dzisiejszy dzień…

…sponsorowało przekonanie, że lubi się skitrać na wielu frontach. Najpierw w perfumerii zostałam poinformowana o fakcie, o który się tak naprawdę od pewnego czasu obawiałam a mianowicie,  zakończono linię produkcyjną moich najukochańszych perfum, takich, w których brałam Ślub, byłam na każdym greckim wyjeździe i ogólnie one mi zawsze "przynosiły fart". Po drugie nie ma moich ulubionych szamponów, a zamiast nich pojawiły się jakieś, o których nie wiem, czy mi podpasują;( Na koniec, po przyjściu do domu odkryliśmy, że coś się popsuło w PC. Mamy nadzieję, że "tylko" zasilacz a nie płyta główna.

„Deszczowa noc”. Jodi Picoult.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i Ska, (2009).

Za Chiny Ludowe nie domyślę się, czemu nasi tłumacze, wydawnictwa ? tak lubią zmieniać na siłę oryginalne tytuły. Ta książka na przykład nosi tytuł "Mercy" i sądzę, że warto było zachować jej tytuł oryginalny właśnie.

Książka "Deszczowa noc" została wydana w Polsce wiele lat po jej ukazaniu się w Stanach. Co oznacza, że dostaliśmy obecnie jedną z wcześniejszych książek autorki. O ponad dziesięć lat wcześniejszą, niż jej czytana przeze mnie nie tak dawno książka "Dziewiętnaście minut". Często o autorach mawia się, że ich debiuty bądź książki wcześniejsze były lepsze, niż te wydane w latach późniejszych . W przypadku Jodi Picoult tak nie jest. W mojej opinii widać świetnie, jak autorka się "rozwija". Nie oznacza to, że wcześniejsze książki są gorsze, oznacza to, że czytając nowe nie czuję się rozczarowana.
Mało tego,Picoult wciąż ma pomysły na kontrowersyjne tematy, jakie porusza w swoich książkach. Widać też, że mimo upływu czasu nie traci owej bezstronności, którą tak cenię sobie w jej przedstawianiu naprawdę trudnych, ważkich, jak wspomniałam wyżej, kontrowersyjnych problemów i dylematów. Wielokrotnie podkreślałam w swoich wcześniejszych recenzjach jej książek, że w niezwykły sposób umie ona przedstawić jakiś problem bez wyraźnego opowiadania się po którejś ze stron , jak również, co ciekawe, przedstawia nam ona fakt, który niby wszyscy wiemy, a co do którego często zdaje się mieć wątpliwości, kiedy słucha się niektórych opinii, czyli to, że świat naprawdę nie jest czarno biały, że owe osławione odcienie szarości nie są tylko i wyłącznie czczym gadaniem.

W książce "Deszczowa noc" Picoult zmierzyła się z kolejnym trudnym tematem. Przyznaję, że z pewnych względów trudno mi było tę akurat opowieść czytać i muszę przyznać, że książka ta bardzo mnie przygnębiła. Ale mimo to przeczytałam ją jak zwykle szybko, bo wprost nie mogłam się od niej oderwać.

Historia zaczyna się w dniu, kiedy do miejscowości , w której żyją potomkowie szkockiego klanu MacDonaldów i której to szefem policji (a również kimś w rodzaju wodza) jest zwyczajowo zawsze kolejny potomek z owego klanu, przybywa mężczyzna, który oznajmia szefowi policji , Cameronowi dwie wiadomości. Pierwsza to ta, iż są oni spowinowaceni, druga to ta, że właśnie zabił on swoją żonę.

Jak się możemy domyślać, owo oświadczenie wywołuje w tej małej mieścinie na amerykańskiej prowincji niezłą burzę.
Ale to dopiero początek opowieści.
Bo tak naprawdę, to opowieść ta nie jest tylko i wyłącznie zaczątkiem dyskusji o problemie eutanazji , z którym to problemem zmierzyć się przyszło autorce i co za tym idzie czytelnikom tej książki Picoult. To także opowieść o wielu aspektach i odcieniach miłości. O miłości, która może być zaborcza. O miłości, która może być tak silna, że zgodzi się na zabicie tej osoby, którą kocha się najbardziej i w sposób aż nadto silny. O miłości, która może być niewystarczająca, która być może nigdy nie była silna aż tak, aby przetrwać nadchodzące burze. O miłości, która zdarza się za późno, kiedy już nie można z tych czy owych względów jej przyjąć, albo która kiedy się ją przyjmie, zniszczy raz na zawsze coś, co się do tej pory zbudowało.

