ale podczas tych Świąt, całkiem niespodziewanie , w całym tym ciężkim nastroju przydarzyły się dwie rzeczy, które rozświetliły mój nastrój.
Pierwsze, to zaproszenie od kogoś, kto się na nas obraził jakiś czas temu i przez kogo to niezłe miałam zgryzy. Nie padliśmy sobie w ramiona, ale została wyciągnięta tak zwana ręka na zgodę (nasza zeszłoroczna najwyraźniej była "za wczesna") , a my oboje z P. nie mamy zwyczaju odrzucać gestów pojednawczych. Nie wiem, może to nowa sytuacja życiowa, jaka ich dotknęła, która powinna (tak myślę) zmieniać ludzi na lepsze, może coś tam przemyśleli, może uznali, że głupio jest tak się zachowywać, pojęcia nie mam. Nie chcę doszukiwać się drugiego dna, które trochę mi się przy tej okazji pojawiło, wolę myśleć, że była po prostu dobra wola.
Drugi gest pojednania otrzymałam od mojej dawnej penpal, z którą swego czasu urwał nam się kontakt w sposób dość nagły z jej strony. Padło wtedy trochę niepotrzebnych i gorzkich słów, było sporo goryczy i złości chyba nawet… Ja też byłam zmęczona już w pewnym momencie tą znajomością, która ewoluowała w jakimś bliżej mi nieznanym kierunku i zamiast sympatycznie zrobiło się co najmniej dziwnie.
I nagle oto, w Święta, po chyba pięciu latach, otrzymałam od niej email z przeprosinami za tamte słowa, tamto zakończenie naszej znajomości.
Odpiszę, ponieważ, co napisałam powyżej, nie mam zwyczaju odtrącać ręki wyciągniętej na zgodę. A nawet podziwiam to, że ktoś jest w stanie odrzucić złe uczucia, pokonać własną dumę i zdobyć się na naprawdę szczere przeprosiny.
Życie jest przedziwne, słodko gorzkie, przeplatają się chwile dziwne, smutne z tymi przyjemnie zaskakującymi nas, dającymi wiarę w odnowienie.
książki…
…pewnie zdziwią się ci, którzy myślą, że ja, ten maniak książkowy, pod choinkę dostaję cały ich stos. Niestety, z niewiadomych mi przyczyn tak nie jest. Ale jednak zawsze jakąś Mikołaj przyniesie:) I tak w tym roku z prezentów książkowych dostałam Jodi Picoult, "Zagubioną przeszłość", "Nigellę świątecznie" ( uwielbiam Nigellę!), "Wiersze o znakach zodiaku dla mężczyzn, kobiet i par" Małgorzaty Podugorni, książkę o roślinach pokojowych i ich aranżacjach.
Dostałam też bardzo wiele innych ślicznych podarunków. Miedzy innymi nowe pióro (ale fajnie), dwie płyty (Norah Jones i Alicia Keys), ciepłe kapcie góralskie (dla mnie zmarźlaka jeden z najbardziej oczekiwanych prezentów), świeczki, kosmetyki jednej z moich ulubionych firm (niestety, drogich, a więc otrzymywanych właściwie zawsze na Gwiazdkę właśnie) i nowe słuchawki do mojego odtwarza mp4.
A jak Was? Rozpieścił Mikołaj? Otrzymaliście coś wymarzonego? Coś, na co czekaliście?
Specjalnie dopytuję się o książki, jakie książki znaleźliście pod choinką???
„Chińczyk”. Henning Mankell.
Wydana w Wydawnictwie W.A.B. (2009). Tłumaczenie Ewa Wojciechowska.
Uwielbienie , jakie ogarnęło masowo ludzi co do prozy Stiega Larssona mogę zrozumieć jedynie dlatego, że ja sama takowe posiadam w stosunku do prozy Henninga Mankella. Uwielbiam jego kryminały bezkrytycznie ale wyrzutów sumienia nie mam żadnych , bowiem mnie się wszystkie, które czytałam, podobały.
Nie inaczej było z "Chińczykiem", który mnie po prostu zachwycił. Obawiałam się, tak, obawiałam zetknięcia z tą książką, bo to przecież pierwszy w Polsce kryminał BEZ Wallandera. I właśnie tej nieobecności się tak obawiałam. Jak się okazało, niesłusznie.
Nie umiem do końca sprecyzować, za co wielbię tak kryminały Mankella. Chyba za to, że na wyżyny wprowadził on sztukę połączenia intrygi kryminalnej z obserwacją społeczeństw, zmian zachodzących w nich. Połączenie kryminału z książką psychologiczną niemal -to jest to! W dodatku podoba mi się sposób pisania autora. Wydawać się może czasem jakby suchy, oszczędny, ale nie, wszystko tam pasuje do siebie i nic nie jest w nadmiarze.
