…autorka zastosowała ciekawy "zabieg". Snuła opowieść o kobiecie, która to opowieść tak naprawdę składała się z opowieści o kilku różnych kobietach w tym samym ciele. Przyznaję, że ten aspekt zaciekawił mnie chyba najbardziej.
Faktycznie, autorka pokazała coś, z czego niby to zdajemy sobie sprawę, ale może się nad tym nie zastanawiamy. Kilka naszych ról w życiu albo wyraźnych rozdziałów, które zostały oddzielone od pozostałych etapów życia takim to konkretnym a nie innym wydarzeniem.
Spojrzałam na swoje życie i sądzę, że ja jestem obecnie na etapie "drugiej mojej osoby"…
Trochę namotałam chyba w tym wpisie, ale sądzę,że mniej więcej wiecie, o co mi chodziło.
kończy się Lato z Radiem…
…a ja przewrotnie napiszę, że mi nie żal. Od kilku lat o wiele bardziej wolę audycję przedpołudniową radiowej Jedynki "Cztery Pory Roku". Zdecydowanie to już są moje klimaty.
Jednak również na moje zdanie wpłynął fakt, że "narazili mi się" drugi rok pod rząd. Obiecali mi prezent, jednak ja się go nigdy nie doczekałam. Rok temu zwaliłam sprawę na fakt, że mieliśmy wielkie kłopoty z pocztą. W tym roku całe wakacje listonosze chodzili bez problemu, nawet częściej, niż się spodziewałam, a prezentu ani widu ani słychu. Żeby była jasność, traumy z tego powodu nie dostanę, chodzi mi natomiast o fakt tego, że ktoś tam najpierw mi coś oferuje, potem ja wysyłam mu swoje dane osobowe, które właściwie nie wiem, dokąd trafiają i z obiecanego prezentu nici. I w zeszłym roku i w tym próbowałam delikatnie się o te prezenty upomnieć, ot, myślałam, pewnie wysyłają ich tyle, że nie przerabiają, ale jednak dwa miesiące to chyba dość czasu, żeby załapać , że się zostało po raz kolejny olanym.
Przykre.
Tak drogą skojarzenia, to parę osób z blogowiska też wzięło kiedyś mój adres "wyślę ci kartkę" usłyszałam. Kartki się nie doczekałam. Dane poszły gdzieś…i tak sobie myślę, że może niektórym chodzi tylko o to, aby je poznać i nie wiem, wgooglać? No więc informuję, że nic ciekawego o mnie się nie wygoogla.
Tak więc z radością jutro posłucham ulubionej audycji "Czterech Pór Roku", z których książki dwa razy otrzymałam i to po dniach dwóch może od tego, jak mi je na antenie obiecano.
Zajrzałam na ramówkę jutrzejszą Jedynki i tam wciąż widnieje Lato z Radiem od 9.00, ale sądzę, że to jakaś pomyłka.
nowy? stary problem…
…podejrzewam, że wbrew pozorom to nie jest taka nowość, tylko wreszcie zaczęto o tym mówić.
Przyznam się, że nie znam (na szczęście) nikogo, kto miałby ten problem, ale myślę, że nie jest to takie rzadkie.
Mowa o stalkingu , o którym piszą w Wysokich Obcasach.
Opatów, Jarosławiec…
…Lilithin dziękuję za kartkę z Jarosławca. Widzę, że wybrzeże ma wiele do zaoferowania a przyznaję się, że o tej miejscowości pierwszy raz słyszałam.
Bazylowi dziękuję za pocztówkę z Opatowa, który przyniósł odrobinę sentymentalnych wspomnień z objazdu naukowego z zamierzchłych studenckich czasów. Oczywiście, że wtedy skupialiśmy się głównie na podziwianiu słynnego Lamentu Opatowskiego, jednego z najpiękniejszych zabytków renesansu w Polsce, który mieści się w Kolegiacie Świętego Marcina, zwiedzającym świętokrzyskie polecam zwiedzenie tego miejsca, naprawdę warto.
Monoli za to rozpieściła moje oczy przysłaniem mi kartki z wystawy z reprodukcją obrazu Johna Williama Waterhouse’a pod tytułem "Circe offering the Cup to Ulysses".
Za kartki pięknie dziękuję;)
„Pani wyrocznia”. Margaret Atwood.
Wydana w Wydawnictwie Literackim (2008).
To moje pierwsze spotkanie z prozą tej autorki. Wiele o niej dobrego wcześniej słyszałam, na forach i blogach książkowych ją doceniają a i moja koleżanka jest jej wielbicielką. Nadarzyła się okazja, aby jej książkę nabyć po obniżonej cenie i skorzystałam właśnie poznając tę książkę.
