dzień przesyłek;)

…hoho…dzisiaj ewidentnie był dzień przesyłek.
Zaczęło się od kuriera, który przyniósł mi przesyłkę od przyjaciela z Japonii. Okazały się nią być pocztówki z Japonii i Tajlandii. Całe mnóstwo, ogólnie mówiąc;)  Myślę, że ważyły z pół kilo?:) Jako, że przyjaciel opuszcza Japonię wkrótce, był to, jak rozumiem, ostatni dzwonek z wysłaniem mi pocztówek z tego kraju. Są świetne, ale muszę je sobie jeszcze na spokojnie obejrzeć. Dotarły między innymi pocztówki z Kioto.

Potem było już tylko lepiej…
Ze skrzynki dosłownie się wysypały przesyłki do mnie. I tak, dotarła kartka z niemieckiej wyspy Wangerooge od Obiezy_swiatki. Kartka ta miała jakieś pocztówkowe przygody bowiem widnieją na niej ni mniej ni więcej a dwa stemple pocztowe, jeden z datą 1 maja, z Niemiec właśnie, a drugi z datą 9 maja! z Zabrza. Ciekawe, ale, najważniejsze, że dotarła.

Przyszła też metalowa zakładka do książek z celtyckiem wzorem od Dublinii. Jest piękna, a celtyckie wzornictwo tylko wzmogło moją chęć wybrania się kiedyś do Irlandii…

Dotarła zakładka do książek i pocztowki z cudnymi widokami zamków angielskich  autorstwa J.M.W. Turnera z Anglii od Una-invitada.

Dostałam też kartkę, z widokiem muszli (skąd Wiesz, że zbieram?) , którą można wykorzystać jako zakładkę do książki od Matyldy2000;)

Dotarły też płyty od Reginy, płyty Marianne Faithfull i śmieszna kartka z trzema kociakami grającymi ni mniej ni więcej a w pokera;)

Aż mi się w głowie zakręciło od tych wszystkich przesyłek, a wszystkim Wam, którzy o mnie pamiętaliście i wysłaliście je-mówię wielkie dziękuję!

pełnia za nami ufff…

…co oczywiście wiedziałam, bo czułam, jak prawie zawsze.
W nocy miałam oczywiście głupie sny, niektóre wywlokły na wierzch to, co siedzi gdzieś tam głęboko we mnie, ale miałam też idiotyczny sen o spacerze w lesie, podczas to którego spaceru zobaczyliśmy dzika , który następne zaczął mnie gonić. Ciekawe, czy sennik mówi coś o tym, że "atak dzika we śnie widzieć…".

Czytam teraz kryminał rosyjski, na który się dłuuugo wyczekałam, a jest to "Przytul mnie mocno " Tatiany Polakowej. Doczekałam się wreszcie! Na okładce piszą, że następna książka będzie pierwszą z nowej serii tej autorki, wygląda więc na to, że w tej , którą czytam obecnie pożegnamy się z główną bohaterką, Olgą Riazancewą. Szkoda, zdążyłam bardzo polubić kobietę.

Miłego, spokojnego weekendu Wam życzę;)

najprawdziwsze wrzosowisko, Amorgos i …

…chińska grafika…
Dzisiaj otrzymałam kartkę z prawdziwym wrzosowiskiem od Ekolozkii ze Szkocji…Prawdziwe wrzosowisko…odkąd pamiętam, pociągało mnie to słowo a to za sprawą lektury "Tajemniczego Ogrodu" , w którym była o wrzosowiskach mowa, a także potem po lekturze książek sióstr Bronte, szczególnie "Wichrowych Wzgórz"…Wyglądają cudownie…….przywodzą co prawda na myśl znacznie bardziej surową przestrzeń , przyrodę, niż na przykład południowa, ale niosą ze sobą jakieś niesamowite wyobrażenia, tajemnicę, coś niedopowiedzianego…

Maga-mara po raz kolejny mnie rozpieściła, wysyłając mi Imieninowe życzenia na kartce ze wschodnim akcentem grafiki chińskiej i pisząc przemiłe życzenia.

