…do wpisu , nie ukrywam, zainspirował mnie wpis chihiro o Bułgarii. Nie tyle sam wpis, co zdjęcie przez nią załączone, z którego widać, że jakby nawet nie chciała, nie ma bata, jest skórą zdartą z Mamy.
Muszę przyznać,że zawsze mnie to rusza, to podobieństwo czyjeś do rodziców bądź dziadków. Niby człowiek wie, wie, dlaczego tak jest, genetyka, przekaz dna itd itd, ale…coś jest w tym niesamowitego. Mój Mąż jest skórą zdartą ze swojego ojca, podobieństwa do matki nie widzę żadnego, za to jego tatuś by się syńcia nie wyparł, choćby chciał, o nie;)
Ja jako dziecko byłam podobno podobna do swojego Ojca, ja tego na zdjęciach nie widzę, ale podobno tak było. Zresztą wszyscy myśleli, że jestem chłopcem (ostatnio za chłopca wzięto mnie w wieku lat 21, więc…;). Do Mamy podobna chyba jakoś specjalnie nie byłam, z wiekiem straciłam podobieństwo do Ojca ale i chyba nie zyskałam za bardzo podobieństwa do Mamy.
Jestem za to, co sama widzę, podobna coraz bardziej do Mamy Mamy, czyli mojej Babci, tej samej, po której odziedziczyłam ową słynną krzywą dwójkę. I z tego podobieństwa się cieszę.
A Wy? Do kogo z rodziny jesteście podobni?
Do kogo podobne są Wasze dzieci?
Cieszycie się z podobieństw do bliskich?
„Mała Moskwa”. Reż. Waldemar Krzystek.
Film wraz z wrześniowym numerem "Twojego Stylu".
O "Małej Moskwie" naczytałam się i nasłuchałam przy okazji jego wejścia na ekrany i zdobycia Złotych Lwów w 2008 zarówno dla filmu jak i dla odtwórczyni głównych ról (zabieg grania bohaterki Wiery i noszącej jej imię córki) Swetlany Hodczenkowej. Która to nawiasem mówiąc "zrobiła" ten film.
Niestety, jej partner, nie mąż a kochanek, grany przez Lesława Żurka na jej tle wypadł baaardzo blado. Nie wiem, być może miało to być celowym zagraniem, ale według mnie wypadł on niewiarygodnie. Nawet jeśli dla bohatera filmu miało to być tylko romansem, nie wielkim uczuciem (chociaż reżyser w swojej opowieści chciał stworzyć właśnie historię miłości nie tylko namiętności i pożądania) to wydaje mi się, że nie było to zagrane prawdziwie. A wręcz bez jakiejkolwiek ikry.
Za to Hodczenkowa, czapki z głów. Zarówno jako Wiera jak i po trzydziestu latach jej córka. Obie role zagrane wiarygodnie, przekonująco, prawdziwie, po ludzku.
Co prawda, cały czas nie wiem, dlaczego do licha tych dwoje zdecydowało się na romans. Nie udało się tego według mnie wyjaśnić reżyserowi. Zabrakło mi pokazania tego "czegoś" co spowodowało, że dwoje ludzi, ona mająca z pozoru chyba dość udany związek, on -kawaler bez zobowiązań zdecydowało się swoje dotychczasowe życie zniszczyć, z chwili na chwilę pozostawić z niego gruzy aby na tych gruzach budować coś nowego. Coś, co tak naprawdę oboje wiedzą, nie ma szansy stać się. Nie, sorry, widać jestem już zbyt stara, aby wierzyć, że jednorazowy występ na żadnej wielkości konkursie może spowodować płomienny romans brzemienny (tak tak, celowo używam tego słowa) w pełnym tego znaczeniu w skutki.
Ale może ja się nie znam.
Nie, nie kwestionuję płomiennych romansów. Sama znam kilka kobiet, które wychowywały samotnie dzieci -skutki takich właśnie romansów. Skutki porywów namiętności i przekonania, że oni dwoje muszą bo inaczej się uduszą. W filmie po prostu nie było według mnie w ogóle wyjaśnione , jak ten ich romantyzm i namiętności się rozwinęły i skąd takie postawienie wszystkiego na krawędzi noża.
Ogólnie mówiąc przyzwoita opowieść o dwójce a właściwie trójce nieszczęśliwych ludzi. Wplątanych w takie a nie inne realia polityczno społeczne.
Nie zmarnowałam czasu oglądając film, ale nie miałabym ochoty widzieć go po raz drugi.