Historia to o Joan Foster znanej też jako Luiza K. Delacourt. Joan Foster to żona faceta z misją zbawienia świata, który gdyby mógł życie przeżyłby na wiecach i nieco chyba bezsensownych spotkaniach z podobnymi sobie fanatykami idei za to absolutnie nie na jakimkolwiek sensownym działaniu (jego idea ogranicza się do nie nabywania samochodu). Luiza K.Delacourt, to druga osoba w tym samym ciele, ale o wiele bardziej siebie pewniejsza i mająca moc stwarzania światów. Jest to bowiem pseudonim Joan Foster. Pseudonim literacki jako autorki powieści grozy.
Bohaterkę poznajemy w chwili,kiedy ucieka z rodzinnej Kanady do Włoch uprzednio pozorując własną śmierć. Utyka ona we włoskiej mieścinie , gdzie wspomina swoje życie.
Życie bohaterki zdaje się być połączeniem historii kilku zupełnie innych osób. Dzieciństwo to nieudane relacje z matką, prawie żaden kontakt z ojcem, który w domu bywa mało. To walka z matką o bycie tym, kim się jest, i świadomość, że się matki oczekiwań nie spełniło, jako , że nie było się kimś oczekiwanym. To bycie grubą osobą, której nikt nie zauważa i która łatwo wtapia się w tło.
Ale istnieje też wcielenie jako kochana przez ciotkę siostrzenica. Ciotka nawiasem mówiąc, przysłuży się Joan do zmiany wizerunku. I pchnie ją w kierunku zmiany życia.
Jakaś część Joan to również bohaterki książek przez nią tworzonych a także pewien rodzaj medium. Oprócz tego oczywiście żona wspomnianego już przeze mnie ideowca, ale również gorąca kochanka Jeżozwierza Królewskiego.
Te wszystkie postaci jednak znajdują się w środku jakby nie było jednej kobiety i powodują wciąż niemałe zamieszanie w jej życiu, o czym opowiada ona raczej na wesoło, niż użalając się nad sobą.
Według mnie to dobre czytadło. Książka mnie wciągnęła, miałam ochotę ją czytać i dowiedzieć się, co dalej, podobały mi się gry z literaturą, jakie zastosowała autorka, chociażby wplatając w opowieść Joan fragmenty powieści samej Luizy K. Delacourt oczywiście w stylu powieści grozy, ale nie ukrywajmy, nie była to jakaś literatura zmuszająca do głębokich refleksji. Dla mnie to był kawałek dobrej książki i myślę, że chętnie sięgnęłabym po jakieś jeszcze inne książki Margaret Atwood.
Może wy mi coś z jej dorobku polecicie?
towar deficytowy…
…sprzątaczka, albo mówiąc politycznie poprawnie-pani sprzątająca. Od dłuższego czasu poszukuję namiaru na solidną babkę sprzątającą do podesłania Mamie i Teściowej (rzecz dotyczy Warszawy). Kogoś, kto umyje okna, sprzątnie łazienkę, żadne tam cuda wianki. Poszukuję jednak nieskutecznie. Najchętniej chciałabym kogoś sprawdzonego, nie z jakiegoś ogłoszenia w gazecie. Dawniej ludzie polecali sobie osoby z Ukrainy, ale ostatnio, co słyszę, to przez te wizowo jakieś tam sprawy, większość tych osób przebywa w Polsce chwilę i potem wraca do siebie. A mnie potrzeba kogoś na dłużej, za to nie na co dzień, a raczej okazjonalnie. I nic. Mało tego, jak bardzo jest to towar deficytowy przekonuję się pytając wprost ludzi , którzy wiem, że z pomocy takich pań korzystają. Jak jeden mąż osoby owe nabierają wody w usta. Różne tłumaczenia już słyszałam, mniej lub bardziej wiarygodne. Najczęściej, że już ta pani u mnie nie sprząta itd. Dobra dobra. Znam sprawę, bowiem swego czasu polecałam mojego super dentystę jak tylko ktoś się mnie spytał. Efekt był taki, że po pewnym czasie, aby się do niego dostać trzeba było umawiać się na wizytę dobre dwa tygodnie przed albo i dłużej, oczywiście tak, żeby człowiekowi godzina pasowała.
I w pewnej chwili i ja zaczęłam milczeć. Ale może inaczej, ja mówię wprost, że namiaru nie podam,bo nie… A nie udaję, że nie, że już nie chodzę, że on wyemigrował na Wyspy Zielonego Przylądka itd.
No więc, ogólnie biorąc, dostać namiar na poleconą, solidną sprzątaczkę w obecnej chwili zdaje mi się rzeczą równie możliwą, jak wejście na Mount Everest. A może nawet trudniejszą.
ps. podobno jest jeszcze jedna opcja w tym kraju, a mianowicie, niania dla dziecka. Dostać namiary na solidną, taką, która naprawdę zajmie się dzieckiem, jest niemal niemożliwe.