Koleżanka zaś przysłała mi pocztówkę z ukochanej Grecji, a konkretnie z Amorgos. Nie byłam tam nigdy, ale musi to byc naprawdę niezwykłe miejsce…i te mnastyry na ścianach skał…Niezwykłe…

Bardzo dziękuję za pamięć;)

Niestety, w każdym słodkim musi zdarzyć się łyżka dziegciu przysłowiowo, jako, że czekam na kilka innych przesyłek, od Obiezy_swiatki, Una-invitada, Matyldy2000 i jeszcze jedną z Australii i…jak na razie nic. O niektóre obawiam się, że zaginęły, no, nic, zobaczę jeszcze…

„W proch się obrócisz”. Yrsa Sigurdardottir.

Wydana w Wydawnictwie MUZA (2009).

Zdążyłam się przez te kilka lat nauczyć pisać nazwisko tej pisarki. Opanowałam zasadę każącą nazywać się kobietom i mężczyznom z Islandii od imion ich ojców. Ciekawe, jak by to brzmiało, jakbyśmy my się tak nazywali;) Anna Kamilacórka. Brzmi zabawnie, ale…to taki koloryt lokalny.

Trzeci kryminał opowiadający o prawniczce o imieniu Thora zaczyna się w roku 2007, ale każe nam się cofnąć o dobre kilkadziesiąt lat, bo w lata siedemdziesiąte.
Oto wtedy miał miejsce wybuch wulkanu w miasteczku o nazwie dla mnie nie do nauczenia się;) a mianowicie Vestmannaeyar.
W latach obecnych archeolodzy chcą zbadać teren, który wówczas został mocno zniszczony, a klient Thory Markus nie chce dopuścić do wizyty we własnej piwnycy z prostego powodu. Chce pierwszy wejść do piwnicy domu, w którym nie był kilkadziesiąt lat, aby coś z niej wynieść. Coś, co przekazała mu do pilnowania droga mu w latach siedemdziesiątych osoba. Niemniej jednak nie tylko Thora się zdziwi w dniu, kiedy Markus zejdzie do piwnicy po powierzony mu przedmiot. Zdziwi się również on sam, kiedy odkryje zwłoki kilku nieznanych mu osób, które ktoś pozostawił w piwnicy jego własnego domu właśnie w czasach wybuchu wulkanu. Co za tym idzie, sam Markus staje się dla policji głównym podejrzanym a Thora musi udowodnić światu, że zaszała wielka pomyłka.
Trzecia część opowieści o Thorze podobała mi się chyba najmniej z dotąd u nas wydanych.
Nie mówię, że była zła, ale ….nie wiem, coś mnie w niej męczyło, wydało mi się zbyt długie. Mimo, że porusza ważne tematy, jednak coś w lekturze nie do końca mi pasowało, zmęczyło mnie prawdę mówiąc. Sama intryga kryminalna dobra, wydaje się, że już już wiemy, co naprawdę się stało, kiedy dosłownie na ostatnich stronach autorka daje nam prztyczka w nos. To plus dla książki, ale jej dwie poprzednie książki, muszę przyznać, podobały mi się nieco bardziej.
Mimo to, myślę,że miłośnicy kryminału skandynawskiego nie będą zawiedzeni.

Wyspy Cooka, Anioł…

…fasolka i laleczka na zmartwienia;) Od razu wyjaśniam, że o żadnych ciążach mowy nie będzie (zakład, że niektórym po przeczytaniu hasła fasolka takie do głowy skojarzenie przyszło;).