W opowieściach Picoult na ogół nie ma happy endów. To nie lukrowane filmy, to życie. W którym tak naprawdę nikt nie wychodzi z bojów, potyczek, wojen z losem cało.

Tę książkę polecam, ale uprzedzam, że jest ciężkawa i na pewno nie krzepi.

Polecam stronę autorki.

podróże w snach…

…dzisiaj we śnie znalazłam się w Stanach. Skąd wiedziałam, że to Stany? Nie wiem do końca, bo architektura raczej była powiedziałabym europejska, ale były to Stany. Co ciekawe, byłam tam na wycieczce autokarowej;))
No i trafiłam tam nie mając wizy, ciekawostka.
Pamiętam, że zwiedzałam miasteczko, które raczej wyglądało jak południe Europy, ale raczej Francja na przykład lub Włochy, i ku mojej uciesze nagle znalazłam księgarnię. Taką z prawdziwego zdarzenia, nie sieciową. Pamiętam, że bardzo się ucieszyłam i pokazałam ją P., ale , co ciekawe, oglądałam tylko wystawę a nie weszliśmy do środka. Może była zamknięta…Czego to człowiek nie wyśni.

„Gorączka w Hawanie”. Leonardo Padura.

Wydane w Wydawnictwie "Znak", (2009).

Hmmm…no zawiodłam się jednak, zawiodłam. Odczułam to samo, co po lekturze tak wychwalanych "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet", którą to książką wszyscy dookoła się zachwycali a ja? Nie. Odnoszę wrażenie, że "Gorączką w Hawanie" też się większość czytelników zachwyca a przynajmniej są zadowoleni, a ja jednak nie. Być może podeszłam do lektury zbyt entuzjastycznie, kierując się głównie tym, że autor pochodzi z Kuby i tam ma się rozgrywać akcja książki.

I właśnie Kuby, Hawany w książce nie znalazłam. Jak na to, że rzecz działa się w Hawanie lat osiemdziesiątych muszę powiedzieć, że w czasie lektury odnosiłam wrażenie, że równie dobrze dziać się może wszędzie.

Nie, Zosiku;) nie chodzi mi o martyrologię. Mnie po prostu, co uwielbiam w skandynawskich kryminałach, zabrakło prawdziwego obrazu i realizmu, tych szczegółów, które pozwalają mi się cieszyć takim kryminałem jako czymś więcej, niż tylko kryminałem.
 Mniej więcej orientujemy się, jak żyło się na Kubie w latach osiemdziesiątych, i właśnie chętnie bym poczytała o tym jak nie wprost, to trochę sugestiami.. Obraz Kuby, Hawany wspaniale uchwyciła Ena Lucia Portela w swoich cudownych (nic nie poradzę na to, że mnie ta książka zachwyciła;) "Stu butelkach na ścianie". I jakoś się dało pokazać, że na Kubie występują wszelakie możliwe braki, od żywnościowych po wyłączanie prądu i dóbr materialnych jednak często ważnych w życiu człowieka. A przy tym nie otarła się ona o chlipanie w rękaw, jak to im na Kubie jest źle i niedobrze. A Padura olał to. Stworzył więc kryminał z kiepską w dodatku intrygą kryminalną, która jest przewidywalna, jak śnieg zimą, ze sztampowym gliniarzem (po rozwodzie, pije, nie ma pomysłu na życie). Jedyne, co ciekawe, to postaci drugoplanowe, jego kumpel Chudy czy matka zaginionego bohatera książki, którego zaginięcie będzie musiał rozwikłać dawny kolega z liceum, właśnie wspomniany przeze mnie gliniarz Mario Conde.

Czytając wciąż i wciąż narzekałam do P. na fakt, że właśnie nie ma prawdziwej Kuby w tej książce a tak na to liczyłam. Bo, jak się okazuje , można.

No nie, do mnie ta książka nie trafiła i pewnie raczej nie sięgnę po dalszą część trylogii.