Szwecja, Casablanka, Chicago…
Dwie kartki dotarły do mnie ze Szwecji od Obiezy_swiatki, pierwsza to z uroczymi drewnianymi konikami, które można zobaczyć tu. Druga, to z niezwykłego archeologicznie miejsca, Ales Stoner , które mnie ogromnie zainteresowało, jako, że ja bardzo lubię takie miejsca odwiedzać.
Doszła też pocztówka z Maroka, z Casablanki, od Monoli, z meczetem Hassana II, nowoczesną datowo budowlą, która jest ogromna, z tego, co wyczytałam.
Dzisiaj zaś dotarły dwie pocztówki niespodzianki od Evek, z cudownymi starymi zdjęciami dwóch trolejbusów, które to pocztówki Evek nabyła podczas wyprawy do ciekawego muzeum, jakim jest Illinois Railway Museum. Gdybym mieszkała w Chicago, na pewno bym je odwiedziła, lubię też takie miejsca, w których można obejrzeć zmieniającą się technikę i takie ciekawostki.
Bardzo Wam dziękuję za przybliżenie mi tych różnych a przecież tak interesujących miejsc.
„Margot”. Michał Witkowski.
Wydana w Świecie Książki (2009).
Oj, nie, nie moje to klimaty. Szczerze mówiąc, to ta książka mi zupełnie nie podeszła. Ani mnie nie rozbawiła setnie ani nie zgorszyła okrutnie. No nic a nic. Nic specjalnie nie czuję po jej lekturze.
Myślę, że to taka książka, która będzie budzić skrajne emocje, od pochwał i stwierdzeń, że świetnie pokazuje w krzywym zwierciadle obecny polski "szoł byznes" aż po zdanie podobne do mojego, czyli , że według mnie nic odkrywczego ona nie pokazuje.
"Margot" zaczyna się opowieścią o kobiecie, która jeździ tirem. Jak owa Margot z nawiasem mówiąc, rewelacyjnego filmu kostiumowego, pani kierowca Margot, bo taki wybrała sobie pseudonim na trasy, musi czasem "iść w noc". Na trasie i w czasie owych nocnych wypraw napotyka galerię postaci czasem to śmiesznych, czasem zabawnych, najczęściej jednak żałosnych. Losy dwóch z nich splotą się pewnej nocy z losami Margot. Asia, Święta Asia od Tirowców, która wiarą swą uzdrowiona zostanie ruszy ku wiosce Rudka, w której narodził się Waldi Bacardi Mandarynka, słynny bywalec salonów i plotkarskich portali wszelkiej maści, który niby ma coś tam śpiewać (bo tańczyć nie umie).
W książce poznajemy owe metamorfozy bohaterów, którym sponsoruje cytat z Owidiusza na początku opowieści a mianowicie "W nową postać zmienione chcę opiewać ciała".
OK, nie powiem, że się ani razu nie uśmiechnęłam. Zabawne były niektóre celne obserwacje współczesnej Polski, w której obok Warszawki istnieje Polska Z, z jej naiwnym przekonaniem, że w Warszawie to hoho. Można wiele osiągnąć. Zabawne na pewno było pokazanie współczesnej Polski jako ogłupiałej od durnowatych programów prezentowanych w telewizjach wszelkiej maści. Ogłupiałej i sterowanej przez chwilowych , wykreowanych na sekundę plastikowych idoli.
OK, satyra satyrą, ale niestety, odnosiłam wrażenie, że to wszystko już gdzieś jest. Pewnie właśnie w tej telewizji czy w plotkarskich portalach. Czy tylko zebranie takich paru obserwacji i prześmiewcze połączenie kilku wątków wystarczy? Mnie nie.
To było moje pierwsze spotkanie z prozą Witkowskiego, jak widać, nie do końca udane. Co nie znaczy , że komuś innemu ta książka akurat się nie spodoba. Tak więc chyba musicie przekonać się o tym sami.
wczorajszy…
…pomysł wypadu do IKEI bardzo wieczorną porą okazał się świetnym pomysłem. Lista rzeczy, które chcemy tam nabyć powstała po południu, więc nie było tak, że poszliśmy bez pomysłu i nawlekliśmy za dużo. Nie. Skupiliśmy się na tym, co nam było potrzebne. Dodatkowo pojechaliśmy na tyle późno, że na szczęście nie było tłumów (ale zdziwiło mnie, jak sporo ciągle kupujących było) a i udało się w ramach kolacji zjeść jeszcze ich słynne klopsiki;)
I tak nabyliśmy klosz-lampion (na wymianę, bo stary niezbyt schludnie już wyglądał), trzy komplety szklanek (stare się wytłukły, to z pewnością w ramach tego rozlicznego szczęścia co to miało przyjść wraz z tłukącym się szkłem haha), dzbanek na wodę (też się podtłukł dzióbek staremu), chociaż nie ma już tego wzoru, który lubię, nóż, świeczki zapachowe, talerz na pizzę, dwa ręczniki, dwa opakowania serwetek, które okazały się za duże do tego stojaka na serwetki, nomen omen z IKEI właśnie, roślinę (drzewo fasolowe czyli castanospermum).