Ponieważ poniżej we wpisie atmosfera zaczęła skręcać w niebezpiecznie niefajne klimaty wylewam przysłowiowy kubeł zimnej wody pod postacią zmiany tematu:)

Wczoraj dostałam pocztówkę z Wysp Cooka, a konkretnie, to stąd , na których to bawiła przez tydzień moja koleżanka z Australii. Trzeba przyznać, że klimat zdecydowanie na totalne lenistwo, raczej nie dla osób, które lubią wypoczynek aktywny , ze zwiedzaniem itd, ale nie ukrywajmy, czasem miło jest też się wyleżeć na złotym piasku i pokołysać pod palmą (chociaż nigdy pod palmą się nie kołysałam, ale tak wnioskuję).

Doszła też przesyłka od Capucine, dzięki piękne. Po pierwsze, zdradź, kobieto, z czym ta pocztówka, to znaczy czy Wiesz, kto jest autorem tej ciekawej grafiki?? Po drugie w kopercie były trzy zabawne przedmioty, wisiorek z Aniołkiem, który podobno ma czuwać nad spokojem, fasolka, której ziarno ściskane w dłoni ma przynieść szczęście i laleczka, której powierza się wieczorem zmartwienia kładąc ją pod poduszkę i rano zmartwienia idą sobie precz ;)) Aniołek na razie czuwał nie tyle nad moim spokojem, co nad przesyłką, bowiem doszła wyraźnie uszkodzona, róg koperty był naderwany, co mogło spowodować, że fasolka, jako najdrobniejsza , mogła wypaść, ale na szczęście, nie wypadła.
Worry dolls znam, jako, że pierwszy worek z nimi przytargałam sobie z fajnego sklepiku w Rzymie, w którym były takie różne różności a ja nabyłam w ramach mojego kolekcjonowania przedmiotów mających przynosić bądź chronić szczęście.

Capucine, dziękuję za fajny pomysł i wysyłkę;) Miło mi się zrobiło.

Niestety, dzisiaj nic w skrzynce nie było a znowu tak się złożyło, że czekam na cztery przesyłki. No, wróć, w skrzynce było, oczywiście, rachunek. Nie do nas. Nawet nie do kogoś z bloku a z zupełnie innej ulicy;/

blogosfera a obowiązki blogera

Bloger ma obowiązek:

1. pisać na tematy, które zaciekawią wszystkich go czytających. Nieważne, że jednego czytającego bardziej interesują książki a innego najnowsze trendy w modzie. Ma zainteresować wszystkich i basta!

2. pisać często, a najlepiej codziennie, bloger wszak nie ma prawa mieć życia osobistego, chandry czy braku pomysłu na wpis.

3. bloger powinien słodzić i kadzić wszystkim dookoła, bo tak;)

4. bloger ma obowiązek pisać poprawną polszczyzną, nawet jeśli wychował się z dala od ojczyzny i polski wbrew wszystkiemu nie jest jego obecnie pierwszym językiem.

5. bloger ma obowiązek zabawiać każdego swoją osobą, swoją elokwencją i nigdy ale to nigdy nie znudzić czytelników.

6. Co za tym idzie, bloger nie może prowadzić zwykłego, szarego życia i na własnym blogu zamieszczać swoich własnych myśli, zapisków, czy odzwierciedlenia tego, czym żyje. Powinien zaś wykreować się na super ciekawego, żyjącego życiem niezwykłym, wypełnionym przygodami niemal jak życie słynnego Bonda. Bo inaczej się znudzi, patrz punkt 1.