Ale, jak mówię, widziałam, że na biblionetce ma dobre oceny, po potwierdza, że ludziom się podoba, więc niech każdy przekona się o tym, czy mu się podoba osobiście.

Ciekawa recenzja u Zosika.

Kornwalia tym razem…

…zawitała u mnie na pocztówce od Małej_mi, której bardzo dziękuję.
A na pocztówce niezwykła wyspa, a mianowicie St Michael’s Mount , z wielką przyjemnością coś się o niej dowiem, bo przyznam szczerze, że nie wiedziałam, że w ogóle takie miejsce jest.
Ciekawostką jest fakt, że droga na wyspę suchą stopą, że się tak wyrażę, dostępna jest jedynie podczas odpływu…inaczej pozostają, jak widzę łódki.
Bardzo ciekawe miejsce, naprawdę.
Dziękuję za pamięć i przybliżenie mi takiego niezwykłego miejsca.

Regina Spektor. „Far”.

Po moim absolutnym zakochaniu się w muzyce Reginy Spektor, którą mogłam się rozkoszować dzięki płycie "Begin to hope" od (nomen, omen:) Reginy, blogowiczki, przyszedł czas na jej nową płytę, o tytule "Far".
Albumu, którego trochę się obawiałam. Regina jest tak specyficzna, że zastanawiałam się, czy nie spotka mnie to, co w przypadku ostatniego albumu jaki nabyłam mojej ulubionej Laury Pausini, czyli wrażenie, że "ja już to gdzieś słyszałam". Owszem, specyficzny głos i brzmienie są rozpoznawalne na pierwszy rzut oka?:) ucha. Ale…mnie się ten album spodobał. Nie odnoszę wrażenia wtórności, a powiem, że niektóre piosenki nawet może i nieco bardziej mi się spodobały niż te z pierwszej przeze mnie słuchanej jej płyty. Widzę, że ma ona na merlinie chociażby różne recenzje, od zachwytu po krytykę, że porażka rzekomo. Według mnie zdecydowanie tak nie jest z tą porażką. Mnie osobiście ta płyta bardzo się podoba i jestem zadowolona, że mogę ją sobie słuchać.
Podsyłam jedną z piosenek z tej właśnie płyty:

Bułgaria i Japonia…

Lilithin zaskoczyła mnie miło pocztówką z Bułgarii. Ucieszyłam się ogromnie, bo do tego kraju mam taki sentyment "rodzinny", moja Mama jeździła tam swego czasu i wiele miłych wspomnień przywiozła. Ja tam do tej pory nie trafiłam, ale kusi mnie i myślę, że kiedyś tam się wybiorę.

Anna_w_Japonii zaskoczyła mnie pocztówką z widokiem słynnej linii kolejowej choo-choo w Moka. Próbowałam wygooglać, nie wyszło, ale dzięki pocztówce już wiem, że coś takiego istnieje;) Wielu się mogłam widoków spodziewać na kartce z Japonii, ale z koleją to dla mnie wielka niespodzianka, dzięki. Elegancki i nowoczesny dworzec i pociąg prezentują się w dodatku w czasie hanami, jak pisze Anna, w czasie zdecydowanie chłodniejszym w Japonii.

Za pocztówki obu Wam dziękuję pięknie;)