Ta spora objętościowo książka była bodajże pierwszą "cegłą", jaką przeczytałam bez problemu od dłuższego czasu. Od kilku miesięcy. Mało tego, jak dla mnie, mogła się nie kończyć.
Po lekturze książki mogę napisać jedno. Pragnienie zemsty (nawet powodowane jakimś urojonym i chorym uczuciem), trzymane w sercu, podsycane, hodowane jak najdroższa istota, owocować może tylko jednym-wielką tragedią.
Zemsta bowiem nie prowadzi nigdy do niczego dobrego, trawi od środka marzącego o niej i najczęściej po prostu go niszczy. Nawet jeśli on sam tego nie zauważa.
W swojej książce oprócz kryminału Mankell dostarczył nam dawkę niepokojących obserwacji na temat współczesnych Chin, które bez opamiętania prą do przodu, niszcząc niemal wszystko na swej drodze. Zarówno jako państwo, jak i zamieszkujące je jednostki. Zastanawiam się, czy po tej książce autor będzie mieć w ogóle wstęp do Chin, ale nie sądzę, aby się ewentualnym zabronieniem odwiedzin przejął. Mankell bez ogródek wytyka współczesnym krajom i ich społeczeństwom grzechy, niedopatrzenia. Widać, jak bardzo leży mu na sercu coraz bardziej widoczny podział między narodami, tymi, które bogacą się kosztem biednych i właśnie biednymi, ofiarami tychże bogatych. Z przyczyn zapewne osobistych widać wyraźnie jego troskę o Afrykę, dla której chyba nie widzi on zbyt optymistycznej przyszłości.
Przy okazji trochę obserwacji życia. Czyli kryzys wieku średniego, zorientowanie się, jak bardzo w pewnej chwili zapomniało się dawne ideały, o które w młodości kruszyło się kopie. Czy jesteśmy tymi samymi ludźmi, którym kiedyś wydawało się, że jeśli tylko zbiorą siły to zdołają uratować świat? Czy może daliśmy się ponieść wygodnemu życiu wśród dóbr. A co , i to chyba najgorsze, jeśli wyda się, że ówcześnie przez nas wyznawane ideały nie były właściwe i dopiero teraz po latach zaczynamy to dostrzegać w chwili, kiedy rozpoczynamy jakąś samoanalizę?
Jak widać w jednej książce udało się Mankellowi zawrzeć wiele ważkich problemów, a mimo to nie tworzą one wrażenia chaosu a komponują się w całość. Mnie się podobała ta wielowarstwowość książki.
A zaczyna się w chwili, kiedy w jednej z niemal zapomnianych przez ludzi wioseczek szwedzkich zostaje dokonane makabryczne odkrycie. Ktoś wymordował niemal całą wioskę. W dodatku w bardzo brutalny sposób. Przy życiu ostały się tylko trzy osoby.
Szwedzkie społeczeństwo jest zdruzgotane. Ich raj runął. Tak brutalnej zbrodni w tym kraju dawno nie było. Kto w ogóle byłby zdolny do tak okrutnego mordu niemal wszystkich mieszkańców wioski, w dodatku w większości osób bardzo już starych i niezdolnych do obrony?
Na mnie ta książka zrobiła wielkie wrażenie. Niezwykle mi się spodobała.
Moja ocena 6/6.
„Fado Anthologia II”.
Universal Music Portugal (2009).
Mikołaj się zorientował, że wydana jest druga część muzycznego cacka, co zaowocowało prezentem, który dopiero teraz na spokojnie odsłuchałam. No i oczywiście, zachwyciło. Muszę powiedzieć, a raczej napisać, że ta część nie jest gorsza od pierwszej, trzyma tak samo dobry poziom, tak samo wysoki poziom jak ten płyty pierwszej, którą nie tak dawno polecałam miłośnikom Fado.
Tak, tegoroczna jesień zdecydowanie należy do Fado, do melancholii otaczającej nas, jak gęsta, gęsta mgła…
Znów można oddać się słuchaniu cudownych głosów pełnych mocy i nastrojowych, które przekazują nam coś, co mimo, że nie znamy języka, zdajemy się całkowicie rozumieć. Być może ja tak mam, no, ale mnie nie trzeba tłumaczenia. Nie lubię dosłowności. Wszystko i tak rozgrywa się w duszy i w sercu.
Moja ocena 6/6.