Te refleksje naszły mnie po tym, jak w przeciągu może tygodnia na dwóch niezależnych blogach, na które zaglądam wyczytałam dość podobną informację. Otóż owe osoby otrzymały emaile od czytelników, którzy w obu przypadkach delikatnie mówiąc, skrytykowali. Niestety, z tego, co się orientuję, w taki dość polski sposób, a więc raczej średnio delikatny a raczej z poczuciem wyższości niemal.
I tak się zastanawiam czemu, o czym już kiedyś pisałam, polska blogosfera wciąż należy do najbardziej dziwnych, jakie znam. To znaczy tyleż naprawdę fajnych i sympatycznych osób można na niej spotkać, co jakichś mocno sfrustrowanych osobników. Szczerze? Ja wychodzę z założenia, że czytam te blogi, które z tych, czy innych powodów mnie interesują. Jak mnie któryś przestaje interesować czy zauważam, że nam się zaczyna być nie po drodze z danym blogerem, to po prostu ów blog porzucam, ale nie tracę własnego cennego czasu na wymyślanie emaila z ochrzanem za to czy owo.
No, ale jak napisałam polska blogosfera to jedna z najdziwniejszych, jakie istnieją…

„Blondynka na Czarnym Lądzie”. Beata Pawlikowska.

Wydana w Wydawnictwo G+J RBA (Licencjonobiorca National Geographic) , 2009.

Jestem już po lekturze Imieninowego prezentu. Ogólnie napiszę tak, podobało mi się, dałam jej na biblionetce ocenę bardzo dobrą (jak oceniałam, dwie pozostałe oceny innych czytelników nie były tak entuzjastyczne), ale mam pewne zastrzeżenia. Czego mi zabrakło a czego było za wiele? Zabrakło mi trochę samego Czarnego Lądu. Nastawiłam się na o wiele więcej Afryki. Pamiętacie może , że parę lat temu, po obejrzeniu "Wiernego Ogrodnika" przeszłam silne zafascynowanie tym lądem i wtedy starałam się czytać wiele na temat tego kontynentu, szczególnie w kontekście społeczno kulturowym.
W tej książce trochę mi tego zabrakło a za wiele było, jak dla mnie, akcentów trochę jak z innego zupełnie rodzaju książek Beaty Pawlikowskiej, czyli jej "W dżungli życia" (która mi się podobała) i "W dżungli miłości" (która mi się zupełnie nie podobała;(.
Oczywiście to sprawa autorki, o czym pisze, jak pisałam poniżej w recenzji książki Malmsten, to jest kawałek literatury danego autora, ma on prawo pisać, co chce, a prawem czytelnika jest wciągnąć się w to lub nie. Mnie po prostu chyba nie do końca pasowało takie przemieszanie samej książki o podróży, która to warstwa podróżnicza interesowała mnie najbardziej z wtrętami filozoficznymi. Tym bardziej, że nie wiem, czy to jakieś moje chwilowo odczucie, w tej książce dostrzegłam trochę inne oblicze Pawlikowskiej. Muszę przyznać, że do tej pory dlatego tak mi się jej książki dobrze czytało, bo właśnie, pisała o podróżach ( a Wiecie, jak uwielbiam książki o podróżach a także o ludziach, którzy zmieniają swoje miejsce zamieszkania i wynoszą się do innego kraju) a pisząc o ludziach czułam z jej strony sporą dozę tolerancji. Miałam wrażenie, że nie ze wszystkim się zgadzając, autorka umie łaskawym okiem, z jego przymrużeniem spojrzeć na tych, którzy są od niej inni, inaczej patrzą na świat. Może mają inne, niż ona sama lęki czy traumy, może nie umieją, jak ona sama pokonywać owych lęków? A tu miałam przykład drugiej osoby, która w książce była opisana, niejakiego Michała, ciekawe, czy postaci prawdziwej, czy też jest on tylko i wyłącznie wymysłem Pawlikowskiej, ale wobec tej osoby odczuwałam wielokroć podczas lektury wyraźną irytację ze strony autorki książki. Jeśli tak ją ta postać irytowała, to nie wiem, czy do końca trzeba było aż tak się męczyć, żeby poświęcić jej aż tak sporą część własnej opowieści?
Chyba najbardziej mi się zrobiło przykro, że właśnie jakbym nie dostrzegła już tak wielkich jak dotąd pokładów ciepła i tolerancji w stronę tych od samej autorki "innych" osób.
Szczerze, to właśnie czuję niedosyt samych opowieści o kraju, w którym autorka była , a była to Tanzania, o obyczajach i zwyczajach, o ludziach tamże żyjących.
Nie jestem pewna, czy ten miks podróżniczo-życiowoporadnikowy, który jakbym znała z książek powyżej przeze mnie wymienionych mi pasuje w 100%.

