Pamiętacie albo i nie, ale swego czasu otrzymałam od japońskiej znajomej nasiona roślinki , którą to nawiasem mówiąc, kojarzę z dzieciństwa, a którą wcale nie jest łatwo wygooglać, żeby coś sensownego o niej było a mam na myśli baloon vine (heart seed vine). Posiałam nasionka jakoś tak w maju , podlewałam właściwie na czuja całkowitego i liczyłam na to, że wschodni balkon roślinie nie zaszkodzi a także, że o właściwej porze zjawi się pszczółka, która odwali najważniejszą część sprawy. Pojawiły się kwiatki i wtedy jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki pojawiła się pszczoła. Tydzień temu. Jedliśmy obiad na balkonie i obserwowaliśmy pszczołę, która się krzątała. Krzątała i krzątała i odwiedzała każdy kwiatek. Odlatywała i wracała. Śmiałam się, że jest uzależniona, bo widziałam ją i w tygodniu.
Obserwowałam roślinę, ale nic się nie działo. Tak mi się przynajmniej wydawało. A dziś P. powitał wyjście na balkon radosnym okrzykiem. No i oto jeden z efektów pszczelej pracy. Nie wiem, czy to jest owoc? W każdym razie mam nadzieję, że z tego będę mogła zebrać nasiona na następne sianie, bo baaardzo się na to nastawiam. Jest jednak wielka radość w otrzymaniu owocu rośliny od samego nasiona, nie sadzonki…
Podziwiajcie;)

