Wydana w Wydawnictwo G+J RBA (Licencjonobiorca National Geographic) , 2009.
Jestem już po lekturze Imieninowego prezentu. Ogólnie napiszę tak, podobało mi się, dałam jej na biblionetce ocenę bardzo dobrą (jak oceniałam, dwie pozostałe oceny innych czytelników nie były tak entuzjastyczne), ale mam pewne zastrzeżenia. Czego mi zabrakło a czego było za wiele? Zabrakło mi trochę samego Czarnego Lądu. Nastawiłam się na o wiele więcej Afryki. Pamiętacie może , że parę lat temu, po obejrzeniu "Wiernego Ogrodnika" przeszłam silne zafascynowanie tym lądem i wtedy starałam się czytać wiele na temat tego kontynentu, szczególnie w kontekście społeczno kulturowym.
W tej książce trochę mi tego zabrakło a za wiele było, jak dla mnie, akcentów trochę jak z innego zupełnie rodzaju książek Beaty Pawlikowskiej, czyli jej "W dżungli życia" (która mi się podobała) i "W dżungli miłości" (która mi się zupełnie nie podobała;(.
Oczywiście to sprawa autorki, o czym pisze, jak pisałam poniżej w recenzji książki Malmsten, to jest kawałek literatury danego autora, ma on prawo pisać, co chce, a prawem czytelnika jest wciągnąć się w to lub nie. Mnie po prostu chyba nie do końca pasowało takie przemieszanie samej książki o podróży, która to warstwa podróżnicza interesowała mnie najbardziej z wtrętami filozoficznymi. Tym bardziej, że nie wiem, czy to jakieś moje chwilowo odczucie, w tej książce dostrzegłam trochę inne oblicze Pawlikowskiej. Muszę przyznać, że do tej pory dlatego tak mi się jej książki dobrze czytało, bo właśnie, pisała o podróżach ( a Wiecie, jak uwielbiam książki o podróżach a także o ludziach, którzy zmieniają swoje miejsce zamieszkania i wynoszą się do innego kraju) a pisząc o ludziach czułam z jej strony sporą dozę tolerancji. Miałam wrażenie, że nie ze wszystkim się zgadzając, autorka umie łaskawym okiem, z jego przymrużeniem spojrzeć na tych, którzy są od niej inni, inaczej patrzą na świat. Może mają inne, niż ona sama lęki czy traumy, może nie umieją, jak ona sama pokonywać owych lęków? A tu miałam przykład drugiej osoby, która w książce była opisana, niejakiego Michała, ciekawe, czy postaci prawdziwej, czy też jest on tylko i wyłącznie wymysłem Pawlikowskiej, ale wobec tej osoby odczuwałam wielokroć podczas lektury wyraźną irytację ze strony autorki książki. Jeśli tak ją ta postać irytowała, to nie wiem, czy do końca trzeba było aż tak się męczyć, żeby poświęcić jej aż tak sporą część własnej opowieści?
Chyba najbardziej mi się zrobiło przykro, że właśnie jakbym nie dostrzegła już tak wielkich jak dotąd pokładów ciepła i tolerancji w stronę tych od samej autorki "innych" osób.
Szczerze, to właśnie czuję niedosyt samych opowieści o kraju, w którym autorka była , a była to Tanzania, o obyczajach i zwyczajach, o ludziach tamże żyjących.
Nie jestem pewna, czy ten miks podróżniczo-życiowoporadnikowy, który jakbym znała z książek powyżej przeze mnie wymienionych mi pasuje w 100%.
Trochę więc za mało tej Afryki, ale mimo wszystko miłośnikom jej książek polecam;)