Trochę więc za mało tej Afryki, ale mimo wszystko miłośnikom jej książek polecam;)

Wiedeń…

…zajął w tym roku pierwsze miejsce w rankingu miast o najlepszych warunkach do życia. Wcale się nie dziwię. Ci, którzy znają mnie nieco bardziej albo dłużej czytają mój blog, wiedzą, że Wiedeń bardzo lubię i spośród europejskich miast jest to jedno, w którym wiem, że chętnie bym zamieszkała, gdyby tylko było to możliwe. Nieufnie spoglądam na tych, którzy o Wiedniu nie wypowiadają się li i jedynie w superlatywach;)
Cztery lata temu miałam tam okazję spędzić trzeci pobyt , najdłuższy jak dotąd, w tym obchodziłam w tym niezwykłym mieście swoje Imieniny . A wydaje mi się, że to było dopiero co! W tym roku Imieniny spędziłam w domu, niemniej jednak były one również przyjemne. Jako, że goście odwiedzający nas w piątek jednak uznali, że wizyta będzie jednocześnie celebracją tego dnia, można powiedzieć, że miałam dwa dni Imienin, w piątek i w niedzielę, czyli właściwy dzień. Dostałam śliczne prezenty, a w samo święto wybraliśmy się na długi i przyjemny spacer, po czym zainaugurowaliśmy sezon wiosenno letnio balkonowy spożywszy na balkonie obiad. W sezonie tak naprawdę trudno jest to zrobić, jako, że niestety, jest u nas zatrzęsienie os, które nie sprzyjają spokojnemu zjedzeniu jakiegokolwiek posiłku na balkonie. Mają jakiś niesamowity węch i zawsze zwęszą coś smakowitego.
Dzwoniło do mnie parę życzliwych mi osób, za telefony wielkie Wam dzięki, bardzo mi było miło, jak również za pamięć w postaci kartek z życzeniami. Dziękuję;0)
Obecnie czytam prezent Imieninowy czyli "Blondynkę na Czarnym Lądzie" Beaty Pawlikowskiej.
Co czytacie teraz?

„Moje pierwsze życie”. Bodil Malmsten.

Podtytuł "Ukochany przez bogów nie umiera".

Wydane w Wydawnictwie Literackim, 2009.


Opowieści, nie wyznania, jak twierdzi w "Moim pierwszym życiu" autorka "Ceny wody w Finistere". Jak sama twierdzi na końcu, "Wybrałam to, co pamiętam, a resztę dośpiewałam".

Trudno opowiada się o książce, która dotyka w jakiś sposób emocjonalnie, która coś w nas porusza silnie. Zresztą nie wiem, może inni umieją o takich książkach opowiadać, ja nie. Zawsze mam wrażenie, że o uczuciach, takich z wielkiej głębi, nie da się opowiedzieć,bez poczucia totalnego poczucia emocjonalnego ekshibicjonizmu. Niektórzy to potrafią , inni nie.

