„Łuk”. Reż. Ki-duk Kim.

Miałam wreszcie okazję obejrzeć kolejny film Ki-duk Kima.

Film ten, podobnie jak jego wcześniej przeze mnie widziane filmy "Pusty dom" lub "Wiosna, lato, jesień, zima…i wiosna" obywa się właściwie prawie bez słów. Minimalnie słowa maksymalnie obraz i symbolika, można by tak podsumować jego obrazy.
Wiem, że nie wszystkim to pasuje. Na pewno nie mają czego szukać w obrazach tego reżysera miłośnicy konkretnej akcji i szybko dziejących się obrazów. Nie.
Wiem nawet, że dla wielu pewnie te jego filmy są nudne. Dla mnie nie, do mnie one trafiają, przemawiają właśnie swoim spokojem, ciszą , symboliką, którą lubię sobie "rozgryzać". W milczeniu Ki-duk Kim umie przedstawić sprawy najważniejsze. Sprawy dotyczące życia, nieuchronności , miłości, osamotnienia, zauroczenia, bólu, zazdrości.

W "Łuku" głównymi bohaterami są starzec i młodziutka dziewczyna, nie mająca jeszcze siedemnastu lat. Wiemy to stąd, że ci dwoje w dniu jej siedemnastych urodzin ma się pobrać. Para ta mieszka na dryfującej na morzu łodzi, na którą starzec sprowadza czasem wędkarzy i to zapewnia mu pieniądze. Z czasem dowiadujemy się o nich coraz więcej. Oto on znalazł ją, gdy miała dziesięć lat i od tej pory się nią opiekuje. Ona jest całkowicie mu poddana, właściwie na swój sposób zniewolona, bowiem on nigdy nie dał jej szansy na powrót do świata, do jej rodziców. Ona nie zdawała sobie jednak pewnie z tego sprawy, ale do czasu. Dorasta i pewne sprawy się zmieniają. On do tej pory jej jedyny autorytet i jedyna tak naprawdę bliska jej osoba staje się dla niej coraz dalszy. Nie wiedząc do końca, co się z nią dzieje, pragnie ona wyrwać się z tego przedziwnego związku, w którym są niewidoczne dla oka więzy i kajdany.

Można ten film brać dosłownie, ale można też skupić się na jego symbolice. Może więc to po prostu film o dojrzewaniu człowieka, o tym, że w pewnej chwili autorytet bliskich, rodziców przestaja być tym jedynym? Że chcemy się wyrwać do świata, gdzieś dalej?
Może to apoteoza młodości, młodości, w porównaniu z którą starość w tym filmie zdaje się przegrywać, mimo, że nie do końca?
Może to symbol tego, że miłość nie umiera wraz ze śmiercią człowieka, że nie kończy się wraz z nią, podobnie, jak i pożądanie?
Może to symbol fizycznego dojrzewania dziewczynki do stania się kobietą??
Coś się kończy aby zacząć mogło się coś zupełnie innego. Zerwanie naszyjnika , daru od starca, wymykanie się z jego uścisków, to może symbol dojrzewania i stawania się kobietą a nie dzieckiem-dziewczyną…

Może to ogólnie symbol zmian, zmieniającego się wokół nas świata. Tego, że , nawet jeśli bardzo tego pragniemy, żaden stan nie będzie trwał wiecznie. I wiele spraw zmieni się powoli, ale jednak i nieodwracalnie. Taki jest świat, takie są jego odwieczne prawa i nie ma sensu walczenie z tym i protesty.

Nie ma sensu zaciskać pięści aby nie pozwolić wymknąć się temu, co się wnich trzyma…Jeśli coś ma się zmienić, zmieni się, jeśli ma odejść, odejdzie, jeśli przestanie kochać, to przestanie…

Nie tak jak dwa poprzednie filmy tego reżysera wspomniane na początku recenzji, ale ten również mi się podobał i miłośnikom kina spokojnego, na pewno nie kina akcji, bardziej refleksji i symboli, mogę ten film polecić.