A tu link do historii, pierwowzoru Wiery.
Norwegii ciąg dalszy…
…Świnoujście, książki, listy…
Wczoraj zostałam zasypana pocztą dosłownie;)
Dotarł list od Monoli, prawdziwy list, na który będę odpisywać;) wraz z zakładką magnetyczną do książki i notesem z Chin, w których Monoli gościła jakiś czas temu.
Obiezy_swiatka przysłała mi jeszcze jedną pocztówkę z Norwegii, tym razem z Bergen. Jak nawet napisane w notce na wiki, powinno tam właściwie nieustannie padać. Co ciekawe , Obiezy_swiatka na kartce doniosła, że trafili na śliczną, słoneczną pogodę. Ciekawe jest to, że to druga osoba, która to samo mi doniosła na temat tego miasta, a więc może nie warto do końca przekreślać ten kawałek Europy?:)
Judytta przysłała kolorową pocztówkę z polskiego wybrzeża, czyli ze Świnoujścia. Byłam w tym mieście, co prawda przejazdem, będąc na wczasach w tamtych stronach kraju. Karta ostemplowana jest pieczęcią z latarni morskiej w Świnoujściu. Super. Uwielbiam, dosłownie uwielbiam latarnie morskie. Kiedyś chciałabym sobie taką nabyć na własność i w niej zamieszkać.
Doszły też dwie książki od Reginy. Regino, dzięki za nie, ale nie czuj się, proszę, zobligowana moimi książkami, które Ci na nasze spotkania przynoszę. Ja wiem, jak to jest z książkami polskimi za granicą a poza tym, naprawdę chętnie się podzielę;)
A książki te , to "Namiętność" Jeanette Winterson i "Handlarz kawą" Davida Lissa. Obu nie znam, chociaż książkę Winterson miałam już okazję czytać, wtedy było to podtrzymywanie światła.
Za wszystkie przesyłki bardzo Wam dziękuję;)
W najnowszej reklamie jesiennej ramówki TVN wykorzystano piosenkę tak przeze mnie lubianej Reginy Spektor, o tytule "Two Birds". Na ten fakt zwróciła moja uwagę koleżanka blogowiczka karolina.ja, ale faktycznie, to jej piosenka. Jeszcze nie wiem, jak się do tego faktu ustosunkować. Chyba mi nie do końca pasuje;) tym bardziej, że w komentarzach na ten temat ludzie mylą Reginę z Lenką.
„Łuk”. Reż. Ki-duk Kim.
Miałam wreszcie okazję obejrzeć kolejny film Ki-duk Kima.
Film ten, podobnie jak jego wcześniej przeze mnie widziane filmy "Pusty dom" lub "Wiosna, lato, jesień, zima…i wiosna" obywa się właściwie prawie bez słów. Minimalnie słowa maksymalnie obraz i symbolika, można by tak podsumować jego obrazy.
Wiem, że nie wszystkim to pasuje. Na pewno nie mają czego szukać w obrazach tego reżysera miłośnicy konkretnej akcji i szybko dziejących się obrazów. Nie.
Wiem nawet, że dla wielu pewnie te jego filmy są nudne. Dla mnie nie, do mnie one trafiają, przemawiają właśnie swoim spokojem, ciszą , symboliką, którą lubię sobie "rozgryzać". W milczeniu Ki-duk Kim umie przedstawić sprawy najważniejsze. Sprawy dotyczące życia, nieuchronności , miłości, osamotnienia, zauroczenia, bólu, zazdrości.
W "Łuku" głównymi bohaterami są starzec i młodziutka dziewczyna, nie mająca jeszcze siedemnastu lat. Wiemy to stąd, że ci dwoje w dniu jej siedemnastych urodzin ma się pobrać. Para ta mieszka na dryfującej na morzu łodzi, na którą starzec sprowadza czasem wędkarzy i to zapewnia mu pieniądze. Z czasem dowiadujemy się o nich coraz więcej. Oto on znalazł ją, gdy miała dziesięć lat i od tej pory się nią opiekuje. Ona jest całkowicie mu poddana, właściwie na swój sposób zniewolona, bowiem on nigdy nie dał jej szansy na powrót do świata, do jej rodziców. Ona nie zdawała sobie jednak pewnie z tego sprawy, ale do czasu. Dorasta i pewne sprawy się zmieniają. On do tej pory jej jedyny autorytet i jedyna tak naprawdę bliska jej osoba staje się dla niej coraz dalszy. Nie wiedząc do końca, co się z nią dzieje, pragnie ona wyrwać się z tego przedziwnego związku, w którym są niewidoczne dla oka więzy i kajdany.