„Tysiąc dni w Toskanii”. Marlena de Blasi.

Wydana w Wydawnictwo Literackie. (2009). Tłumaczenie Agnieszka Kuc.
Życie to nie jest bajka. Jest słodko gorzkie. A właściwie, słodko słone. Słone jak łzy.
Ta część opowieści o Chou i jej weneckim mężu Fernando dzieje się po opuszczeniu przez nich Wenecji i przeniesieniu się do Toskanii. Jednak, w przeciwieństwie do części pierwszej, tej toskańskiej nie odebrałam już aż tak lekko, jako czytadło. Owszem, wciąż dzieje się w bajecznych Włoszech. Owszem, dalej opisane jest w niej właściwie w większość la dolce vita ,ale, ale…w tej części więcej jest jednak owych gorzkich i słonych smaków, jak to w życiu właśnie bywa.
Autorka i jej mąż ma szczęście do ludzi. Jak zresztą, co odnoszę po lekturach , większość tych, którzy wynieśli się poza granice własnych ojczyzn i osiedliło się gdzieś gdzie albo marzyli albo zbiegiem okoliczości rzucił ich los i potem opisują to w książkach.
Jednak podejrzewam, że sama autorka jest po prostu ciekawą osobą, baardzo towarzyską, lubiącą ludzi i takie mam wrażenie, otwartą na nich, co powoduje, że nie ocenia zbyt szybko, nie przyczepia im łatek, traktuje ich ciepło. A to się zapewne wraca w postaci udanych kontaktów z innymi ludźmi.
Toskania to właściwie tło opowieści. Opowieści o życiu i jedzeniu. Albo jedzeniu i życiu. W tym przypadku trudno jest cokolwiek wyróżnić, w życiu Chou wszak jedzenie to życie. A raczej szykowanie jedzenia, tworzenie potraw. Próbowanie. Smakowanie. Potraw. I życia.
Które może różnie smakować.
Mnie jej opowieści wciągają. Może nie ma w nich opisów zabytków, filozofowania na siłę. Jest życie i jego wypełnianie. Tym, co ważne.
Muszę powiedzieć, że czytając tę część pomyślałam sobie, że faktycznie autorka jest osobą szczęśliwą i że żyje tak, jak chciała żyć. Otoczona osobami, które ją kochają. A to bardzo dużo.
Czy wszyscy umiemy powiedzieć sobie, jak jesteśmy dla siebie samych ważni aby odważyć się spełnić pewne marzenia? Nawet te nie do końca realne?
Mnie się podobało i chętnie sięgnę po następna część, jaką wydawnictwo zapowiada a dziać się będzie w Orvieto.
Moja ocena 5/6.
jestem po obejrzeniu filmu BBC…
…w telewizyjnej Jedynce. Od razu uprzedzam, dziewczyny w ciąży może niech nie czytają dalszego wpisu, nie denerwujcie się, bo temat nielekki, dotyczący choroby dziecka.
Nie wiem, czy ktoś z Was miał okazję obejrzeć ten film, na mnie zrobił on niewiarygodne wrażenie, tym bardziej, że nieco, nieco w temacie ostatnio poruszonym, bowiem dotyczył rodziny z Kanady. Młodych, naprawdę młodych ludzi (to argument dla tych, którzy nie wiedzieć, czemu mają za złe tym starszym, że chcą mieć dziecko), którzy bardzo chcieli mieć dziecko i kiedy ona zaszła w ciążę, wiadomo, nie posiadali się z radości. Jednak już w czasie ciąży przyszła mama miała szereg wątpliwości, porównywała się z koleżanką, która zaszła w ciążę w podobnym czasie i podczas, kiedy tamtej rósł brzuch, po niej samej wcale nie było widać, że spodziewa się dziecka. Nie chcę streszczać całego filmu, napiszę więc, że dlaczego, okazało się, kiedy wreszcie trafiła ona do szpitala i kiedy jednak okazało się, że dziecko nie będzie takie, jak zdrowe. Urodziła się córeczka, ale tak mała, że mieściła się w dłoni ludzkiej…lekarze nie wiedzieli, co jest grane i prorokowali jej rychłą śmierć, ta malizna jednak walczyła o życie i mimo, że wypuszczając ją do domu lekarze przekonani byli, że wypuszczają ją na śmierć, ona się nie poddała i przeżyła.
Po jakimś czasie wreszcie rodzice dowiedzieli się na co choruje ich córka, a jest to "karłowatość pierwotna". Nie ma na nią lekarstwa. Cierpiący na nią ludzie rzadko kiedy dorastają wieku 30 lat, a jednym z problemów, oprócz całego szeregu oczywiście, jest ten, że osoby nią dotknięte mają często tętniaki mózgu, które je zabijają.