dawne książki feministyczne…

Wpis , zapytanie na Forum Książki jakoś mi siedzi w głowie. Już nie dlatego, że w rezultacie nie skończyłam "Biegnącej z wilkami" (muszę to wreszcie zrobić), ale ze względu na to, że na fali zastanawiań nad literaturą , tak zwaną, nazwijmy to feministyczną przyszła mi do głowy nagle taka myśl. Nie wiem, dlaczego, ale nagle przypomniałam sobie jedną z ulubionych książek Lucy Maud Montgomery, ale nie, nie mówię o "Ani z Zielonego Wzgórza" , a o "Błękitnym Zamku". Ta książka powstała w roku jakby nie było 1926 a (według mnie, oczywiście) niesie ze sobą naprawdę wiele takich właśnie feministycznych przesłań. Po pierwsze, na szczęście główna bohaterka nie uzależnia swego osobistego szczęścia od posiadania bądź nie, męża czy narzeczonego. Po drugie, przypomniał mi się wątek Cesi, (jak nazywa się owa pani w oryginale, mógłby mi może ktoś napisać? ), która nie będąc mężatką urodziła dziecko. Co znaczyło dziecko poczęte w takim związku, dobrze wiemy, skoro jeszcze do niedawna w samej Polsce niektóre osoby gorszyły się na dziecko "bez ojca" (jakby sam fakt poczęcia nie wskazywał jednak na fakt udziału owego ojca w procesie zaistnienia).
Główna bohaterka, Joanna,  wyzwala się spod okropnej kurateli obrzydliwej rodziny i zaczyna pracę!! Kolejna zgroza, bowiem przecież ówczesna kobieta powinna realizować się tylko jako żona i matka.
I tak sobie myślę , że chyba ta książka Montgomery niosła to, co działo się wówczas, powstanie wcześniej, oczywiście, ruchu sufrażystek, ale i to, jak kobiety powoli, powoli, ale zaczynały walczyć o swoje prawa (chociażby wyborcze, przypominam, że w Wielkiej Brytanii kobiety zyskały prawo wyborcze dopiero w roku 1928!).
A może gdzieś tam zostały przemycone osobiste odniesienia, opinie samej Montgomery wobec ruchu kobiet? Nie wiem, tak sobie tylko dywaguję, tym bardziej, że czytając jej biografię na wikipedii widzę, że jej życie nie do końca było takie wyzwolone, że na przykład związek małżeński z jej strony raczej opierał się na rozsądku, niż wielkim uczuciu.
Jak sądzicie, są jakieś książki niekoniecznie bardzo nam współczesne, które niosą ze sobą w jakiś sposób pochwałę feminizmu??

powroty książkowe…

Na mojej półce z książkami do przeczytania narosło. Do tego stopnia, że książki przeniosły się już na kaloryfer (teraz ok, ale zimą, to nie wiem, co z nimi będzie?:). Postanowiłam więc rozprawić się z kilkoma, które siedziały na półce od kilku dobrych lat i łypały na mnie. To były tak zwane książki rozpoczęte, a nieskończone, i te właśnie w ostatnich dniach wykończyłam.
Niektóre z nich były przeczytane w dość znacznym stopniu, ciekawe, co spowodowało, że w rezultacie zaniechałam lektury, może akurat dotarł jakiś ciekawy kryminał, a potem zapomniałam? Sama nie wiem.
I tak oto powróciłam do:
1. "Lapidarium IV", Kapuścińskiego. Lubię go sobie raz na jakiś czas poczytać, spojrzeć na świat jego spojrzeniem. Myślę, że co jak co, ale jego polecać nie muszę.
2. "Córki bajarza" Sairy Shah. Rzecz o Afgance, urodzonej w Wielkiej Brytanii i jej powrocie do kraju przodków. Szczerze? Nie wciągnęła mnie, i rozumiem, czemu jakoś lekturę przerwałam.
3. "Opowieść o kocie, mistrzu Zen" Henri Brunela. Żadna ze mnie buddystka, ale powiem, że baaardzo lubię książki Henri Brunela właśnie, które buddyzm przybliżają. Zainteresowanym polecam nie tylko tę może a raczej jego inne książki o tej tematyce, czyli "Budda i kwiat: Baśnie i opowieści Zen z Japonii i innych krajów Dalkiego Wschodu" i "Uśmiech Buddy: Humor Zen".
4. pozostałam w kręgu reportaży i dokończyłam "Kaczor po pekińsku" Jacka Pałasińskiego, czyli jego zbiór reportaży z kraju Dalekiego Wschodu. Pamiętam, że zaczęłam i trochę mnie wymęczyły polityczne dywagacje, więc zarzuciłam, ale potem okazało się być ciekawie. Dla mnie interesujące były jego opowieści i refleksje o współczesnych Indiach, Wietnamie, ale również o Chinach i ich powiązaniach z krajami Afryki. Wyjaśnił mi w sposób przystępny pewne sprawy, które dotąd nie do końca dla mnie jasne były.

A obecnie czytam znowu kryminał;) Zaczęłam tym razem egzotyczny dla mnie, bo z …Kuby, kryminał "Gorączka w Hawanie" Leonardo Padura. Zobaczymy, jaka będzie.