Można ten film brać dosłownie, ale można też skupić się na jego symbolice. Może więc to po prostu film o dojrzewaniu człowieka, o tym, że w pewnej chwili autorytet bliskich, rodziców przestaja być tym jedynym? Że chcemy się wyrwać do świata, gdzieś dalej?
Może to apoteoza młodości, młodości, w porównaniu z którą starość w tym filmie zdaje się przegrywać, mimo, że nie do końca?
Może to symbol tego, że miłość nie umiera wraz ze śmiercią człowieka, że nie kończy się wraz z nią, podobnie, jak i pożądanie?
Może to symbol fizycznego dojrzewania dziewczynki do stania się kobietą??
Coś się kończy aby zacząć mogło się coś zupełnie innego. Zerwanie naszyjnika , daru od starca, wymykanie się z jego uścisków, to może symbol dojrzewania i stawania się kobietą a nie dzieckiem-dziewczyną…
Może to ogólnie symbol zmian, zmieniającego się wokół nas świata. Tego, że , nawet jeśli bardzo tego pragniemy, żaden stan nie będzie trwał wiecznie. I wiele spraw zmieni się powoli, ale jednak i nieodwracalnie. Taki jest świat, takie są jego odwieczne prawa i nie ma sensu walczenie z tym i protesty.
Nie ma sensu zaciskać pięści aby nie pozwolić wymknąć się temu, co się wnich trzyma…Jeśli coś ma się zmienić, zmieni się, jeśli ma odejść, odejdzie, jeśli przestanie kochać, to przestanie…
Nie tak jak dwa poprzednie filmy tego reżysera wspomniane na początku recenzji, ale ten również mi się podobał i miłośnikom kina spokojnego, na pewno nie kina akcji, bardziej refleksji i symboli, mogę ten film polecić.
syndrom naszych czasów?
Dawno, dawno temu (nie, nie będę Wam opowiadać bajek;) ludzie ze sobą rozmawiali. Tak twarzą w twarz, albo przez telefon. I podczas takich rozmów zadawali sobie pytania, udzielali odpowiedzi itd.
Obecnie rolę rozmówcy coraz częściej zastępuje komputer. A raczej forum internetowe, specjalistyczne na przykład. OK, to nie jest zły pomysł, sama bywam na niektórych i często korzystam z dobrych porad. Dzisiaj jednak (po haśle ze statytsyk u siebie spostrzeżonym) znalazłam forum specjalnie oddelegowane do zadawania pytań. Po prostu. Forum, na którym zadaje się pytania , niektóre, jak dla mnie nieco banalne , czyli chociażby jak włożyć nabój do pióra. Sorry, może to dla kogoś jest problemem, ale czy nie odnosicie wrażenia, że ludzie trochę sobie teraz odpuszczają? To znaczy zamiast samemu chwilę pomyśleć, pogłowić się, to pierwsze, co robią, to kierują się w stronę komputera i szukają w nim odpowiedzi.
Czy to nas nie ogranicza? Nie powoduje, że stajemy się ubożsi? Intelektualnie chociażby…
Jak myślicie?
Norwegia…
…zawitała tym razem w mojej skrzynce, a to za sprawą Obiezy_swiatki, która hula po Skandynawii w sposób, jaki jej zazdroszczę a mianowicie karawaningiem (mam nadzieję, że nie zdradzam jakiejś mega tajemnicy?). Karawaningi to super sprawa, człowiek nie jest uwiązany do jednego miejsca i może zmienić je pod wpływem nastroju.
Otrzymałam dwie pocztówki, jedną z Rjukan, a drugą z widokiem jednych z najpiękniejszych dzieł natury, czyli…oczywiście fiordami. Widoki faktycznie wspaniałe i nie dziwię się, że tyle osób ma ochotę co roku je oglądać. Obiezy_swiatka pozdrawia z "kraju fiordów, łosi i trolli" a ja wyobraźnią przenoszę się tam i wcale nie ma znaczenia, że kraj znam jedynie z filmów czy książek……..Norwegio, przybywam;)
moderacja komentarzy…
Gwoli wyjaśniania. Wprowadziłam moderację komentarzy, o czym chciałam poinformować Czytelników tego bloga.
Zostałam do tego zmuszona nieprzyjemnym i nachalnym spamem.
