
Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. (2009).
Przy moim obecnym nastroju dobrze było sięgnąć po tę książkę, jako odskocznię od zmartwień.
Do tej pory "znałam" Jarosława Kreta jako prezentera pogody. Coś tam mi się obijało w głowie, że jest dziennikarzem, że podróżuje,ale przyznaję, że jakoś nic więcej o tym nie wiedziałam.
Okazja zapoznania się z jego dziennikarskim spojrzeniem nadarzyła się więc przy okazji lektury jego książki "Moje Indie". Książki, która powstała jako efekt wielokrotnych wyjazdów do Indii właśnie (cóż za niespodzianka, prawda?:).
Nie do końca lubię takie podkreślanie jak to ktoś czuje się podróżnikiem a nie turystą, o tym pisałam już wiele razy podczas swoich refleksji niekoniecznie na temat książek o tematyce podróżniczej a bardziej nawet poruszając tematykę spędzania wolnego czasu. Według mnie oczywiście super jest poznać mieszkańców danego kraju , móc z nimi mieszkać, co też czynił autor książki, jednak jak dla mnie, jednak każdy, kto odwiedza dany kraj jest tylko gościem. Tylko albo aż, ale gościem. Może to ja odczułam takie lekkie podkreślanie, że autor czuje się tym podróżnikiem, a może się trochę czepiam.
Tak czy inaczej sama książka mnie zainteresowała i czytała mi się dobrze. Wbrew pozorom trudno się pisze o książkach o tej tematyce. Ja powiem, jakie ja osobiście lubię. Lubię niewydumane, nie przepełnione nadmiernym przegadaniem czy zbędnym filozofowaniem. Kiedy chcę poczytać o religii, sięgam po książkę kogoś, kto się na tym zna. Jak chcę poczytać o filozofii, tak samo.
A w książkach poświęconych czy to danemu krajowi czy podróżom ogólnie bardzo lubię takie niby to zwykłe obserwacje dnia codziennego mieszkańców. W ogóle , muszę przyznać, mimo, że architekturę, zabytki też bardzo lubię (nie należę do frakcji, która denerwuje się tak zwanym "must to see", ja lubię zwiedzać miejsca, z których słynie kraj, który odwiedzam), ale najbardziej interesują mnie ludzie.
Może dlatego lubię czasem posiedzieć na ławce w parku czy na osiedlowym skwerku , zjeść roztapiające się i skapujące mi na palce lody i pogapić się na ludzi. Lubię jeździć metrem (to mój najulubieńszy środek lokomocji). Lubię (wiem, dostanie mi się za to 😉 podsłuchiwać cudze rozmowy a najlepiej, kiedy nie władam danym językiem, wtedy uruchamiam wyobraźnię. Czy rozmowa toczy się o wieczornym wypadzie do jakiejś restauracji czy też o tym, że ktoś z nich zapomniał kupić karmę dla kota?
To znalazłam w książce Jarosława Kreta. Luźne spojrzenie na kraj, na ludzi, jego mieszkańców. Najważniejsze jednak, że znalazłam tam wielką sympatię do jego mieszkańców. I miłość do kraju. Który, nie czarujmy się, z pewnością posiada zarówno wiele pięknych cech, jak i jednak wad. Takie spojrzenie baaardzo krytyczne miałam okazję poznać przy okazji lektury książki Pałasińskiego "Kaczor po pekińsku". Kret kraj przyjmuje z całym jego dobrodziejstwem, ze wszystkimi jego pozytywami ale i niedoskonałościami. Czy to dobrze? Nie wiem, ale na pewno pozytywniej i przyjemniej się wtedy zwiedza;)
Wiele tam ciekawych opowieści i historii, obserwacji. Ja napiszę, na którą ja osobiście zwróciłam uwagę najbardziej. A mianowicie szalenie się cieszę, że Jarosław Kret wspomniał w niej o gościnie, jaką użyczył Maharadża Dźam Saheb tysiącu polskich dzieci. Były to dzieci, które opuściły Związek Radziecki wraz z Armią Andersa.
O tej sprawie słyszałam w Polskim Radio jakiś czas temu i muszę powiedzieć, że wtedy niezwykle mnie ta sprawa zainteresowała, słuchałam reportażu dorosłych już przecież "dzieci", które o tej gościnie opowiadały i zdawało mi się wtedy, że tak naprawdę mało kto o tym wie. No, ja przynajmniej o tym nie wiedziałam.
Książka mi się podobała, zarówno treść jak i dodane do niej fotografie autorstwa autora, z których niejedna wywołała uśmiech na mojej twarzy.
Polecam.