„Margot”. Michał Witkowski.

Wydana w Świecie Książki (2009).

Oj, nie, nie moje to klimaty. Szczerze mówiąc, to ta książka mi zupełnie nie podeszła. Ani mnie nie rozbawiła setnie ani nie zgorszyła okrutnie. No nic a nic. Nic specjalnie nie czuję po jej lekturze.
Myślę, że to taka książka, która będzie budzić skrajne emocje, od pochwał i stwierdzeń, że świetnie pokazuje w krzywym zwierciadle obecny polski "szoł byznes" aż po zdanie podobne do mojego, czyli , że według mnie nic odkrywczego ona nie pokazuje.

"Margot" zaczyna się opowieścią o kobiecie, która jeździ tirem. Jak owa Margot z nawiasem mówiąc, rewelacyjnego filmu kostiumowego, pani kierowca Margot, bo taki wybrała sobie pseudonim na trasy, musi czasem "iść w noc". Na trasie i w czasie owych nocnych wypraw napotyka galerię postaci czasem to śmiesznych, czasem zabawnych, najczęściej jednak żałosnych. Losy dwóch z nich splotą się pewnej nocy z losami Margot. Asia, Święta Asia od Tirowców, która wiarą swą uzdrowiona zostanie ruszy ku wiosce Rudka, w której narodził się Waldi Bacardi Mandarynka, słynny bywalec salonów i plotkarskich portali wszelkiej maści, który niby ma coś tam śpiewać (bo tańczyć nie umie).
W książce poznajemy owe metamorfozy bohaterów, którym sponsoruje cytat z Owidiusza na początku opowieści a mianowicie "W nową postać zmienione chcę opiewać ciała".

OK, nie powiem, że się ani razu nie uśmiechnęłam. Zabawne były niektóre celne obserwacje współczesnej Polski, w której obok Warszawki istnieje Polska Z, z jej naiwnym przekonaniem, że w Warszawie to hoho. Można wiele osiągnąć. Zabawne na pewno było pokazanie współczesnej Polski jako ogłupiałej od durnowatych programów prezentowanych w telewizjach wszelkiej maści. Ogłupiałej i sterowanej przez chwilowych , wykreowanych na sekundę plastikowych idoli.
OK, satyra satyrą, ale niestety, odnosiłam wrażenie, że to wszystko już gdzieś jest. Pewnie właśnie w tej telewizji czy w plotkarskich portalach. Czy tylko zebranie takich paru obserwacji i prześmiewcze połączenie kilku wątków wystarczy? Mnie nie.

To było moje pierwsze spotkanie z prozą Witkowskiego, jak widać, nie do końca udane. Co nie znaczy , że komuś innemu ta książka akurat się nie spodoba. Tak więc chyba musicie przekonać się o tym sami.