Do pana spamera. Nie usuwam komentarzy, z którymi się nie zgadzam. Gdyby był pan czytelnikiem tego bloga, a nie zostawiał reklamę linków z onetu, to by pan o tym wiedział. Natomiast na spam jestem uczulona. Mój blog jest moim kawałkiem w sieci i mam prawo utrzymywać sobie na nim swój własny porządek.
„Wyjątek”. Christian Jungersen.
Wydana w Wydawnictwie W.A.B (2007).
Książkę tę przeczytałam tak naprawdę tylko dzięki Opty z forum Kryminały i Sensacje, która zachwalała swego czasu ten kryminał. A inna osoba z kolei dała nam znać na forum , że cena tej książki została obniżona wręcz niesamowicie. No, literackim "grzechem" miłośnika prozy skandynawskiej czy też ogólnie pojętej z tego kręgu kulturowego było by nie skorzystanie z tej okazji i nie spróbowanie, jak też ta lektura pójdzie.
Nie powiem, jest to "cegła". Niestety, niezbyt się dobrze i wygodnie ją czyta. Nie jest to książka, którą ktoś będzie w stanie wygodnie czytać na przykład w środkach komunikacji miejskiej, niezbyt wygodnie też czyta się ją w domu, ale…wciąga. Wciąga niesamowicie. Jak narkotyk.
Styl książki jest dość specyficzny. Nie wiem, czy to zamierzenie autora czy tłumaczki, ale wydał mi się dość prosty, oschły czasem, jakby urywany. No i zbyt wiele, jak na mój gust tego "wzrokowego kontaktu", kto czytał, ten wie, o co mi chodzi, myślę, że czasem można jednak było zastąpić je nieco innym wyrażeniem.
Ale, nie będę się czepiać, bo ogólnie, to książka niezwykła. Dawno temu żadna z książek aż tak nie namąciła mi w głowie.
Bo tak, wydawało się, pozornie, że to będzie kolejny kryminał z kręgu ogólnie to nazwijmy, skandynawskiego. A tu zaskoczenie. Owszem, jest wątek kryminalny, ale tak naprawdę to kawał świetnej prozy psychologicznej.
Poza tym książka jest wielowątkowa, wielopłaszczyznowa, dotyka rozmaitych tematów, które, co ciekawe, są w stanie mieć wspólny punkt, co mnie osobiście bardzo się podobało.
Kolejna to książka, po lekturze której nie umiem do końca zebrać myśli, bo jak wyżej napisała, nieźle namąciła mi w głowie. Ale to dobrze. Dobrze jest przeczytać coś, po czym człowiek przez dłuższy czas ma o czym myśleć, nad czym się zastanawiać.
Ale, spróbuję ogarnąć moje refleksje po lekturze. Zacznę od tego, jak właściwie rozpoczyna się książka. Poznajemy małą, kameralną grupę osób pracujących w duńskim Centrum Informacji o Ludobójstwie. Grupa, jak napisałam, jest niewielka, do tej pory dość zgrana, jednak pojawiła się w zespole nowa bibliotekarka, która zastąpiła dotychczas pracującą. I od tej pory pojawiają się problemy. Kobieta zaczyna odczuwać bardzo wyraźny ze strony współpracowniczek , klasyczny mobbing.
W tym samym czasie dwie z owych kobiet pracujących w zespole otrzymuje niepokojące emaile, niosące ze sobą groźbę śmierci…Na początku zaczynają rozważać, kto też mógłby chcieć grozić im śmiercią, najbardziej prawdopodobny jest według nich serbski zbrodniarz wojenny. Ale, o ile jeszcze jakiś czas temu były by tego faktu w stu procentach pewne, tak teraz, po tym, jak stosowały mobbing wobec jednej z nich, zaczynają rozpatrywać ową "ofiarę" ich poczynań jako potencjalną autorkę emaili.
Muszę przyznać jedno, odważnym wydało mi się zestawienie dwóch problemów i postawienie go na jednej wadze przez autora, a mam na myśli ludobójstwo i mobbing. Wydawać się może-sprawy nie do porównania, kaliber mobbingu wobec ludobójstwa zdawać się może żaden. A jednak. Autor w niesamowicie sugestywny sposób ukazuje nam niby to może znaną (ale czy na pewno?) prawdę, a mianowicie, "niestety, w każdym z nas może obudzić się zbrodniarz".