"Moje pierwsze życie" poruszyło mnie ogromnie. Książka ta, myślałam, będzie luźnymi opowieściami Malmsten o jej życiu w Szwecji, o latach dzieciństwa. O tych latach beztroski, które wspomina się będąc dorosłymi i, co tu dużo kryć, w wielu przypadkach, ubarwiając je po trochu.
Autorka , owszem, snuje opowieści, są to opowieści niezwykle interesujące, o swoim wczesnym dzieciństwie w domu rodzinnym, kiedy to wraz z nieco młodszą siostrą, otoczone były ciepłem rodziny, mamy, babci i dziadka. Jednak to nie jest tylko opowieść tknięta ckliwą nutą wspomnień z czasów dzieciństwa.
Te rywalizujące ze sobą istoty, jakimi były Bodil i jej siostra Asa, do pewnego momentu życia wierzyły, że jedyne, co może im się przydarzyć niedobrego, to przegranie siostrzanej rywalizacji w tej czy innej dyscyplinie, jaką mógł być na przykład wyścig do odebrania dzwoniącego telefonu. Do czasu, kiedy ich układ rozpadł się, a świat runął. Stało się to w dniu, kiedy Bodil trafiła do rodziny zastępczej. Niejasno o tym mówi autorka i prawdę mówiąc, od momentu, kiedy o tym zaczęła opowiadać, czułam wielkie podenerwowanie i niepokój, który, niestety, towarzyszył mi do końca lektury. Nie do końca wiem, co tak naprawdę stało się przyczyną rozpadu jej rodziny i faktu, że teoretycznie mając całkiem przyzwoitą "bazę rodzinną" pod postacią dbającej o nią matki, i dziadków ze strony matki, trafiła do rodziców zastępczych, w dodatku niezbyt dobrze przez nią samą wspominanych.
Nie ma jednak obowiązku Malmsten wywlekania na wierzch czegoś, o czym nie chce pisać. To jej książka, to jej kawałek literatury, który ja chwytam z tak zwanym dobrodziejstwem inwentarza i może mi się to podobać albo nie, mogę się do tego przekonać albo nie. Mnie się akurat podoba, komuś innemu, sądząc po dotychczasowej ocenie książki na biblionetce, niekoniecznie. Też jego prawo. Prawo czytelnika.
Nie jestem typem osób wyciągających od innych zwierzenia. Prawdę mówiąc, zawsze czekam, że jeśli ktoś chce mi o czymś opowiedzieć, to tak właśnie się stanie. Dlatego nie mam pretensji do ludzi piszących blogi, że niektórzy z nich za mało się wywnętrzają i tak samo nie mam o to pretensji do Malmsten. Ale nie ukrywam, zaintrygowało mnie to. Jest to dla mnie fakt niejasny, że teoretycznie będąc w normalnej rodzinie, owej rodziny została ona jako małe dziecko pozbawiona. Najwyraźniej działo się coś, co stało się powodem takiej a nie innej decyzji, nie wiem, jej bliskich, czy sądu rodzinnego, czy też jakiejś innej instytucji.
Dość, że nie była to najwyraźniej decyzja przez kogoś trafnie podjęta i niekoniecznie przemyślana, dlaczego, to wynika z książki autorki, nie chcę za wiele mówić.
W przeciwieństwie do jej poprzedniej czytanej przeze mnie książki, ta mnie nie uspokoiła. Nie sądzę, aby taki był cel autorki, ale jakoś niestety ta książka wręcz rozedrgała mnie emocjonalnie, poruszyła we mnie pokłady jakichś ukrytych lęków, niepokojów.

To chyba nie całkiem jeszcze skompletowana próba dotarcia przez Malmsten do samej siebie, do głębi, do tego, co się stało w przeszłości. A przeszłość, jak widać, ma na nią wielki wpływ, zresztą, nie oszukujmy się, na kogóż z nas nie ma? Ja takich osób nie znam. Myślę, że Malmsten sama jeszcze nie do końca poukładała sobie pewne sprawy, tak to przynajmniej odbieram po lekturze jej książek, ale jest chyba na tym etapie, w którym snując rodzinne wspomnienia, opowieści, czy historie, które jej się zdaje, że miały miejsce (co niekoniecznie musi mieć odbicie w faktach), uświadamiając, jak mocno tkwi w przeszłości i historii własnej rodziny, jak wiele z niej ma, powoli do stworzenia tego wewnętrznego porządku się zbliża.
Chcąc nie chcąc, nie uciekniemy od tego, z czego się wywodzimy. Niektórzy usiłują się o tym przekonać i niestety, porażka bardziej boli. Oczywiście, że możemy nie popełniać błędów rodzinnych, nie musimy powielać dziejącego się kiedyś zła, ale nie możemy całkiem odciąć się od tego, co tak naprawdę nas stworzyło, ukształtowało.