Pomimo takiego ciosu, młodzi rodzice dla małej Kenadie są super rodzicami, odnoszę wrażenie, że oczywiście oprócz opieki, jaką jej zapewniają, nie chcą czynić z niej "dziwadła", jeśli wiecie, o co mi chodzi, potrafią nawet w jakiś sposób "uśmiechnąć się" do tej choroby (myślę, że to ich sposób na walczenie z depresją, która na pewno dotyka rodziców chorych dzieci).
Jestem osobą, która twierdzi i nikt mnie nie skłoni do zmiany zdania, że zdrowie to najważniejsze dobro. Proszę mnie nie przekonywać, że jest inaczej, nic na to nie poradzę, że tak właśnie sądzę…
Co do samego dokumentu, to powiem, co mnie zaskoczyło, na minus. Odniosłam bowiem wrażenie, że matka w czasie ciąży nie miała badań na tym poziomie "wieku ciąży", co u nas w Polsce. To raz. Odnoszę wrażenie, że dopiero kiedy w 30 i którymś tygodniu poszła do specjalistów ktoś zajął się jej losem. Nie wiem, z czego to wynika, z beztroski lekarzy czy też z ubezpieczenia zdrowotnego, które nie wiem, za coś tam płaci pacjentowi a za coś innego już pacjent płacić sam musi i sami wiemy, co z tego wynika, jeśli kasy nie ma. Jednak jakoś mnie to zaniepokoiło, bo odniosłam wrażenie, że oni i tak tę dziecinę by chcieli, ale może łatwiej było by im się przygotować wiedząc , że urodzi się chore dziecko? Nie mam pojęcia, to tylko moje gdybania. Dziwny też był przekrótki czas , jaki po narodzinach to dziecko spędziło w szpitalu, w Polsce na pewno nie do pomyślenia, jak sądzę.
Trzecia refleksja, to to, że mała Kenadie wiedziała, kogo wybrać na swoich rodziców. Jest ona otoczona wielką miłością ze strony bliskich, chociaż miłość ta wciąż podszyta jest lękiem o jej dalsze losy, zdrowie i rozwój.
W dwóch kwestiach jednak trochę zadziwiła mnie sama jej mama, która dziwiła się, że małą czeka w przyszłości tak wiele badań, to akurat nie jest dla mnie dziwne i fakt, że na drugie dziecko, jak przynajmniej zrozumiałam, zdecydowali się bez wspomożenia ze strony lekarza a akurat w ich przypadku nie jest to wskazane, oboje bowiem są nosicielami fatalnego genu.
Zainteresowanym podsyłam link:
strona małej Kenadie
i film o niej i jej rodzicach:
Kanada…
…dziś gości w mojej ulubionej audycji radiowej Jedynki. Kanada, w przeciwieństwie do Stanów, jakoś mnie kusi. Kusi chyba przede wszystkim swoją niewiarygodną przyrodą. Zobaczyć te lasy, jeziora, rzeki, hmmm…coś cudownego. No i ileż ptaków można by tam sfocić, ha.
Swego czasu miałam przez chwilę penpal z Kanady, z Edmonton. Pamiętam, że różnice kulturowe ujawniły się w kwestii kuchennej, kiedy Cori chcąc podać mi jakiś tamtejszy przepis napisała "bierzesz suszone mięso karibu"…;)
Ale syrop klonowy próbowałam i baaaardzo mi smakował:)
Tak naprawdę o Kanadzie wiem niewiele a chyba się po dzisiejszej audycji zainteresuję nią bardziej, bo jak dotąd kusi najbardziej swoją przyrodą a tu powiedzieli, że kuchnia bardzo ciekawa, dużo owoców morza (to akurat nie dziwi, zważywszy na usytuowanie).
Fascynuje mnie też Quebec, a raczej fakt takiej frankofonii tegoż regionu i to, że podobno wciąż wiele osób stamtąd nie włada angielskim. Za to nie mają problemów we Francji, sami widzieliśmy, jak sobie rozmawiała w Paryżu kobietka właśnie stamtąd z kelnerem, który w sumie domyślił się skąd ona jest.
Przy okazji, Atsanik zaglądająca z Saskatoon "ujawniła się" niedawno. Ja ze swej strony pozdrowię przy tej okazji również osobę, która odwiedza mój blog z Toronto.
A w lutym 2010 zimowa Olimpiada w Kanadzie właśnie, w Vancouver, więc będę miała na co czekać;)
Może ktoś z Was był w Kanadzie i napisze jakieś swoje wspomnienia, refleksje…
„Ostatni ślad”. Charlotte Link.