Jak bowiem kobiety pracujące w instytucji na co dzień zajmującej się zbrodniami człowieka wobec człowieka są w ogóle w stanie zachowywać się tak a nie inaczej, stosować klasyczny mobbing wobec koleżanki z pracy, która tak naprawdę niczym im nie zawiniła. Być tak okrutnymi wobec drugiego człowieka? Czy fakt zajmowania się przez nie takim humanistycznym zawodem jest w stanie ochronić je przed brakiem uczuć? przed utratą człowieczeństwa?
Mnie w tej książce zaskoczył pewien fakt. Być może autor pokazał w jakiś sposób mentalność dość chyba wstrzemięźliwych w okazywaniu emocji Duńczyków. Ale dla mnie niezwykłe było, że w niej ofiary mobbingu bały się, wstydziły przyznać przed nawet najbliższymi zdało by się osobami do faktu, że są poddane takiej presji, że stosuje się wobec nich mobbing. A może to jest typowe dla ofiar mobbingu? Nie wiem sama………..
Poza tym , że książka porusza temat mobbingu, to jednak ma i wątek kryminalny , który rozwinie się w trakcie lektury ale i również niesamowicie ciekawie odmalowane tło psychologiczne. Z tego też względu czytało mi się ją wyśmienicie, bo też naprawdę autorowi udało się zaintrygować czytelników.
Jedno jest jednak interesujące. Tak naprawdę, nie polubiłam żadnej z postaci książki. Największą niechęć żywiłam do dwóch młodych dziewczyn, które najbardziej intensywnie dokuczały owej bibliotekarce. Mimo, że jedna z nich cierpiała na naprawdę okropną chorobę (miałam znajomą, która na to chorowała, to naprawdę koszmar) to nie budziła we mnie żadnych ciepłych uczuć. Bibliotekarki, która padła ofiarą mobbingu było mi żal, jednak nie do końca przekonujący zdawał mi się argument na brak pracy dla osób w jej wieku akurat w Danii. Może nie znam się na tamtejszym rynku pracy, ale nie przekonał mnie on kompletnie.
Książka, jak wspomniałam, niesamowita. Bardzo interesująca i naprawdę warta poznania. Mnie wciągnęła, zainteresowała i polecam.
Bieszczady, morze…polskie akcenty:)
W skrzynce ostatnio polskie akcenty. Bardzo zabawna ( z najprawdziwszym niedźwiedziem;) pocztówka z Bieszczad. Widoki zapierające dech w piersiach podesłała mi Matylda_ab. Dziękuję, widzę, że wycieczka naprawdę się udała.
Doszła też pocztówka z przeciwległego końca naszego kraju, a mianowicie znad morza, z Dąbek, od Spacerka, która pisze, że "Bałtyk ma w sobie to "coś"". A pewnie, że ma!!!
Uwielbiam polskie morze, które pachnie w ten niepowtarzalny sposób…
Dostałam też list;) co jak Wiecie sprawiło mi wielką radość. Lilithin, w spokojnym czasie na pewno odpiszę;)) dzięki za sprawienie mi niespodzianki.
chwalę się roślinką:)
Pamiętacie albo i nie, ale swego czasu otrzymałam od japońskiej znajomej nasiona roślinki , którą to nawiasem mówiąc, kojarzę z dzieciństwa, a którą wcale nie jest łatwo wygooglać, żeby coś sensownego o niej było a mam na myśli baloon vine (heart seed vine). Posiałam nasionka jakoś tak w maju , podlewałam właściwie na czuja całkowitego i liczyłam na to, że wschodni balkon roślinie nie zaszkodzi a także, że o właściwej porze zjawi się pszczółka, która odwali najważniejszą część sprawy. Pojawiły się kwiatki i wtedy jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki pojawiła się pszczoła. Tydzień temu. Jedliśmy obiad na balkonie i obserwowaliśmy pszczołę, która się krzątała. Krzątała i krzątała i odwiedzała każdy kwiatek. Odlatywała i wracała. Śmiałam się, że jest uzależniona, bo widziałam ją i w tygodniu.
Obserwowałam roślinę, ale nic się nie działo. Tak mi się przynajmniej wydawało. A dziś P. powitał wyjście na balkon radosnym okrzykiem. No i oto jeden z efektów pszczelej pracy. Nie wiem, czy to jest owoc? W każdym razie mam nadzieję, że z tego będę mogła zebrać nasiona na następne sianie, bo baaardzo się na to nastawiam. Jest jednak wielka radość w otrzymaniu owocu rośliny od samego nasiona, nie sadzonki…
Podziwiajcie;)

