„Czekając na śniego w Hawanie. Wyznania kubańskiego chłopca”. Carlos Eire.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka (2005).

Książka, którą kończyłam we łzach. Ja wiem, jestem ckliwa, wrażliwa, nawet nad…i w ogóle, ale nic na to nie poradzę, że na końcu szlochałam już na całego i we łzach byłam ja i książka i okolica.
Książka rewelacyjna. Napisana od serca i z duszy i to się ogromnie, ogromnie czuje. Emocje aż kipią…a ja lubię takie pisanie od serca. Nie skupianie się na nic nieważnych sprawach a tych najważniejszych, bo płynących z głębi człowieka, z jego wspomnień, naznaczonych czułością, ciepłem, miłością…

Jestem wdzięczna faktowi, że nie poszła mi zupełnie lektura książki "Gorączka w Hawanie", książki, która nie pokazała żadnej Hawany a i fabułę miała kiepską. Jestem jej wdzięczna, bo dzięki niej Tierralatina polecił mi właśnie "Czekając na śnieg w Hawanie". I to był tak zwany strzał w dziesiątkę.

"Czekając na śnieg w Hawanie" to wspaniała opowieść o dzieciństwie. Gloryfikacja dzieciństwa na dotkniętej przez historię wyspie, Kubie. Kubie, która w pamięci autora wspomnień zdaje się być rajem niemal. A może jest rajem. Dla niego tak. Do chwili, kiedy zajmuje się nią Fidel. Jak pisze Eire "(…)Kuba Fidela jest najgłębszym kręgiem piekła".
I tak właśnie jest. Piekłem jest miejsce, w którym niszczy się wszystko to, do czego pracą doszli do tej pory mieszkańcy. Piekłem jest miejsce, w którym pozwala się aby dzieci zostały od ich rodziców rozdzielone i w którym dba się aby owi rodzice szybko do dzieci wysłanych z kraju do Stanów Zjednoczonych nie dotarli. Najlepiej aby w ogóle.

Opowieści o dzieciństwie autora na Kubie są wspaniałe. Pokazane tak, jak dzieciństwo wygląda. Bez zakłamań, prawdziwie, aż czasem strasznie. Ale właśnie taki jest świat dzieci. Nie słodkich istotek o naturze aniołków ale często nawet okrutnych dla siebie nawzajem. Jako dzieci idziemy w świat bez lęku, bez uprzedzeń, często wręcz bezmyślnie, ale to dlatego, że coś nas w świat pcha.

Ten świat pewnego razu się kończy. Za sprawą, a jakże, rewolucjonisty Fidela i jego zwolenników.
Upadek raju dokonuje się na oczach autora i jego najbliższych a początkowo może bagatelizowana sprawa zaczyna się rozkręcać na tyle, że w przyszłości zniszczy cały świat Eire, jego rodzinę, życie wspólnoty najbliższych, jego kraj. Jego raj.

I wygna go z kraju na zawsze. Autor wspomnień wie, że nie wróci na Kubę dopóki jest tam Castro.

Mnie ta książka wzruszyła wieloma sprawami. Cudownością wspomnień, prawdziwością emocji w niej opisanych. Ale i tym co zdaje się być prawdą, otóż, nie ma bata. Jeśli ktoś wygna cię z Twojego raju, to nigdy się z tym faktem nie pogodzisz. Prędzej czy później zaczniesz szukać własnych korzeni. Nawet jeśli wcześniej chciałeś je pogrzebać.
I jeszcze, jeśli zmiana, wygnanie z kraju jest wygnaniem a nie dobrowolną decyzją, to nie da się tego w duszy zmienić, nie zagnieździ się człowiek w takim narzuconym miejscu.

Nawiązując do książki, każdy z nas ma takie swoje "jaszczurki", których tak boi się autor. Nie zawsze są to po prostu zwierzęta. Czasem są to nasze wspomnienia, obawy, ból, lęki, niepewność…

Dla mnie książka cudowna, rewelacyjna, wspaniała. Chociaż, jak mówię, wrażliwcy na pewno uronią nad nią niejedną łzę.
Polecam.

Ogromnie też polecam starszy wpis Pyzy na temat jej pobytu na Kubie.