![]()
Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. (2009). Tłumaczenie z języka niemieckiego Małgorzata Rutkowska-Grajek.
Lubię kryminały Charlotte Link, mimo, że widzę, że nie wszystkie, jakie się u nas ukazały czytałam. Lubię za to, że umie ona stworzyć interesującą fabułę, intrygę kryminalną a przy tym stworzyć swoich bohaterów jako osoby wiarygodne, możliwe do zaistnienia, prawdziwe. Takie z krwi i kości.
"Ostatni ślad" również mnie nie zawiódł, i mimo, że niemałych to rozmiarów książka, czytało się ją szybko, bo interesowało mnie, co się dalej zdarzy, czego nowego się dowiemy i jak się sprawa rozwiąże.
Pięć lat wstecz pewna dziewczyna wybierała się na ślub koleżanki z dzieciństwa, który odbywać miał się na Gibraltarze. Elaine to postać przygnębiająca. Życiowy nieudacznik. Osoba, której życie nie rzuca płatków róż pod nogi a wręcz przeciwnie, wszystkie możliwe kłody. Niestety, życie pokazuje, że faktycznie są osoby, których los nie rozpieszcza w ciągu ich życia, i jedną z nich jest właśnie Elaine. Która , niestety, po raz kolejny odczuwa niefart , kiedy okazuje się, że z powodu angielskiej mgły, samolot, którym miała dostać się na Gibraltar , nie odleci danego dnia z Londynu.
Każdy inny zaklął by szpetnie i zdecydował szybko co dalej. Czy będzie szukać hotelu, czy w ogóle zrezygnuje ze swojej podróży. Ale nie Elaine. U niej to zdarzenie powoduje podłamanie, po raz kolejny bowiem los chce jej pokazać, że jej nie kocha i nie chce choć raz rozpieścić.
Jednak ktoś wyciąga do niej pomocną dłoń a jest to mężczyzna z lotniska, którego lot również nie dojdzie do skutku, również z powodu mgły.
Elaine jest widziana, kiedy wraz z nim opuszcza teren lotniska.
Po czym ślad po niej ginie.
Owym mężczyznom okazuje się być inteligentny prawnik, który znajomości z nią absolutnie się nie wypiera, sam zgłasza się na policje, kiedy ta rozpoczyna poszukiwania dziewczyny, aby poinformować, iż po nocy, jaką spędziła u niego sam osobiście odtransportował ją do wagonu metra, którym miała dostać się na lotnisko.
Gdzież więc podziała się Elaine? Niechętni prawnikowi ludzie natychmiast wydają wyrok,iż to on jest sprawcą zbrodni. Której jednak nie ma teoretycznie bo i samej kobiety odnaleźć nie można, ani żywej ani martwej.
Inne z kolei osoby twierdzą za plecami brata zaginionej, że Elaine uciekła od niego. Brat jej bowiem jest sparaliżowany, wymaga opieki i być może kobieta nie wytrzymała tego psychicznie i po prostu sama odważyła się na tak drastyczny krok, jak ucieczka bez pozostawienia śladu po sobie. Być może kolejne niepowodzenie okazało się być punktem zapalnym, które dały jej powód do takich a nie innych kroków.
Sprawa wydaje się być nie do rozgryzienia, nie ma ani żywej dziewczyny ani jej ciała, życie prawnika zmienia się radykalnie, jego rodzina się rozpada, brat zaginionej musi zostać przeniesiony do domu opieki, w którym przyjdzie mu spędzić resztę dni bowiem oprócz siostry nie miał żadnej bliskiej mu rodziny. I wydawało by się, że nic się w tej kwestii nie zmieni, kiedy to owa koleżanka, na ślub której wybierała się Elaine, przyjeżdża do Londynu. Jest dziennikarką , która po latach otrzymuje od byłego szefa w Londynie propozycję napisania reportaży o osobach zaginionych. Szef proponuje jej zaczęcie cyklu reportaży od historii Elaine właśnie.
Rosanna zgadza się, jest to dla niej szansa odwiedzin ojca w rodzinnej miejscowości, jak również zdystansowania się do swojej sytuacji małżeńskiej. Nie podejrzewa jednak jak bardzo wciągnie się w zadawnioną sprawę i jakie nieść to będzie dla niej konsekwencje.
Ciekawe zakończenie, jak to u tej autorki, angielska prowincja w tle, również interesująca intryga kryminalne, to powoduje, że czytało się tę książkę dobrze.
Moja ocena 4.5/ 6.