Na przyszły raz też pojedziemy wieczorem. To dobry pomysł;)
„Czekając na śniego w Hawanie. Wyznania kubańskiego chłopca”. Carlos Eire.
Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka (2005).
Książka, którą kończyłam we łzach. Ja wiem, jestem ckliwa, wrażliwa, nawet nad…i w ogóle, ale nic na to nie poradzę, że na końcu szlochałam już na całego i we łzach byłam ja i książka i okolica.
Książka rewelacyjna. Napisana od serca i z duszy i to się ogromnie, ogromnie czuje. Emocje aż kipią…a ja lubię takie pisanie od serca. Nie skupianie się na nic nieważnych sprawach a tych najważniejszych, bo płynących z głębi człowieka, z jego wspomnień, naznaczonych czułością, ciepłem, miłością…
Jestem wdzięczna faktowi, że nie poszła mi zupełnie lektura książki "Gorączka w Hawanie", książki, która nie pokazała żadnej Hawany a i fabułę miała kiepską. Jestem jej wdzięczna, bo dzięki niej Tierralatina polecił mi właśnie "Czekając na śnieg w Hawanie". I to był tak zwany strzał w dziesiątkę.
"Czekając na śnieg w Hawanie" to wspaniała opowieść o dzieciństwie. Gloryfikacja dzieciństwa na dotkniętej przez historię wyspie, Kubie. Kubie, która w pamięci autora wspomnień zdaje się być rajem niemal. A może jest rajem. Dla niego tak. Do chwili, kiedy zajmuje się nią Fidel. Jak pisze Eire "(…)Kuba Fidela jest najgłębszym kręgiem piekła".
I tak właśnie jest. Piekłem jest miejsce, w którym niszczy się wszystko to, do czego pracą doszli do tej pory mieszkańcy. Piekłem jest miejsce, w którym pozwala się aby dzieci zostały od ich rodziców rozdzielone i w którym dba się aby owi rodzice szybko do dzieci wysłanych z kraju do Stanów Zjednoczonych nie dotarli. Najlepiej aby w ogóle.
Opowieści o dzieciństwie autora na Kubie są wspaniałe. Pokazane tak, jak dzieciństwo wygląda. Bez zakłamań, prawdziwie, aż czasem strasznie. Ale właśnie taki jest świat dzieci. Nie słodkich istotek o naturze aniołków ale często nawet okrutnych dla siebie nawzajem. Jako dzieci idziemy w świat bez lęku, bez uprzedzeń, często wręcz bezmyślnie, ale to dlatego, że coś nas w świat pcha.
Ten świat pewnego razu się kończy. Za sprawą, a jakże, rewolucjonisty Fidela i jego zwolenników.
Upadek raju dokonuje się na oczach autora i jego najbliższych a początkowo może bagatelizowana sprawa zaczyna się rozkręcać na tyle, że w przyszłości zniszczy cały świat Eire, jego rodzinę, życie wspólnoty najbliższych, jego kraj. Jego raj.
I wygna go z kraju na zawsze. Autor wspomnień wie, że nie wróci na Kubę dopóki jest tam Castro.
Mnie ta książka wzruszyła wieloma sprawami. Cudownością wspomnień, prawdziwością emocji w niej opisanych. Ale i tym co zdaje się być prawdą, otóż, nie ma bata. Jeśli ktoś wygna cię z Twojego raju, to nigdy się z tym faktem nie pogodzisz. Prędzej czy później zaczniesz szukać własnych korzeni. Nawet jeśli wcześniej chciałeś je pogrzebać.
I jeszcze, jeśli zmiana, wygnanie z kraju jest wygnaniem a nie dobrowolną decyzją, to nie da się tego w duszy zmienić, nie zagnieździ się człowiek w takim narzuconym miejscu.
Nawiązując do książki, każdy z nas ma takie swoje "jaszczurki", których tak boi się autor. Nie zawsze są to po prostu zwierzęta. Czasem są to nasze wspomnienia, obawy, ból, lęki, niepewność…
Dla mnie książka cudowna, rewelacyjna, wspaniała. Chociaż, jak mówię, wrażliwcy na pewno uronią nad nią niejedną łzę.
Polecam.
Ogromnie też polecam starszy wpis Pyzy na temat jej pobytu na Kubie.