Jak pisze autorka:


"Każdy, kto chodzi po świecie wystarczająco długo, wie, że człowiek
nigdy nie opuszcza czegoś do końca. Niezależnie od tego, ile razy uda
się po nowe, stare nigdy go nie odstąpi".


Na koniec moich słów o książce słowo o pracy tłumaczki, która zrobiła naprawdę dobrą pracę. Nie podlizuję się tylko dlatego, że razem bywamy na tym samym forum;) ale naprawdę , z przyjemnością czytałam tę książkę również ze względu na schludne tłumaczenie i ładną polszczyznę.

Polecam, aczkolwiek uprzedzam wrażliwych czytelników, którzy wgłębiają się w lekturę , że jest to książka z gatunku poruszających emocje.

o czym śni kanarek…

…czyli mam dowód, że kanarki też sny mają.
Właściciele psów opowiadali mi nie raz, że ich psy czasem w nocy przebierały łapami, czasem podszczekiwały cicho albo i warknęły na coś tam, co prawdopodobnie im się przyśniło. Bo i właściwie czemu by nie?
Zastanawiałam się kiedyś, czy takiemu Sowie coś się śni, ale stwierdziliśmy, że chyba takie małe zwierzątko nie może mieć snów. Błąd.
Wczorajszy dzień najwyraźniej okazał się dla Sowy dość emocjonujący. Goście, zaproszeni specjalnie na zapoznanie się z nim spodobali mu się na tyle, że wyśpiewywał ładnie prawie całą wizytę swoje trele (a bałam się syndromu niemowlaka, który puszcza pawia na najładniejszy pajacyk zaraz po przybyciu gości, którzy mają się owym niemowlakiem zachwycać;).
Wyśpiewywał więc, nic się nie bał i ogólnie zrobił dobre wrażenie. Jednak goście również na nim najwyraźniej wrażenie zrobili. Nocą, kiedy P. czytał sobie swoją sensację a ja usiłowałam dokończyć film argentyński "Niespodziewanie",  kanarek sobie spał. Zasnął tyłem do tv, żeby mu nie świeciło w oczy. Spał,kiedy nagle usłyszeliśmy, że …śpiewa. Cichuteńko i tylko trochę, ale wyraźnie śpiewa. Po czym on sam nagle się tym swoim własnym trelem obudził i trochę nawet tym zdenerwował. Może się przestraszył, co to za kanar wlazł nocą do jego klatki?? Zaczął nerwowo piskać i skakać z żerdki na żerdkę, więc czym prędzej zamknęliśmy i książkę i tv i wynieśliśmy się z pokoju, żeby sobie już spokojnie zasnął.
Ale według mnie to dowód na to, że nawet taki mały ptaszyna ma jakieś swoje kanarze sny. Przeżył widać wizytę, kto wie, może śniło mu się , że znowu się przed gośćmi popisuje? Tak, czy siak, uśmialiśmy się z niego wczoraj, bo był zabawny, kiedy się tak dziwił, co to mu śpiewało w klatce i nie wiedział, że to on sam;)…

Z życia alergika;( niestety, chciałam się przekonać, jak tam moje uczulenie na krem różany, który zaczął mnie uczulać po latach używania i posmarowałam na noc dłonie. No i wstałam z takim uczuleniem, że aż się prawie popłakałam z bezsilności. Krem wynocha, a maść , mam nadzieję, poprawi stan dłoni, bo się chyba załamię;((